Pośród ciszy

Był środek nocy, gdy obudził mnie ogromny huk, gdzieś nade mną. Przestraszona, przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. W tym miasteczku nigdy nic się nie działo, a tym bardziej nie było tu młodzieży, która niszczyłaby mienie obcych ludzi. To coś na dachu ruszyło się i teraz szurało po dachówce, jakby się zbliżało do okna. Chciałam uciec, ale nie mogłam. Nie mogę chodzić, mój wózek stoi za daleko żebym mogła po niego sięgnąć, a to i tak by poszło na marne, bo sama nie dam rady na niego usiąść. Krzyczeć też nie mam po co, bo i tak nikt nie przyjdzie. Rodzina zastępcza umieściła mnie na poddaszu, żeby mieć ode mnie spokój i tylko przynosili posiłki, a także pomagali w podstawowych rzeczach. Jednak nigdy nie było tak, że jakbym krzyczała w nocy to ktoś by przyszedł. Byłam zdana na siebie, albo co gorsze na tego kogoś kto stąpał po dachu. 

Nagle ni stąd ni zowąd okno się roztrzaskało, a do mojego pokoju wpadł jakiś mężczyzna. Z moich ust wydobył się przerażający krzyk, liczyłam że ktoś go usłyszał albo hałas rozbijanej szyby i przybiegnie tu. Jednak nic takiego się nie stało. Mężczyzna podniósł się z kolan i podszedł do mojego łóżka. 

- Spokojnie Lilianno, nic ci nie zrobię- wyszeptał. 

- Skąd znasz moje imię?- byłam coraz bardziej przerażona, nie mogłam zebrać myśli, to wszystko było jak straszny sen.

- Wszystko wyjaśni się w swoim czasie, ale teraz muszę cię stąd zabrać- odrzucił moją kołdrę na bok i pochylił się nade mną. 

- Proszę, zostaw mnie w spokoju, nie chcę nigdzie iść. A poza tym nie mogę chodzić, będę tylko zawadzała i była ciężarem- jednak nie posłuchał mnie, włożył ręce pod moje ciało i uniósł mnie jakbym była piórkiem.  

- Nie mogę cię tu zostawić, jesteś w niebezpieczeństwie. Złap się mnie za szyję i lecimy- mrugnął do mnie okiem, chcąc dodać otuchy. Wyszedł na zewnątrz przez rozbite okno i stanął na krawędzi dachu, myślałam że to jakiś psychopata, który zaraz skoczy i zabije nas oboje. Gdy nagle za jego plecami rozłożyły się duże, silne i białe skrzydła. Nie mogłam wyjść z szoku, po dziś dzień widywałam takie rzeczy tylko w filmach lub książkach. Obcy mężczyzna wzniósł się na nich jakbyśmy nic nie ważyli. Poruszyły się szybko, a my wzbijaliśmy się w powietrze. Podmuch wiatru rozwiewał mi włosy, a z moich ust wyrwał się cichy pisk. 

- O mój boże, to jakiś koszmar- zamknęłam oczy i wtuliłam głowę w zagłębieniu jego szyi.

- Nie jestem Panem, nazywam się Leo i od dziś jestem twoim aniołem stróżem- usłyszałam jego głos pomiędzy świstami powietrza. Anioł Leo? Poważnie? To naprawdę dziwny sen. 

- To nie jest sen- czy ja tamto powiedziałam na głos? Zapytałam sama siebie w myślach.

- Nie, jesteś najbardziej małomówną osobą jaką znam- kolejna odpowiedź. O cholera! To było ostatnie co pomyślałam, nie wiedziałam co to wszystko ma znaczyć i do końca nie byłam pewna czy chce wiedzieć. Nagle nie wiadomo skąd, naszło mnie straszne zmęczenie i senność, w którymś momencie po prostu zasnęłam głębokim snem. 

Obudziło mnie głaskanie po policzku, wytrącona z krainy marzeń nie wiedziałam, co się dzieje. Dopiero po chwili wszystko mi się przypomniało, w tym Anioł Leo i to, że zabrał mnie z domu. Przerażona wspomnieniami, które uderzyły we mnie jak pędzący samochód, otworzyłam oczy i zobaczyłam jego. Mojego Anioła Stróża. Na dworze było już jasno. Dłoń która do tej pory była czymś miłym na moim policzku, nagle zaczęła parzyć.

- Gdzie ja jestem?- w końcu pierwszy raz przyjrzałam się jego twarzy. W życiu nie widziałam tak przystojnego mężczyzny. Mocno zarysowane kości żuchwy, niebieskie, prawie że turkusowe oczy, a całość dopełniały blond włosy z  pojedynczymi pasmami opadającymi na czoło. 

- U mnie w domu- zabrał dłoń, jakby wiedział, że czuję się niezręcznie gdy mnie dotyka.

- Czemu?- nerwowe rozglądanie się w około to chyba, już mój zły nawyk. Pokój był przestronny, przy białych ścianach stały pojedyncze meble, duże drzwi balkonowe i po drugiej stronie pomieszczenia drzwi wyjściowe. 

- Mówiłem ci. Byłaś w niebezpieczeństwie i musiałem cie stamtąd zabrać- podniósł się i podszedł do drzwi balkonowych. 

- Niby jakim?- zakpiłam- To był mój dom, tam nic nigdy mi nie groziło- miałam ochotę krzyczeć. 

- Nie mogę nic więcej powiedzieć. Niedługo przybędzie tu twój ojciec, on ci wszystko wyjaśni- i wyszedł szybko z pokoju. 

- JA NIE MAM OJCA!!- krzyknęłam za nim, a niebo zagrzmiało chcąc sprzeciwić się moim słowom. 

Powiedziałam prawdę, moi rodzice zginęli w wypadku samochodowych kilka lat temu, gdy jechaliśmy na wieś do babci, chcąc spędzić tam parę spokojnych dni. Samochodem nagle zarzuciło i zaczął dachować, pamiętam jak przez mgłę tylko jakiegoś mężczyznę, który szedł w naszą stronę, nie widziałam jego twarzy, tylko przebłysk jego sylwetki zanim straciłam przytomność. Gdy obudziłam się w szpitalu nikt nie chciał mi nic powiedzieć. Co z rodzicami? Czemu nie mogę ruszyć nogami? Nic. Mnóstwo pytań, żadnej odpowiedzi. Jednak pewnego ranka,  do sali weszły dwie pielęgniarki, żeby zmierzyć temperaturę i wymienić pościel na łóżku obok, podsłuchałam jak rozmawiały o moich rodzicach i o mnie, jedna z nich powiedziała zdanie, które zapadło mi szczególnie w pamięć „ Biedna dziewczyna nie dość, że straciła rodziców w wypadku, to do tego, już nigdy nie będzie chodzić”. Po tym co wtedy usłyszałam nie mogli mnie uspokoić, w końcu dostałam środek uspakajający i znowu zasnęłam. 

- TY! LEO!!- krzyknęłam, nagle mnie olśniło. Wtedy, podczas wypadku, zanim straciłam przytomność, zobaczyłam pióro i to nie byle jakie. Takie samo jakie on ma w skrzydłach. 

- Co się stało?- wpadł do pokoju jakby się paliło. 

- Ty byłeś tam prawda? To twoje pióro widziałam, zanim straciłam świadomość. To ty spowodowałeś wypadek mój i moich rodziców- wyjąkałam przerażona faktem jaki odkryłam. Spojrzał na mnie, a potem na sufit.

- Gabrielu pośpiesz się- wymamrotał.

- Kto to jest Gabriel?- spytałam natychmiast. 

- Ktoś bardzo ważny, dla ciebie. Niedługo go poznasz- odwrócił się do drzwi chcąc wyjść.

- Możesz przestać powtarzać, że wszystko niedługo? Jeszcze trochę i dostanę uczulenia na to słowo. Czemu nie chcesz mi nic powiedzieć?- warknęłam zirytowana.

- Bo nie mogę, dobra? Zabronił mi mówić i wyjaśniać cokolwiek. Powiedział, że sam ci wszystko wyjaśni, a ja mam nie podejmować żadnych decyzji- mówił podniesionym tonem. Widać nie tylko mnie nie podobało się to całe zamieszanie.

- To odpowiedz, tylko czy to ty spowodowałeś wypadek?- ponowiłam pytanie, które nie dawało mi spokoju. 

- Nie mogę ci nic powiedzieć- warknął.

- Nie warcz na mnie. To nie ja tu jestem winna. To ty wpadłeś do mojego domu, zabrałeś mnie stamtąd, teraz jestem nie wiadomo gdzie, i czekam na nie wiadomo kogo, żeby mi odpowiedział na kilka pytań, ach no tak zapomniałam, jeszcze jest jakiś domniemany mój ojciec. Czy to nie zabawne?- słowa wypadały z moich ust z prędkością światła, a każde z nich było nasycone ironią i histerią. 

- Posłuchaj, wiem że to jest dziwne, ale nie mogę nic zrobić. Dostałem zadanie, miałem zabrać cię z tamtego domu i ukryć u siebie. Pilnować żeby nic ci się nie stało, a i tak ledwo zdążyłem zanim... nie ważne. Musisz odpocząć- odchrząknął zdając sobie sprawę, że za daleko zabrnął, ale ja już złapałam haczyk. 

- Zanim co?- przyglądałam się uważnie jego twarzy, chcąc wyłapać każdą najmniejszą zmianę na niej. Licząc że w czymś mi to pomoże.

- Nie nic. Odpocznij, zdrzemnij się czy coś- wyszedł szybciej niż zdążyłam zażądać kolejnych wyjaśnień. 

Westchnęłam głęboko, miałam nadzieje, że to wszystko to jakiś kiepski żart. Tylko, że jego skrzydła nie były żadną iluzja, lecz prawdziwe. Leżałam z zamkniętymi oczami, rozmyślając jak się stąd wydostać. Liczyłam, że ten człowiek który ma przyjść pospieszy się, jak jeszcze trochę pobędę w tym pokoju to zwariuje. Przeleżałam tak resztę dnia, i kolejną noc. Z moim „Opiekunem” przy każdej nadarzającej się okazji, warczeliśmy na siebie, wychodził z pomieszczenia, zdenerwowany mrucząc pod nosem, że Gabriel będzie miał ogromny dług wdzięczności wobec niego. Gdy pytałam kiedy on się pojawi, odpowiedział, że nie wie. I tyle było po naszych rozmowach. Dopiero kolejnego dnia, obudził mnie dziwny dźwięk, otworzyłam ostrożnie oczy i zobaczyłam, że przez drzwi balkonowe wchodzi jakiś mężczyzna. Wysoki, szeroki w barkach, włosy miał czarne, tak jak i skrzydła. Był to niesamowity kontrast z jego jasnym ubraniem, oczy z daleka były tak samo niebieskie jak mojego anioła stróża, ale zauważyłam to dopiero po chwili. 

- LEO!!- krzyknęłam przerażona, była to pierwsza myśl jaka wpadła mi do głowy. Jak miał mnie chronić to niech to zrobi. Wpadł do pokoju po sekundzie uważnie się rozglądając, kiedy spostrzegł nieznajomego odetchnął z ulgą. 

- Nareszcie jesteś, myślałem że z nią tutaj zwariuje- podszedł do czarnowłosego i uścisnął mu dłoń.

- Mówiłem ci, że szybciej nie będę mógł, wiesz jakie są przepisy- mruknął, cały czas  przyglądając mi się.

- Czy ktoś mi powie o co tu chodzi?- odezwałam się poirytowana, tym że jeden i drugi mi się przygląda, ale nic nie mówią.

- Zostawię was samych- blondyn ruszył do drzwi, chciałam go zatrzymać, ale nie zdążyłam.

- Kim jesteś?- spytałam.

- Jestem Gabriel- podszedł i siadł na skraju łóżka.

- A coś więcej?- nie ufałam mu, ale miałam dziwne wrażenie, że go znam.

- Opowiem ci pewną historię, która zdarzyła się dokładnie dwadzieścia lat temu- uśmiechnął się do mnie, a ten uśmiech był tak podobny do mojego. Jednak teraz już nie potrafiłam się tak uśmiechać, już nie wiedziałam jak to się robi.

- Poważnie? Zjawiłeś się tu po to, żeby opowiedzieć mi jakąś bajkę? Sory chłopie, ale na nie już jestem za duża- powiedziałam z kpiną, jednak to nie była prawda, to był odruch obronny. 

- Jesteś zupełnie jak ona- wyszeptał jakby do siebie. 

- Jaka ona?- wydawał się taki zagubiony, bezbronny, wiedziona impulsem miałam ochotę go przytulić i obronić przez wszelkim złem.

- Zaraz się dowiesz. Słuchaj uważnie. Dwadzieścia lat temu dokładnie 24 marca, zszedłem na ziemie, tak jak dziś. Poznałem pewną piękną kobietę o imieniu Katarzyna, była wybuchowa, porywcza, ale i była ucieleśnieniem dobra, miłości, zawsze pomocna. Nikt nie mógł powiedzieć o niej nic złego. Mimo iż wiedziałem, że mam tylko ten jeden dzień, nie posłuchałem sumienia i wykorzystałem ją. Spędziłem z nią jedną noc, nawet nie, o północy jak kopciuszek musiałem ją opuścić. Niedługo potem dowiedziałem się że jest w ciąży, my aniołowie mamy dobrych informatorów na ziemi. Kazałem jej pilnować, dziewięć miesięcy później, dokładnie w wigilie urodziła mi córkę- skończył mówić, a ja zamarłam przerażona.

- Żartujesz prawda? To nie jest prawda, ja znałam moich rodziców, zmarli w wypadku samochodowym- wyjąkałam z siebie.

- Nie, to cała prawda. Jesteś moją córką. Ci ludzie których miałaś za rodziców, to jedni z moich informatorów, kazałem im się tobą zaopiekować, bo sam nie mogłem- wyjaśnił.

- A ta kobieta? Moja matka?

- Katarzyna umarła rok później, tak samo jak zawsze 24 marca zszedłem na ziemie, chciałem jak najszybciej do was dotrzeć, ale spóźniłem się. Gdy przybyłem ona już nie żyła, a ty byłaś w opłakanym stanie, udało mi się ciebie uleczyć w ostatniej chwili. Ci co to zrobili... ci którzy zabili moją Kasię wiedzieli, że zaraz przy będę, dlatego zabili najpierw ją, a potem chcieli ciebie, ale nie zdążyli, uciekli jak tylko usłyszeli że nadchodzę- ciężko było to wszystko mi pojąć, ale widziałam, że jemu jeszcze ciężej było o tym mówić. Nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w balkon i mówił, bezbarwnym głosem, który pod koniec mu zadrżał. 

- Kto to był? Kto chciał mnie zabić?- wydusiłam z siebie, po chwili ciszy. Oboje potrzebowaliśmy paru sekund, żeby wziąć głębokie wdechy.

- Słudzy Asmodeusza- nie odezwałam się wiedząc, że chce jeszcze coś dodać- Pożądał twojej matki, ale ona kochała mnie. Nie mógł tego znieść, dlatego kazał zabić ją i ciebie- wstał i podszedł do drzwi przez które wszedł. 

- Czemu mi mówisz to wszystko teraz?- wpatrywałam się w jego plecy. 

- Bo on wciąż nie zrezygnował, Leo zdążył w ostatniej chwili zabrać cie wtedy z domu. Miałaś być tam bezpieczna, ale znalazł cie i tak. Dlatego od tej pory jesteś pod opieką Leo. Nigdy mnie nie zawiódł- obrócił się do mnie i spojrzał się twardym wzrokiem. 

- I co przez resztę życia mam z nim mieszkać?- wskazałam ręką drzwi przez które wyszedł. 

- Tak, bo tylko jemu ufam. Wszyscy inni zawiedli, wiem że nie dogadujecie się za dobrze, ale to minie- podszedł do drzwi i otworzył je .

- Gdzie idziesz?- spytałam.

- Muszę coś załatwić, Leo będzie tutaj, nie bój się. Już nic ci nie grozi- wyszedł, chwile po tym do środka wszedł blondyn. Usiadł na łóżku opierając się plecami o bezgłowie, podciągnął mnie do siebie, żebym mogła usiąść tak jak on. Milczeliśmy, patrząc przed siebie i stykając się ramionami, czułam ciepło jego ciała przez rękaw. Było to coś miłego w porównaniu do innych wydarzeń i rzeczy. 

- To jesteśmy na siebie skazani- mruknęłam, kładąc głowę na jego barku. 

- Nie będzie tak źle, w końcu się dogadamy- objął mnie, przytulając do siebie. Czułam się dobrze, przy nim, było to dziwne odkrycie, ale po raz pierwszy czułam, że komuś na mnie zależy od bardzo dawna. 

- Mam takie pytanie...- zaczęłam, ale nie wiedziałam, jak dalej je pociągnąć.

- Jakie?- dodał mi otuchy głaskając uspokajająco mnie po ręce. 

- Bo on, znaczy Gabriel, mój ojciec. Powiedział że mnie uleczył, jak zabili moją matkę. Ciekawi mnie, czy ty byś umiał uleczyć mi kręgosłup?- spytałam nieśmiało podnosząc na niego wzrok.

- Nie, nie mogę- odpowiedział, chciałam coś powiedzieć, ale mi nie pozwolił- Każdy z nas ma jakieś dary które z wiekiem się umacniają, Gabriel ma dar uzdrawiania. Spytaj się jego o to jak wróci- uśmiechnął się lekko. 

- A jaki ty masz dar?- zaciekawiłam się.

- Kiedyś ci powiem mała, ale teraz na to za wcześnie- zesztywniał i zabrał rękę.

- Coś się stało?- zaniepokoiłam się, w odpowiedzi uśmiechnął się zakłopotany- Dobra kumam, nie teraz- gdy to powiedziałam, wybuchł śmiechem. 

- Szybko łapiesz zasady- pochwalił mnie z cwanym uśmiechem.

- Macie głupie zasady- stwierdziłam bez radości.

- Tak, są dosyć surowe. Najbardziej o nich przekonał się Gabriel- uśmiech znikł z jego ust, a twarz zrobiła się surowa, bez wyrazu.

- Czemu?- widziałam po jego minie, że to nic dobrego. 

- W sumie i tak już większość wiesz więc mogę ci coś wyjawić- zastanowił się zanim się odezwał- Ten wypadek co miałaś z tamtymi ludźmi. Wtedy Asmodeusz wysłał sługusa, najsilniejszego do tej pory, nikt nie spodziewał się ataku, wszystko działo się nagle. Gdy dowiedzieliśmy się, że ten typ cie znalazł, mnie akurat nie było. Gabriel nie mógł znieść myśli, że cie straci, mino zakazu zszedł na ziemie i cie obronił, dlatego ma czarne skrzydła. To kara dla niego i przestroga dla każdego innego, żeby widział co go czeka jak zrobi coś podobnego- przyglądał się uważnie mojej reakcji.

- To jego pióro widziałam tak?- wyszeptałam.

- Tak, cudem tylko udało mu się uniknąć śmierci, wolał sam zginąć zabijając tamtego niż stracić ciebie- spuściłam wzrok na swoje dłonie.

- Nie wiedziałam, że anioł może umrzeć- bałam się spojrzeć jemu w oczy.

- Oj może mała, jednak anioła może zabić tylko demon, albo jego sługa. Jest to niezwykle trudne, ale możliwe. Tak samo demona może zabić tylko anioł. My anioły mamy w sobie dobroć, której oni nie mogą znieść. Za to oni, mają w sobie, zło, i niosące krzywdę zło. Dla anioła nie ma nic gorszego niż patrzenie na czyjeś cierpienie. Jeśli uda się osłabić na tyle przeciwnika, żeby nie był w stanie się kontrolować, wnika się do jego głowy i przekazuje mu się to co go niszczy- wyjaśnił.

- Czemu mówisz mi to wszystko?- spytałam, nie bez powodu nagle się przede mną otworzył.

- Musisz to wiedzieć, nie wiem czy uda mi się ciebie obronić zawsze gdy to będzie konieczne. Dlatego gdy nie będę w stanie, nigdy nie pozwól mu wejść do swojej głowy- powiedział stanowczym tonem. 

- Dobrze, ale ja nie jestem aniołem, mnie łatwiej zabić- zasugerowałam różnicę między nami.

- Jutro się wszystko wyjaśni, zobaczysz że wszystko będzie w innym świetle- podniósł się z łóżka i wyszedł z pokoju.

Siedziałam i rozmyślałam o tym wszystkim, nie chciałam żeby dorwał mnie ten typ, ale z drugiej strony. Sama myśl, że przeze mnie mógłby zginąć Leo powodowała niewyobrażalny ból i rozpacz w moim sercu. Musiałam mu jakoś pomóc, nie wiedziałam tylko jak. Oddać się w ręce Asmodeusza to czyste szaleństwo, zranię i blondyna i Gabriela, zresztą i tak na nic się to zda bo pewnie poszli by mnie szukać, ginąc przy tym obaj. Zrozpaczona wzniosłam oczy ku górze.

- Co z ciebie za Bóg skoro nie potrafisz pomóc mojemu ojcu i mnie?- warknęłam licząc, że ktoś mnie usłyszy. Nagle słońce przysłoniły ciemne chmury, zerwał się silny wiatr, a z nieba zaczęły ciskać błyskawice i grzmoty. Do pokoju wpadli obaj panowie czekając jakby na własny koniec.

- Ups- mruknęłam pod nosem, a ich spojrzenia skierowały się na mnie.

- Coś ty znowu zrobiła?- krzyknął blondyn.

- Chyba powiedziałam coś nieodpowiedniego- bałam się na nich spojrzeć. 

- Czyli co?- spytali prawie że jednocześnie.

- Coś tam w stylu „Co z ciebie za Bóg skoro nie potrafisz pomóc mojemu ojcu i mnie”- popatrzyli na mnie jakbym była z innej planety.

- Świetnie, teraz się nie musisz już o to martwić, bo to zapewne twoje ostatnie minuty życia- mój opiekun i porywacz w jednym usiadł zrezygnowany na rogu łóżka. 

- Spokojnie Leo, jeśli zsyła tu kogoś to nie dlatego żeby nas wszystkich zdegradować- mój ojciec położył na jego ramieniu dłoń. Grzmoty zamilkły, a na balkonie stanął mężczyzna. Im bliżej podchodził tym bardziej wydawał się większy, szerokie barki, umięśnione ramiona napinały się pod koszulą, przy każdym jego ruchu. Skrzydła robiły takie samo niesamowite wrażenie jak on, duże, białe, emanowały siłą i pewnością siebie. Lśniły jakby posypane złotem, długie włosy do ramion związane były z tyłu głowy. Turkusowe oczy patrzyły stanowczo z powagą i rezerwą. Wszedł do pokoju stając przed nami i obrzucając każdego spojrzeniem, najdłużej jego wzrok zatrzymał się na mnie. 

- Witaj Michale, co cie sprowadza?- pierwszy odezwał się Gabriel.

- Spytaj córki- rzucił mi pogardliwe spojrzenie. 

- Hej, mnie w to nie mieszajcie- podniosłam ręce do góry w obronny geście. 

- A kto złożył skargę do naszego Pana?- spytał, coś czułam że się nie polubimy. 

- Tak mi się tylko wypsnęło, nie myślałam, że od razu przyśle tutaj jakiegoś goryla- mruknęłam zaczepnie.

- Powinnaś być wdzięczna, nie każdy ma okazje mieć najlepszych strażników- warknął.

- Och Leoś, Gabryś i Michaś, moi bohaterzy- przyłożyłam ręce do pieści, patrząc na nich jakby byli ósmym cudem świata. Jednak po chwili nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem, widząc że ich to nie bawi, zagryzłam wargi próbując powstrzymać śmiech. Niestety nie przynosiło to zamierzonych efektów, zakryłam więc usta ręką chcąc ukryć uśmiech. 

- Panie, na co ty mnie skazałeś? To gorsze niż zdegradowanie- nowo przybyły wzniósł oczy do góry, jakby na odpowiedź mocno zagrzmiało.

- Twój Pan coś chyba ma inne zdanie niż ty. A ja mu dziękuje w końcu dostałam jakąś rozrywkę, zobaczysz, będziesz się świetnie bawić- uśmiechnęłam się szeroko do niego. Niebo się rozchmurzyło i wyszło słońce – O widzisz, bozia mnie lubi- zaśmiałam się radośnie. Wszyscy trzej jak na zawołanie pokręcili z politowaniem głowami. 

- Od jutra mam zacząć z nią ćwiczenia, żeby w razie czego mogła się chodź trochę sama obronić- zwrócił się do mojego ojca.

- Ale przecież ja miałem to robić- zaprotestował Leo.

- Pan stwierdził, że lepiej będzie jeśli to ja będę, widział jak reagujesz na nią- skinął na mnie głową.

- Ona ma imię- mruknęłam pod nosem, ale nikt oczywiście się mną nie przejął. 

- Tylko nie przeginaj, będzie słaba jeszcze na początku- podniósł się, stając naprzeciw potężnego anioła. 

- Nie wygląda na jakoś specjalnie skonaną- mruknął taskając mnie wzrokiem. 

- Ej, ale jakie ćwiczenia, jaka słaba? Może mi ktoś powie o co chodzi?- krzyknęłam wkurzona, tym że traktują mnie jak powietrze. 

- Nie powiedzieliście jej?- roześmiał się bez radości w głosie.

- O czym?- spytałam. 

- To będzie ubaw, miałaś racje złotko- uśmiechając się głupio wyszedł z pokoju zostawiając mnie z Leo i ojcem. 

- Powie mi ktoś o co w tym wszystkim chodzi?- jęknęłam widać, że nie mają zamiaru nic mówić. Uciekali wzrokiem, jakby wszystko w pokoju było ciekawsze niż ja- Tchórze- mruknęłam zła. 

- Jutro się wszystkiego dowiesz, niech to będzie niespodzianka- zdecydował ojciec, z głębi domu doszedł nas głośny śmiech. Pierwsza myśl jaka pojawiła mi się w głowie to taka, że utknęłam na dobre, z ojcem którego mogę widzieć raz w roku, Aniołem Stróżem co nadużywa słowa „niedługo ” i rozchwianym emocjonalnie gorylem. 

- Ja ci dam rozchwianego emocjonalnie goryla!- wpadł do pokoju, z jego oczu prawie,że dosłownie ciskały błyskawice. Podszedł do mnie, pchnął mnie tak że musiałam się położyć, a sam pochylił się nade mną przytrzymując moje ręce nad moją głową. 

- Nie wiesz, że to nie ładnie wchodzić do czyjejś głowy?- zapomniałam całkowicie o tym. Przecież gdy blondyn mnie zabrał z domu też słyszał moje myśli. 

- Tak samo, nie ładnie obrażać innych- jego uścisk wzmocnił się, gdy chciałam uwolnić dłonie.

- Miałam kłamać, że jesteś miłym, przystojnym, rycerzem na białym koniu?- podniosłam jedną brew do góry, z kpiącą miną.

- Jesteś bezczelna- warknął.

- O widzisz i teraz ty mnie obrażasz, sam sobie przeczysz- uśmiechnęłam się triumfalnie. 

- Zwariuje z tobą, zanim cie wszystkiego nauczę- zrezygnowany przetoczył się na plecy obok mnie z głośnych westchnięciem. 

- Ale Michaś, nie bądź takim pesymistą- poklepałam go po piersi. 

- Odwołasz wszystkie złe słowa, jak się za ciebie wezmę- z zemstą w oczach podniósł się i o dziwo pomógł mi usiąść. 

- I ty mnie z nimi zostawiasz- jęknął żałośnie blondyn do Gabriela, który tylko wzruszył ramionami z uśmiechem na twarzy. 

Reszta dnia minęła spokojnie, bez większych niespodzianek. Głównie spędziłam go sama albo z ojcem, chciał nadrobić stracony czas. Wyjaśnił czemu go nie było przez te lata w dniu, w którym mógł być na ziemi. Mówił, że wolał nie ryzykować i nie sprowadzać na mój ślad Asmodeusza. Chciał mieć pewność, że mnie nie dorwą, a tylko w ten sposób mógł to zagwarantować. Wyjaśnił mi czemu, może zejść na ziemie raz w roku, każdy anioł wyższy rangą, a także archaniołowie obchodzą swoje święto na ziemi. Mój ojciec ma takie święto 24 marca, dlatego też, gdy przybył mi na pomoc w dniu wypadku został ukarany.  Jego skrzydła i włosy już na zawsze będą czarne. Nie dowiedziałam się, co ma się takiego stać następnego dnia, gdy zasypiałam ojciec pożegnał się ze mną, obiecując że spotkamy się za rok.

W nocy miałam dziwne sny, śnił mi się las, piękny z kwiatami, drzewa miały mocne, zielone liście, a na około niż biegały kobiety. Śmiejąc się radośnie i nie mając na sobie, żadnego ubrania. Wołały i przyciągały mnie, jakbym była jedną z nich. Czułam, że pasowałam tam, rozumiałam co chcieły mi powiedzieć poprzez mowę ciała. Rano obudziłam się wypoczęta i w dobrym humorze, lekko zaspana przeciągnęłam się, kołdra delikatnie otarła się o moje nagie ciało, a zesztywniałe nogi się wyprostowały. Nagle zamarłam zdziwiona. Nagie ciało? Zesztywniałe nogi się wyprostowały? Podniosłam delikatnie posłanie zaglądając pod nie, przerażona odkryłam że faktycznie jestem naga  i mogę poruszać całym ciałem.

- Leo- wyjąkałam cicho, mając nadzieje, że anioł mnie usłyszy. Nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej. 

- Co jest?- na szczęście usłyszał i już po chwili był u mnie w pokoju. 

- Mogę poruszać nogami- wyszeptałam, patrząc na niego z szeroko otwartymi oczyma.

- No pewnie, że możesz- do pokoju wszedł Michał, wesoły jak skowronek.

- A dlaczego jestem naga?- nagle jakbym dostała energii, a głos przybrał na sile.

- Jesteś co?- spytali obaj prawie, że jednocześnie.

- Naga, nie mam na sobie mojej piżamy, mam dalej wyjaśniać?- warknęłam. 

- Przecież to nie możliwe- wielkolud podszedł do łóżka szybkim krokiem.

- Odkryj mnie, a dopiero zobaczysz co jest niemożliwe- mocniej zacisnęłam dłonie na pościeli.

- Przecież to niemożliwe, prawda Leo?- spojrzał na niego, szukając potwierdzenia w jego oczach. 

- Oboje wiemy, że takie coś zdarzyło się wieki temu, i tylko nimfa odradza się w negliżu- skrępowany podrapał się po brodzie.

- Jaka nimfa? Odradza się? Ćpaliście coś czy jak?- miałam ochotę bezradnie opuścić ręce, ale wtedy kołdra opadłaby razem z nimi ukazując to czego oni nie powinni widzieć. 

- Dobra ty jej to wyjaśnij, jesteś lepszy w tych sprawach- mój anioł stróż podniósł ręce na wysokość piersi i wyszedł zamykając za sobą drzwi, zostawiając mnie sam na sam z Michałem. Popatrzyłam na niego czekając na jakieś wyjaśnienia. 

- Super. Dobra słuchaj uważnie bo nie będę się powtarzać. Jesteś nimfą, najnormalniejszą w świecie nimfą- powiedział, a ja spojrzałam na niego jak na idiotę, jeśli myśli że mi to wystarczy to się grubo myli.- Gdy twój tatuś, cie spłodził dostałaś od niego gen, który uaktywnia się dokładnie dwadzieścia lat po tej nocy. Twój się uaktywnij dzisiaj w nocy. Wszyscy myśleliśmy, że będziesz pół anielicą- pół człowiekiem, ale widać tobie los lubi płatać figle. Zostałaś nimfą, dlatego jesteś naga. Czujesz nogi bo tej nocy odrodziłaś się jakby na nowo, tylko że zyskałaś pewnie jakieś dodatkowe dary- wyjaśnił.

- Kpisz sobie ze mnie?- nie wiedziałam czy płakać czy śmiać się.

- Niestety nie, cholera jasna wiesz jak trudno ukryć nimfę? Od ponad sześćdziesięciu lat nie spotkałem żadnej- miałam wrażenie, że się przesłyszałam.

- Sześćdziesięciu? To ile ty masz lat?- zaśmiałam się, i ledwo co zdążyłam się powstrzymać od przezwania go staruszkiem. 

- Nie powinno cie to obchodzić- warknął.

- Dobra już, bez agresji- mruknęłam- A tak poza tym to potrzebuję ubrań, nie mogę przecież chodzić nago- powiedziałam zawstydzona, ale od razu przypomniały mi się kobiety z snu.

- Zaraz ci coś skombinuję, a potem bierzemy się za ćwiczenia, muszę cie nauczyć bronić się żeby cie nie zabili pierwszym ciosem- wyszedł z pokoju mrucząc pod nosem, coś o tym że ma przerąbane. Opadłam na poduszki z głośnym jękiem. 

- Jestem nimfą- mruknęłam do siebie pod nosem i zaśmiałam się cicho. Nie wiedziałam czemu, ale ta myśl niebezpiecznie mi się podobała. Niedługo potem dostałam ubrania, pierwszy raz od dawna mogłam sama się umyć i ubrać bez niczyjej pomocy.

Stanęłam przed wielkim lustrem i ze zdziwieniem stwierdziłam, że figura też mi się zmieniła. Miałam pełniejsze kształty, bardziej kobiece, cera gładka jak u niemowlaka, włosy lśniące i miękko opadały na moje ramiona. Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę ja. Patrzyłam na siebie przez parę minut, nie mogąc się nacieszyć własnym wyglądem. Szybko jednak moja radość się rozmyła, Michał zabrał mnie po południu do jednego pokoju, który okazał się salą treningową. Pod jej ścianą stały półki z różnymi broniami, łukami, mieczami. Każda z nich wyglądała groźnie i pociągająco. Powoli podeszłam do nich, oglądając wszystko po kolei, jednak moją uwagę przyciągało coś innego. Rozglądając się po całym pomieszczeniu, dostrzegłam okno na jego parapecie stała podłużna doniczka. Moje nogi, mimowolnie ruszyły w tamtą stronę, im bliżej byłam tym coraz wyraźniej widziałam rosnące w niej kwiaty.

Wyciągnęłam rękę i dotknęłam płatka rosnącej róży, poczułam jak przez moje ciało przebiega impuls nerwowy. W miejscu dotknięcia moich palców i rośliny pojawiło się migoczące światło, z ziemi wsypanej do doniczki zaczęły nagle wychodzić cieniutkie łodyżki. Powoli oplatały się wokół moich palców i nadgarstka, badając moją skórę i moją osobę. Zachwycona tym widokiem uśmiechnęłam się szeroko. Usłyszałam za sobą kroki, które nagle ustały. Obróciłam głowę i zobaczyłam obu panów, którzy przyglądali mi się i temu co robię. 

- Ale super, nie mówiliście, że będę umieć takie rzeczy- zaśmiałam się głośno i zamarłam. Po pomieszczeniu rozeszło się dźwięczne echo, śmiech brzmiał jak cudowna melodia grana tylko przeze mnie. 

- Nimfa leśna, mamy przerąbane- odezwał się Leo, przyglądając mi się dokładnie.

- Czemu?- delikatnie odsunęłam dłoń o doniczki, rośliny powoli się chowały pod ziemie. 

- Nimfę to da rade jeszcze ukryć, bo nie ma takich mocy. Ale za to leśna, gdzie nie pójdzie zostawia na około siebie światło, rośliny wokół niej ożywają, nabierają piękniejszych kolorów- wyjaśnił Michał, a ja przez cały czas się uśmiechałam. 

- Nawet nie wiecie, jakie to przyjemne być nimfą- energia rozpierała mnie od środka.

- Ją to jeszcze cieszy, że będziemy mieli więcej roboty- oburzył się mój trener. 

- Mam płakać, żebyś poczuł się lepiej?- warknęłam. 

- Michale daj spokój. Dopiero się narodziła na nowo i nie panuje nad nowymi zdolnościami. Zobaczysz, że trzeba jej wszystko pokazać i się nauczy raz dwa- w mojej obronie stanął mój Anioł Stróż.

- Ty się w ogóle wynoś stąd. Nie powinieneś przebywać z nią w jednym pomieszczeniu póki nie będzie umiała powstrzymać swojej aury- archanioł obrócił blondyna i wypchnął z sali zamykając za nim drzwi. 

- Mam jakąś aurę?-  zaciekawiona podeszłam do niego.

- Tak, każdy mężczyzna patrzący na ciebie, ma wrażenie że jesteś najpiękniejszą kobietą na ziemi, chce cie bronić, wielbić i kochać- przeszedł przez sale i w jej kącie zaczął ściągać koszule, pod którą chowały się pięknie wyrzeźbione mięśnie. 

- Na ciebie też tak działam?- zaśmiałam puszczając mu oczko.

- Nie. Jestem za wysoki rangą złotko na takie sztuczki- po raz pierwszy od, kiedy jest w moim towarzystwie zaśmiałam się bez cienia złośliwości. 

Kazał mi się rozgrzać, żebym nie zrobiła sobie krzywdy podczas nauki. Gdy tylko dorwał mnie, zaczął pokazywać mi różne sposoby na pokonanie przeciwnika. Jak mam nie dopuścić żeby ktoś wszedł mi do głowy. Okazało się, że najlepszym sposobem na pokonanie nimfy jest złamać jej serce. Jeśli spotka się taką to bez problemu można ją obezwładnić i pokonać, nie będzie się nawet specjalnie broniła. Wielkolud nie szczędził sobie sposobów, żeby wyładować swoje frustracje na mnie, a ja za to nie szczędziłam mu wyzwisk. Jednego razu nawet zrobiłam użytek z mojej mocy panowania nad roślinami i w najmniej oczekiwanym momencie, łodygi oplotły jego nogi w kostkach, a także nadgarstki. Obezwładniony padł na ziemie, podczas gdy ja zaśmiewałam się do łez z tego widoku.

Po dwóch tygodniach ciężkiej pracy, umiałam już całkiem sporo, co dziwiło mnie samą, jak i mojego nauczyciela. Leo rzadko pokazywał się, nie mogąc patrzeć, na mnie, albo na to co robimy. Michał twierdził, że blondyn jest delikatny i nie umie znieść myśli, że kiedyś musiałabym się sama bronić. Do tego nie nauczyłam się jeszcze panować nad swoją aura i woleliśmy nie ryzykować skutków jakie może przynieść.

Wszyscy myśleliśmy, że Asmodeusz zaniechał na jakiś czas próby zabicia mnie i zrobił sobie przerwę jak ostatnio, ale bardzo się myliliśmy, przekonaliśmy się trzy tygodnie po moim odrodzeniu. Michał musiał gdzieś wyjść, powiedział, że idzie po broń gdyby przyszło nam się bronić nie mamy porządnych narzędzi. Zostałam sama z Leo, siedziałam w swojej sypialni, gdy nagle drzwi otworzyły się z hukiem, a przez nie wpadł blondyn z krwią na twarzy. 

- Leo- krzyknęłam zrywając się z łóżka i podbiegając do niego. 

- Uciekaj stąd rozumiesz? To już nie sługusy przyszli, tylko sam Asmodeusz- wydyszał podnosząc się na nogi.

- Co?- pytanie ledwo mi przeszło przez gardło. Nie zdążył mi odpowiedzieć bo do pokoju wszedł mężczyzna. Był jeszcze większy niż Michał, szerszy w barkach, czarne włosy, czerwone oczy i ostre zęby.

- Lilianna- wysyczał jakby z zachwytem w głosie.

- Wybacz, ale nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek przechodzili na Ty- warknęłam mimowolnie, przytrzymując za ramie blondyna, który ledwo trzymał się na nogach. 

- To odważne z twojej strony kochaniutka, ale i tak nic ci nie pomoże. Poczekaj parę minut tylko rozprawie się z tym tu- podszedł do nas dwoma dużymi krokami i odepchnął mnie. Odleciałam do tyłu uderzając plecami o ścianę, z jękiem upadłam na podłogę ciężko łapiąc powietrze. Widziałam jak przez mgłę, że łapie blondyna i podnosi do góry jedną ręką. Tak bardzo chciałam mu pomóc, ale nie mogłam się prawie ruszyć. Leo próbował się bronić, wykonywał ciosy za ciosami, ale na nic to szło, oboje wiedzieliśmy jaki silny jest Asmodeusz. W pewnym momencie, czarnowłosy, złapał za białe skrzydło blondyna i wyrwał je .

- NIE!!- krzyknęłam z płaczem. Przez łzy widziałam, że ciało Leo zamiera, a potem staje się wiotkie. To samo zrobił z drugim skrzydłem, odrzucił je na bok, a blondyna po prostu puścił. Podszedł do mnie wolnym krokiem, stanął nade mną, spojrzałam na niego z nienawiścią w oczach, po policzkach spływały mi łzy. Otarłam je dłonią, podniosłam się na nogi, nie zważając na ból w klatce piersiowej.

- Pożałujesz tego- wysyczałam patrząc na niego mściwie. Był wyższy ode mnie o jakieś dwadzieścia centymetrów, ale nie bałam się w tamtym momencie, miałam gdzieś co się ze mną stanie. Leo walczył do ostatniej chwili i ja też miałam taki zamiar.

- Jak na anielice, masz niegrzeczne zwyczaje- pogroził mi palcem, zaraz jednak potem złapał mnie za ramiona i podniósł do góry na wysokość swojej twarzy, przyciskając do ściany.

- Zdradzę ci tajemnice tuż przed śmiercią, nie jestem anielicą tylko leśną nimfą- uśmiechnęłam się triumfalnie na widok jego zaskoczonej twarzy- I pokażę ci co się ostatnio nauczyłam- dodałam. Zamknęłam oczy i skupiłam się na roślinach, parę dni wcześniej poprosiłam Leo żeby przyniósł do mojej sypialni rośliny różnego rodzaju. Gdy otworzyłam oczy, zauważyłam jak długie pnącza zbliżają się do nas, by po chwili zacząć go oplatać i ściskać. Zaskoczony nie mógł się uwolnić, puścił mnie, opadłam na kolana, jednak po sekundzie podniosłam się . 

- Puść mnie w tej chwili, nie wiesz z kim zadzierasz- próbował się rozplątać, ale im więcej się wiercił tym bardziej roślina się na nim zaciskała, widziałam jak powoli opada z sił, a ja czułam jej coraz więcej. 

- To ty nie wiesz z kim zadarłeś i powiem ci coś jeszcze, zaraz umrzesz- podeszłam bliżej niego gdy padł na kolana, teraz jego twarz znajdowała się mniej więcej na tej samej wysokości co moja. Złapałam ją w dłonie i spojrzałam głęboko w oczy, tak jak uczył mnie Michał, przecisnęłam się niewidoczne bariery, pokazałam mu największe dobro jakie znałam. Miłość. To jak kochali mnie ludzie, których uważałam za rodziców, to jak kocha mnie ojciec gdy się poświecił i zszedł na ziemie by mnie uratować. To jak kocham Leo, czystą, nieskalaną miłością. Patrzyłam jak jego twarz wykrzywia się w bólu, wizja się skończyła, a jego oczy stały się czarne jak węgiel. Umarł. A ja poczułam satysfakcje z tego, że odpłaciłam mu się za tego wszystkie lata przez, które musiałam cierpieć i się chować. Pomściłam śmierć mojej matki, której nigdy nie poznałam.

Puściłam jego twarz, bezwładne ciało opadło na podłogę, pozwoliłam roślinie wrócić na swoje miejsce. Obeszłam martwe ciało i podeszłam do Leo, wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Usiadłam na ziemi, kładąc jego głowę na swoje kolana. 

- Leo, obudź się. Otwórz oczy- poprosiłam szeptem, z moim oczu ponownie zaczęły wypływać łzy. Klatka piersiowa blondyna unosiła się powoli, biorąc płytkie wdechy, za każdym razem gdy opadła bałam się czy ponownie weźmie wdech- Do jasnej cholery Michale gdzie jesteś?!- krzyknęłam ile sił w płucach, byłam wręcz pewna że to i tak nic nie da. Nie wiedziałam co robić, nie mogłam zadzwonić po pogotowie, za mną leżał martwy facet, ja siedziałam kolo drugiego któremu wyrwali skrzydła. Nie pomogli by mu i tak. Siedziałam i głaskałam po twarzy blondyna, rękawem otarłam krew z jego policzka i skroni, łzy kapały mi z oczu prosto  w jego włosy. Nie wiem ile tak tam siedziałam, w końcu usłyszałam ciężkie kroki i do pokoju wpadł Michał.

- Co tu się stało?- szybko podszedł do mnie i blondyna sprawdzając czy ten oddycha. 

- Przyszedł tu, Leo mnie bronił, ale tamten był taki silniejszy, wyrwał mu skrzydła. Nie mogłam nic zrobić- przez szloch ledwo co mogłam wykrztusić słowa. 

- Ale on nie żyje, więc kto?- upewnił się czy Asmodeusz nie żyje, czy tylko stracił przytomność.

- Ja. Pokazałeś mi jak to się robi- wzruszyłam obojętnie ramionami- Trzeba pomóc Leo, on nie może umrzeć rozumiesz?- spojrzałam na niego pierwszy raz od kiedy tu wszedł.

- Zabiorę go stąd, ale ty musisz tu zostać i poczekać na mnie- pochylił się chcąc wziąć blondyna na ręce. 

- Nie, ja idę z wami. Nie zostawię go samego- powiedziałam stanowczo. 

- Nie możesz- zabronił, nie odpowiedziałam mu, po prostu skupiłam się na roślinach, i tak samo jak z tamtym oplotły go ciasno- Dobra mała fajna sztuczka, ale to nie jest zabawne, muszę go szybko stąd zabrać bo umrze. Puść mnie, wrócę po ciebie i zaprowadzę w bezpieczne miejsce- tłumaczył powoli, spokojnym głosem. 

- Nie pozwól żeby coś mu się stało- poprosiłam, puszczając go z pnączy. 

- Spokojna głowa, póki skrzydła, nie znikną to znaczy ,że Leo żyje- wziął go na ręce i wyszedł przez drzwi balkonowe, wzbijając się w powietrze. Położyłam się na łóżku zwijając się w kłębek i wpatrując się w skrzydła.

Czas płynął wolno, Michał wrócił po mnie tak jak obiecywał, zabrał mnie do lasu, do małej chatki, gdzie mogłam się ukryć. O Leo nie wiedziałam nic. Sam Michał nie chciał mi nic powiedzieć, mówił że to wymaga czasu i mam być cierpliwa. Pozwolił mi tylko zabrać ubrania i skrzydła blondyna. Gdy się sprzeciwił uwięziłam go wśród moich roślin dopóki się nie zgodził nie mógł się ruszyć, miał tylko tyle miejsca żeby móc oddychać. Przeklinając pod nosem zgodził i mogliśmy ruszać. 

W lesie czułam się wspaniale, dopiero tam poczułam, że to mój prawdziwy dom. Nigdzie nie czułam się lepiej. W ciągu dnia znajdowałam sobie zajęcia, pielęgnowałam kwiaty z ogrodu, spacerowałam, odkrywałam nowe miejsce, jednak noce były najtrudniejsze. Codziennie śnił mi się Leo, który umiera pozbawiony skrzydeł. Budziłam się z krzykiem, wzrokiem odnajdując miejsce gdzie umieściłam skrzydła blondyna, zawsze tam były i to mnie podnosiło na duchu. Mijały dni, tygodnie, nie mogłam znieść samotności, aż w końcu było ponad miesiąc, gdy ktoś zapukał do drzwi. Ostrożnie otworzyłam drzwi sprawdzając kto to.

- Leo!!!- krzyknęłam szczęśliwa. Rzuciłam się na niego obejmując rękoma jego szyje, jego dłonie złapały mnie w talii przytrzymując mocno przy sobie- Jak ja się o ciebie bałam- załkałam, moje serce biło w szalonym galopie, z radości, że odzyskałam mojego ukochanego. 

- Już spokojnie, jestem tutaj- podstawił mnie na ziemi przytulając do siebie.

- Gdzie byłeś tyle czas? Czemu ta menda mi nic nie powiedziała? Co z skrzydłami?- zadawałam pytania z prędkością światła.

- Wejdźmy do środka, wszystko ci opowiem- odsunął się ode mnie na krok popychając lekko żebym weszła do środka. 

- No więc?- ponagliłam go, gdy usiedliśmy na kanapie. 

- Jaka ty niecierpliwa- zaśmiałam się- Michał zabrał mnie do lecznicy dla aniołów w niebie, nie mógł ci nic powiedzieć bo to zabronione. Dlatego, że byłem bardzo ranny to tak długo trwało. Rany na plecach musiały się zagoić, a na musiałem stanąć na nogi- wyjaśnił rozglądając się po pokoju.

- Ale nadal jesteś aniołem?- spytałam.

- Nie, Asmodeusz pozbawił mnie tej możliwości. Ale nie martw się, nadal jestem twoim prywatnym ochroniarzem, a do tego także informatorem aniołów- uśmiechnął się do mnie. Jednak jego uśmiech się zmniejszył gdy zobaczył swoje skrzydła. Podniósł się i powoli podszedł do nich, dotknął ich dłonią, jakby się upewniając że są prawdziwe. 

- Michał powiedział, że póki skrzydła nie zniknęły to znaczy, że żyjesz. Musiałam je wziąć z sobą, były moim jedynym zapewnieniem, że cie nie straciłam- wyszeptałam zawstydzona podeszłam cicho do niego.

- Spokojnie, Lilli, teraz się mnie już nigdy nie pozbędziesz- zaśmiał się, całując mnie delikatnie w usta. 

Nieśmiało odwzajemniłam pocałunek, radość powoli rozlewała się po moim ciele i docierała do każdej komórki. Dłońmi obejmowałam go za szaję, przytulając się mocno do niego. Nareszcie mogłam być szczęśliwa. Co prawda zło zawsze się będzie czaić za rogiem i czyhać na moje życie, ale miałam Leo, mojego prywatnego ochroniarza i swoje zdolności. Które z dnia na dzień się wzmacniały, a także mogły się przydać w każdej sytuacji. 

 

KONIEC

 

Zainteresowania: Pisanie książek i opowiadań różnych kategorii; czytanie książek, artykułów; słuchanie muzyki O mnie: Początkująca pisarka, próbująca swoich sił gdzie tylko się da. Z romantyczną duszą pochłaniam masę romansów, z których uczę się poprawnie pisać ale też tworzyć postacie i historie Kontakt: dominikaa12@wp. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.