Rozleniwiona depresja - zaburzenia dystymiczne

W psychiatrii mówi się o tym, że żyjemy w epoce depresji. Nie bezpodstawnie - według polskich badaczy na zaburzenia tego gatunku cierpi między 13 a 31% społeczeństwa. Wiadomo, że na skrajne wartości zawsze należy patrzeć z przymrużeniem oka, ale nawet jeśli przyjęlibyśmy najniższy z estymatów, to i tak oznacza to, że statystycznie 1 na 10 Polaków skrycie cierpi na przewlekły smutek.

O objawach depresji na pewno już słyszałeś. Oprócz wspomnianego przed chwilą obniżonego nastroju, tradycyjnie mówimy też o zaniżonej samoocenie, obniżonej sprawności psychicznej i fizycznej, utracie odczuwania przyjemności (tak zwana “anhedonia”), bezpodstawnym poczuciu winy oraz myślach i tendencjach samobójczych. Powyższe objawy są znane nie tylko z podręczników psychologicznych i portali tematycznych, ale też z przekazów kulturowych. Książkowe i filmowe przykłady depresji dużo bardziej zbliżyły się do jej klinicznego obrazu niż ma to miejsce z psychozami czy zaburzeniami osobowości. Dużo celebrytów i osób z pierwszych stron gazet dokonało publicznych “comming-outów” ze swoimi zaburzeniami afektywnymi, pomagając tym samym zwalczyć stereotyp o ich “nienormalności” i zachęcając, skrycie cierpiące osoby, do zasięgnięcia profesjonalnej pomocy. Dla kontrastu - schizofrenia czy autyzm wciąż czekają na przełamanie swoich tabu.

Jednym z podstawowych stereotypów, z jakimi musi zmierzyć się każdy, u kogo pojawiają się rzeczone problemy, jest zarzut, że “to po prostu smutek”. Choć tekst “weź się w garść” został już dość skutecznie zdyskredytowany kampaniami społecznymi i edukacją psychologiczną (która, choć wciąż daleka jest od ideału, zrobiła w Polsce duży krok do przodu), to jednym z najczęstszych pytań stawianych przez samych zainteresowanych lub ich rodziny jest: w którym miejscu kończy się “dół”, a zaczyna depresja? Jeszcze parę lat temu takie pytanie padało z ust nadętego cwaniaka powątpiewającego w zasadność istnienia pomocy psychologicznej w ogóle - dziś to najczęściej szczere zapytanie o to, jak najlepiej pomóc sobie lub bliskiej osobie. Brawo my.

By nie bawić się w “kopiuj-wklej” kategorii diagnostycznych z podręcznika do IDC-10, oraz nie dawać niepotrzebnej pożywki domorosłym diagnostom, napiszę tylko, że główna różnica tkwi w długości i intensywności objawu. Smutny, poniedziałkowy poranek, czy dwa tygodnie bez szczerego uśmiechu? Złość na siebie za zgubienie kluczy, czy nienawiść i przekonanie o zasługiwaniu na śmierć za bycie ohydną osobą? Opuszczone ramiona i smutek w oczach po śmierci ulubionego bohatera serialu, czy spowolniony, ociężały chód, któremu towarzyszy twarz opadnięta jak wosk spływający po świecy?

Nie chcę, byś w swoim myśleniu “przegiął” w drugą stroną: to nie tak, że tylko kiedy człowiek zmieni się z dnia na dzień w pozbawione ekspresji zombie możemy mówić o depresji. Próbuję pokazać, że właściwie wszystkie zachowania, które wchodzą w obraz zaburzeń afektywnych, w pewnym stopniu i w adekwatnych sytuacjach występują również u zdrowych ludzi. To natężenie odróżnia radość od manii i smutek od depresji. Dlatego tak ciężkim diagnostycznym orzechem do zgryzienia jest dystymia.

Dystymia, czyli z greki “zły stan umysłu”, to taka… podstępna, rozleniwiona depresja. Podobnie jak napisałem powyżej - właściwie nie ma żadnego objawu, który by ją jakoś jednoznacznie odróżniał. Człowiek na nią cierpiący jest smutny i myśli o sobie źle, a przyszłość maluje w czarnych barwach - czyli tak, jak czasem robi to zdrowa osoba i jak często robi to pacjent z depresją.

Różnica, i to znacząca, jest jednak w czasie. O depresji mówimy wtedy, gdy objawy utrzymują się przez dwa tygodnie. O dystymii - kiedy są obecne przez dwa lata. Nie, to nie jest błąd. By postawić diagnozę dystymii, czyli długotrwałego obniżenia nastroju, trzeba stwierdzić jego nienaturalnie niski poziom w co najmniej tak długim okresie. Jak zdążyłeś się domyślić - nie jest to możliwe, by ktoś aż tak długo miał depresję i nikt tego nie zauważył. Słuszna uwaga. Dystymia to jakby “depresja rozciągnięta w czasie”. Trwająca wyjątkowo długo, bez znaczących okresów poprawy, ale o niższej intensywności objawów. Faktycznie ich natężenie nie różni się zbytnio od zwykłego, “zdrowego” smutku. W dystymii nie ma absolutnego paraliżu lękiem i beznadzieję, jaki występuje w epizodach średniej i ciężkiej depresji - jest za to stały, utrzymujący się jak mgła smutek. Choć anhedonia, czyli wspomniany brak odczuwania przyjemności, nie jest absolutny, to jest wystarczający, by każdą radość zmienić w co najwyżej “meh”. Poczucie sensu i napęd psychomotoryczny ledwo zipie, ale zipie - nie ma więc rażących spadków w efektywności czy aktywności, które ułatwiłyby wskazanie problemu. Osoba w dystymii po prostu trwa. Jakość jej życia nie jest aż tak podła, by zmusić ją do zmiany, ale radość jest odczuwana zbyt sporadycznie, by stać się realnym motywatorem do wyrwania się z cienia. Natężenie objawów wystarcza, by znajomi i rodzina delikwenta zauważyli, że “znów jest smutny”, ale nie niepokoili się bardziej. Długi czas trwania, niejednokrotnie liczony w dziesięcioleciach, zaciera moment przejścia “normalności” w “chorobę”, a stałość i niezmienność jej przebiegu ostatecznie przekonuje samego pacjenta, że “tak już jest”.

Tutaj tkwi sęk problemów diagnostyczych, jakie przysparza nam F34.1. Zdecydowana większość cierpiących na tę przypadłość po prostu przestała traktować ją jak chorobę - zaakceptowała ją jako integralną część siebie. Nawet jeśli, szukając pomocy, osoba trafi do gabinetu lekarskiego, to zapracowany lekarz rodzinny może zupełnie inaczej potraktować kogoś, kto powie “panie doktorze, wydaje mi się, że mam depresję” od “proszę pana, jestem smutny” - nie wspominając o tym, że opis objawów dystymicznych bez kontekstu czasowego faktycznie przypomina bardziej zwykły smutek, niż zaburzenie afektywne.

Nie bez kozery dystymia przed długi czas nazywana była “osobowością depresyjną”, sugerując tym samym, że jej natura rzeczywiście tkwi w głębokich strukturach psychicznych. W aktualnej klasyfikacji chorób trafiła ostatecznie do kategorii “Trwałych zaburzeń afektywnych”, ku radości psychiatrów i terapeutów, którzy zajmują się jej leczeniem. Wyobraź sobie rozmowę, w której pacjent zwierza się, że ma poczucie, jakby ten stały smutek był jego integralną częścią… co lekarz z przekąsem potwierdza. Taki początek relacji terapeutycznej nie napawa mobilizującym optymizmem - którego, notabene, potrzeba szczególnie dużo przy leczeniu długo utrzymujących się zaburzeń. Jak takie leczenie wygląda?

Ponownie - niewiele różni się od podejścia względem depresji. Przede wszystkim stosuje się farmakoterapię. Oprócz jej bezpośredniego działania, jakim jest podniesienie i utrzymanie optymalnego poziomu neuroprzekaźników, ma ona też dodatkową rolę - przełamanie zastanego, krzepnącego wiele lat przekonania, że jedynym życiem, jakie czeka pacjenta, to życie w smutku. Psychiatrzy mają całą gamę różnych leków do wyboru, a ze względu na niskie nasilenie objawów nie muszą od razu sięgać po wysoki kaliber obciążony wieloma skutkami ubocznymi. Dodatkowo, kiedy leki zaczną już działać (co w przypadku zaburzeń afektywnych może potrwać nawet miesiąc!), a pacjent przyzwyczai się do zmian jakie w nim zachodzą, zaleca się uczestnictwo w psychoterapii, by dodatkowo wprowadzić zachowania i schematy myślenia gwarantujące brak remisji w przyszłości.

Przy okazji - kolejność “najpierw farmakologia, potem terapia” ma swoje naukowe uzasadnienie: dodatkowe zasoby psychiczne, jakie pojawiają się po zastosowaniu leków przeciwdepresyjnych, niejednokrotnie są konieczne, by wprowadzić zmianę. “Psychologowie” i “terapeuci”, którzy na starcie odrzucają stosowanie jakiejkolwiek “chemii”, powinni od razu zapalać ostrzegawczą lampkę z napisem “niekompetencja” i lub “szarlataneria”.

Szacuje się, że na dystymię cierpi między 3 a 6% społeczeństwa, ale ze względu na skryty charakter tego zaburzenia - te estymaty mogą być dalekie od prawdy. Pewnym jest jednak to: dystymia jest realnym, uciążliwym problemem, o którym publicznie mówi się niewiele lub wcale. O ile zatopiona w auto-nienawiści, twierdząca że “inni mają gorzej” ofiara depresji prędzej czy później przykuje uwagę swojego otoczenia, o tyle dystymik może liczyć wyłącznie na swój rozsądek - który, jak przy większości chorób i zaburzeń psychicznych, ciężko nazwać “zdrowym”. Pojawia się więc sakramentalne pytanie - gdzie i jak szukać pomocy?

Odpowiedź jest w gruncie rzeczy dość prosta. Jeśli, czytając ten artykuł, uważasz, że dotyczy on w dużym stopniu Ciebie i jeśli słowa “wiecznie smutny, ale nigdy nie zmiażdżony” dobrze Cię opisują - wiedz, że można to zmienić i że zasługujesz na tę zmianę. Nie daj się wkręcić w szprychy poradników samopomocy, pisanych przez ludzi bez wykształcenia albo własnych doświadczeń - wyciągniesz z nich tylko przeświadczenie, że smutek jest Twoim naturalnym stanem. A nie jest. Zamiast tego - przejdź się do najbliższej poradni zdrowia psychicznego. To zawsze najlepszy pierwszy krok. Do PZP nie trzeba skierowania, nie musisz więc tyrać do swojego lekarza rodzinnego, który może nie mieć dla Ciebie wystarczająco dużo czasu, tonąc w morzu katarów. Pamiętaj, żeby powiedzieć o tym jak długo się tak czujesz. Jeśli od zawsze - to powiedz “od zawsze”. Pierwsze kroki w leczeniu dystymii są takie same jak w przypadku depresji - nawet niskich lotów psychiatra przepisze Ci odpowiednie leki, bo to nie jest jakaś szczególna filozofia.

W znalezieniu najbliższej poradni pomoże ci wujek Google, a jeśli mieszkasz na Śląsku, możesz też skorzystać z naszej bazy instytucji pomocowych: http://wiecjestem.us.edu.pl/instytucje. Co prawda to w większości ośrodki interwencji kryzysowej, ale jeśli akurat adres Ci pasuje, to można zacząć też od nich.

Pamiętaj - życie jest jedno. Nie ważne ile lat żyłeś na pół gwizdka - pora wziąć głęboki oddech i dać na całego!

Artykuł powstał  w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego"
(IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach.

Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.

REDAKTOR DZIAŁU 'STUDIUJĘ' Kontakt: studiuje.wiecjestem@us.edu. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.


Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego