Poezje

Wisielec

I stanął samobójca przed dębem wysokim, 
nieboskłon ponure przesłaniały obłoki.
On, spoglądając w lica wypłakanej zguby,
w obliczu swej najcięższej postawił się próby.
I sztywną ręką zaplótł więzy szubienicy,
nie zaznawszy spowiedzi - Pańskiej obłudnicy.
Wobec upiorów cierpień, jakby w hołdzie skłonił
kark, przygnieciony lękiem, co wykwitł na skroni
cmentarnymi różami i perlistym potem.
I wyplutym bluźnierstwem czarcią zwołał rotę,
chciwą strzępów żywota, upadłych z konarów.
Zimne palce, spełniwszy obrzędy z koszmarów,
krtań przewiązały ciasną pętlą konopnych sznurów,
by pochówek rozpocząć, bez lilii i chorów.
Skok! W gardle dusi się wrzask mocnymi pętami,
ciało bezwładnie zwisa między gałęziami!
Czy kark pęknie, złamany pędem upadania?
Czy męka strachu skończy się nieopisana?
Czy nieszczęsny agonii nie zazna boleści?
Nie. Nie umrze od razu, chociaż kość mu chrzęści
i chociaż krwawa barwa przyozdabia czoło.
Wszystkie obrazy życia zebrały się wkoło;
widma nalane smutkiem sekretów przeszłości,
wraz ze skołatanymi duchami, co w pościg
ruszyły z przepastnych swych kazamatów, spowitych
bladą mgłą nieznanych lat, tęsknotą rozbitych.
Jak na teatr konania wszystkie wraz się zbiegły,
usiłując chyba treść poznać, którą strzegły
wnętrze, kontury ciała. Sza! Ryk półzwierzęcy
przebił na przestrzał ciszę, długim echem dźwięczy,
jakoby spazmatyczne i przedśmiertne tchnienie
chciało na zawsze wniknąć, wtopić, wsiąknąć w ziemię,
byle dalej od Styksu! A dłoń, przedtem sprawna,
w śmiesznym podrygu męki, pokraczna, zabawna
niezdarnie szuka węzłów, bezmyślnie je ściska.
W źrenicach skra się jarzy i trwoga w nich błyska.
Nagle! Rzekłbyś: ujrzał, jak szkielet przybył z kosą,
na kościanym rumaku, czerń zaświatów niosąc,
wyroki oznajmując ostateczne, srogie;
wiodąc na zatracenie, na piekielny ogień,
tak paroksyzmy lęku postać nieszczęśnika
powyginały strasznie w zdławionych krzykach,
wypychając klejnoty wzroku z oczodołów.
Tak! Wreszcie! Oto kres! śmierć skończyła połów!
Ach! zdechł, skomląc o życie w godzinie konania!
Lecz nikt na trakcie w nicość nie słyszał wołania. 

Bądź

Bo Noc wsiąkła mi już pod powieki,
więc poznałem łzy ze skruszonych gwiazd
i żelazny jęk ze snów kalekich,
ciężkich od cienia, od najgorszych z prawd...
Bo ścieżki kręte i bezpowrotne
srebrny płacz lutni wyżłobił przez zmrok,
bym, schylony, szedł po nich samotnie,
białą muzykę rozsypując z rąk.
Bo wieszana przez pola szaruga
owija serce w zwiędłych liści szum,
spod których bije pieśń, w żalu długa,
rozpłakana przez cały smutek strun.
Bo zgubiłem dzień, karmiony mrokiem,
i nie wiem, gdzie mam odnaleźć swój świt,
który zszedł w noce, ciszą głębokie,
gdzie sczezła wiara, zrodzona przez mit. 
 
Zatem dusze gwiazd wskrześ ogniem świętym
bij w dzwony jutrzni, w serca białych wież.
Przebudź okryte kirem legendy, 
zwróć im oręż i zmaż z ich oczu zmierzch, 
ażebym z nimi zasiał poranek, 
którego więcej nie złamie mi krzyk. 
Chodź, wprawimy blask w szyby strzaskane, 
ukryte gdzieś tam, pod milczeniem krypt. 
Rozegnamy pył, kiedy wiatr schwycę,   
i odgrzebiemy z prochów echa harf, 
i, rozkochani w sobie księżycem, 
powędrujemy w przestrzeń ciepłych barw. 
A potem wezmę lirę srebrzystą
roztoczy ona dźwięk ponad nasz ląd 
i miłość zagram Tobie wieczystą,
tylko bądź przy mnie, miła...! tylko bądź. 
 

Elegia o poezji

Nastał ciemny czas, puste niebo i ziemia 
nie poniosą już długiego dźwięku rogu, 
kiedy wkoło mnie gwiazdy i ląd na przemian 
mieną się chłodno od płonącego mroku. 
W gardle ginie pieśń, wśród wilgotnego cienia,
w słowach osiadł pył i śmiertelny niepokój, 
pejzaż koszmaru zamiera w moim oku, 
razem ze słoną łzą za dawne rojenia, 
gdy wędruję w czerń, końca bliższy co kroku. 
 
Martwa poezja smutny nam zrodziła śpiew, 
rozbrzmiewa tutaj głucho - zgasła i szara.
I słucham rzewnej opowieści starych drzew
o dawnych pieśniach, które niosły w konarach. 
Kłująca cisza, jakby krzyk zgubionych mew,
roznosi się po spustoszonych bezmiarach, 
kiedy, strącony, loty kończę Ikara, 
i, rozdzierając astralnych dróg srebrny szew,
spadam w głąb nocy, całej w mgielnych oparach. 
 
A tam, związany czeluścią, widzę znowu 
zbrukane ściany i przewrócone urny. 
Obsydianowy księżyc, zamarły w nowiu, 
patrzy do ruin, zadumany, pochmurny, 
idzie żałobnie duchów szary korowód, 
niosąc zmrok między poorane kolumny, 
aby rozwiesić w korytarzach nokturny. 
Zagrają cienie podczas upiornych łowów.
i echo dudni o muz upadłych trumny. 
 

Koszmar

I nie spoglądaj więcej, miła, w ciemność, 
bowiem zza niej już nigdy nie zabłyśnie świt. 
Dawnych pieśni nie słuchaj na daremno, 
bo na lirze Erato nie zagra nikt. 
Został nam strach, wtulony mocno w nasz sen, 
który mieliśmy śnić po śmierć marzenia, 
jednak w święte rojenie przedarł się cień. 
I nastał nam koszmar bez przebudzenia, 
gdy płakanie zakrzepło nam na wargach, 
gdy lęk zasklepił czernią powieki, 
a z ust nie schodził nam jęk - bólu skarga, 
co toczy się głucho przez sen kaleki. 
Panuje wszędzie Noc i wszędzie Trwoga, 
więc nie odpędzaj cieni - nie odejdą, 
tak jak Ty odeszłaś na ciemnych drogach, 
które z moimi więcej się nie zejdą... 
Lecz zapomnij o mnie, nie patrz za siebie,
bo nauczę się żyć pod rękę z Nocą, 
sam ze sobą, sam z samotnością. 
 

Labirynt

A czas zastygł w powypalanych gwiazdach,
gdy popiół słońc wchłonęła ciemna gleba.
I słucham, jak cisza czarna narasta
pod gruzami roztrzaskanego nieba.
Nie ma już dróg, tylko noc na powiekach
i płonie cień po ścieżkach bezpowrotnych,
i spłoszony księżyc przez zmrok ucieka.
Zatem w północ powędruję - samotny -
jakby w koszmar bez brzasku i bez końca
pod rosnące ciągle w mroku sklepienie,  
bo, zgubiony, przestałem wierzyć w słońca,
porzuciłem z wypalonych zórz wieniec.
Więc i oddech, i wzrok mam pełen nocy,
kiedy idę wśród kolumn z żywych cieni,
a wiatr, płacząc, echo upiorne toczy,
zaklętą w dźwięk zgasłą duszę jesieni.
Jedna drga nić, jasna jakby cały świt,
gdy zamyka się nade mną labirynt,
jej ścieg srebrny wije się w milczeniu krypt,
by symbole przekleństw w ich ścianach wyryć... 

"Wejrzyj w ciszę i w miejsca, nieme jak grób. 
Jedno... jedno światło na dnie nicości, 
jedna biała struga biegnie Ci u stóp... 
Oto Twój szlak, Twoje lśnienie w ciemności.
Pójdź do mnie, pójdź... a przepadnie zła przestrzeń, 
pójdź w srebrny trakt, a odnajdziesz mnie wreszcie 
- Twoją Ariadnę 
 
Odejdź, widmo.. Wolę śnić swą wieczną śmierć, 
niż pamiętać z Tobą jeden poranek...
Wolę zagrać umarłego wiatru pieśń, 
niż jeden raz podnieść Twoje śpiewanie. 
Tętni mi w snach mrok bezbrzeżny i chłodny, 
lecz nie wyjdę z mej pustki nieskończonej 
bo nie chcę znać ciepła Twoich pochodni,  
nie chcę z Tobą iść pod niebo zmyślone 
i księżyca z Tobą szukać pospołu.  
Wolę trzymać pod powiekami pył gwiazd 
i stracić wzrok od srebrzystych popiołów, 
aniżeli na Twą światłość spojrzeć raz. 
W dotyku i w słowach Twych - czarnoksiękstwo  
i lód skrzy się w źrenicach Twoich jasnych. 
W Twym blasku - cień, w Twych wyznaniach - przekleństwo, 
biała zgubo.... Zatem zamilcz i zgaśnij! 
I pamiętaj Ty, co zbłądziłeś ze mną,  
w labiryncie nie odnajdziesz złotych dusz. 
Nie słuchaj widm nad drogami przez ciemność, 
pójdź odtąd sam w głębie - swój jedyny stróż.  
 
"Ja - Arachna, ja - dama odziana w noc, 
wiję Ci sieć na samym dnie nicości
i, jakby jad, sączę Ci czarny mój głos. 
Usłuchaj mnie - wprawionej w kształt ciemności - 
pójdź do mnie, pójdź... a przepadniesz w złą przestrzeń,
pójdź w zgubny trakt, a odnajdę Cię wreszcie
- Twoja Atropos"
 

Nie zapomnij

Ty, która nosisz imiona gwiazd, 
zapamiętaj mnie z minionych czasów. 
Nie w szarej ciszy uśpionych miast, 
nie w długiej śmierci jesiennych lasów. 
Nie myśl o krętych traktach przez cień  
i o smutku pól, od zmierzchu rdzawych, 
gdy, w innym szczęściu, przypomnisz mnie... 
Miłość, choć zgasła, zawsze zostawi 
w sercach kochanków ślady ich dusz. 
Więc nie zapomnij naszych księżyców
i odczytanych w ich tarczach wróżb, 
wieczorów, kiedy w ciepłym ukryciu 
zmazywaliśmy pamięć o łzach. 
Pamiętaj sny pod wiosennym niebem, 
wielkie proroctwa o jasnych dniach, 
które daliśmy sami dla siebie.
Proszę Cię, wspomnij nasz złoty czas, 
naszą legendę - mit nieskończony.
A po latach już przywołaj nas  
pocałunkiem i magią złączonych... 
Poczujesz wówczas znów tamten czar
i każde słowo, jakby zaklęcie,  
dotyk wieczności, lżejszy niż wiatr, 
naszej wieczności, której nie będzie...
 
14 października, 2012
Annie
 
 

Noc otula myśli

Zasłoniwszy chłodny uśmiech księżyca, smutek
ze strun duszy ponurą wydobywa nutę.
Jej dźwięk nawiedzą pustą umysłu świątynie, 
znaną wcześniej przez widma przeszłości jedynie, 
ozdobioną ich lamentem rozdzierającym. 
Lecz teraz marmur z trzaskiem suchym pękający
na tron zaprasza Noc - królową z obsydianu. 
Nie zabrzmi szczęk oręża, nie zejdą z kurhanów
strażnicy ołtarza. I nie przemówią wieże
dumnym tonem dzwonu. Zapomniane pacierze
z dawien dawna umarłego nie wskrzeszą Boga. 
Dlatego Noc, stąpając po świątynnych progach, 
szydzi z duchów, które, wyjąc, przed nią pierzchają, 
w korytarze, gdzie swą sieć tka samotny pająk. 
Królowa do ołtarza krok kieruje twardy
i śmiejąc się, zrzuca z niego całun obdarty. 
Krzyczy, otwierając dumnie przeklętą księgę:
"Upadli! Daję wam Nienawiści potęgę!"  
 

Oda do nadziei

Podaj mi dłoń, Kasjopejo, 
prowadź mnie ku zarzewiom gwiazd. 
Pójdźmy, gdzie światy jaśnieją
i zajrzyjmy do księgi prawd. 
Otuli nas nieskończoność, 
najczystsza biel astralnych dróg, 
a centaur z grzywą zmierzwioną 
rzuci nam swój oręż do nóg. 
 
Złączmy z wiecznością wszechświatów
moją wpół zgaszoną duszę. 
Wyzwól mnie, więźnia katakumb, 
mnie, przygarbionego w skrusze 
tułacza ciemnych otchłani!
Daj myślom, mrokiem zoranym, 
światłość Twych źrenic! 
 
Wzlećmy ponad wieże, zbudowane przez aniołów na gwiazdach! Pójdźmy po ścieżkach, na których przed dziełem stworzenia kroczyły cheruby! 
Pozwól mi, czarnemu duchowi zatopionemu w barwach zórz, odnaleźć ukojenie! Dostąpić misterium odnowy, zmartwychwstania pośród ogonów komet! 
 
Ja, wieczny pokutnik 
błagam Cię o łaskę! 
Zawtóruj mej lutni
i otocz mnie blaskiem! 
Wysącz ze mnie ciemność, 
roztocz raj przede mną! 
 
Niech złoci się nam jutrzenka, 
niech grają tylko dla nas harfy archaniołów! 
I niechże Twoja potęga
oczyści moje serce, ciemne od popiołu. 
 
Zstąp do mnie, o pani! Zstąp, nadziejo, ubrana w księżyc, w srebrne smugi gwiezdnych pyłów! Zstąp z niedostępności nieistnienia!
 
 

Pejzaże fantazji

Przez zamknięte, półsenne powieki ujrzałem
oszronione pejzaże fantazji zmurszałej,
ubarwione w bezlistne, milczące jesiony,
co, zginane wichurą, schyliły korony.
Przenikliwe podmuchy, harcując w konarach,
swe przekleństwa wznosiły w pobladłych bezmiarach.
I nieśmiało szemrały zbrudzone potoki,
obmywając podnóża wzniesieniom wysokim.
Zapachniały jesienią szumiące ogrody,  
przystrojone wykwintnie kolorem żałoby.
Stalowymi chmurami pogrzebał błękity
ołowiany nieboskłon szarością spowity,
przemówiwszy doniośle głosami błyskawic.
Przerażone pierzchają gromady żurawi,
jak najdalej przed grozą, przed burzy ramieniem,
choć nie znajdą nic więcej pod czaszki sklepieniem. 

Rozłąka

Idąc wzdłuż Sekwany, przywabieni zamyśleniem, 
sypiemy jej gwiazdy i zaklęte w nich marzenie. 
Lśni więc pod stopami, jakby ze światła kręty sznur, 
gdy tętni nam ciepło w uszach rzeki półsenny wtór. 
Zatopieni w pejzaż, w północy ciemne okrycie
bez pamięci, niby elfy wiedzione księżycem, 
wędrujemy w naszą miłość, w niekończącą się dal, 
gdy wkoło aleje Paryża grają nam swój psalm. 
 
Przez korytarze świateł,
w tańcu srebrnego dźwięku, 
w całej zadumie katedr
złoty czas trzymam w ręku. 
Deszcz barw na głowy kapie, 
gdy wyznaję Ci miłość pod
Notre-Dame czy Sainte-Chapelle, 
szepcząc: "nie odchodźmy stąd". 
 
Niesiemy swój śmiech
na iglice wież. 
Tańczmy! Tańczmy! Niech 
Paryż zniknie gdzieś! 
Na nic mi zieleń 
Elizejskich Pól! 
Podejdź, Aniele, 
i we mnie się wtul. 
Ciebie nad Paryż, 
Ciebie ponad świat! 
Stańcie, zegary, 
na tysiące lat, 
aż skończymy lot 
do głębiny nieb!
"Nie odchodźmy stąd" 
- brzmi cicho Twój szept... 
 
***
 
Gaśnie rojenie mi na powiekach, 
głos Twój rozbrzmiewa, jakby z daleka. 
W krawędziach snu śmiech smutny się błąka.
Tylko samotność. Tylko rozłąka. 
 

Różaniec (Nokturn III) 

Podwójna kometa mknie nocy na powitanie
po onyksowym niebie, przystrojonym w gwiazd wieniec, 
różaniec w sinych wargach cichnie, przecięty łkaniem,
i szloch przetacza się pod Andromedy sklepieniem. 
W skrętach eteru słowa pulsują w takty modlitw
powolnym tętnem uczuć, nabrzmiałych od błagania. 
Razem z biegiem strumyków, smutek spływa przez odwilż, 
niesiony parowami w przerażonych litaniach 
po księżyc zasłuchany z szyderczym połuśmiechem. 
A minuty, bezpłodnym czekaniem wydłużone, 
odmierzane nierówno przyspieszonym oddechem, 
zawiązały się w nokturn o pogrzebowym tonie. 
Z lodowym okruchem łzy, iskrzącym się spod powiek, 
czekam objawienia, lub Ciebie...lub kogokolwiek. 

 

Szara kołysanka

Pamiętasz, kochana...? Mieliśmy ostrzami gwiazd 
wyryć inicjały nasze srebrne w księżycu, 
aby potem pójść z nim po moście milczenia wraz, 
bym mógł Ci zostawić jego światłość w obliczu.
Nauczonym ciszy, nie byłoby trzeba słów, 
albowiem spojrzenie rzekłoby wszystko duszom.
Tylko ciepły dotyk przeszedłby nam na wskroś głów, 
dotyk jasnej pieśni, której dni nie zagłuszą.  
 
Pamiętasz...? Chcieliśmy złapać wszystkie poranki
i wprawić je w okna, jak najdroższe witraże. 
Ja, spod nich - kochanek obok duszy kochanki - 
miałem grać Ci do snu złote melodie nasze.  
A teraz zamarła pieśń nigdy nie zagrana 
i zmyślone nuty spływają mi, jakby łzy
w samo dno koszmaru. I oto jest, kochana,
szara kołysanka, psalm nieistniejących dni.  

 

Wśród drzew

W borach prastarych, ciemnych i głuchych, 
gdzie nie doszedł Bóg ukrzyżowany,  
wśród drzew mieszkają przodkowie, duchy, 
wąpierze, rodzimych prawd kapłani. 
W nich głos dawnych bóstw nie ścichł, nie zanikł. 
I przetrwa aż do objęć kostuchy! 
 
Stare zaklęcia, gusła, obrzędy, 
modły, co miną wieże kościołów,  
sławią Peruna w lasach nieświętych. 
Odgrzebane z przeszłości popiołu, 
spojrzą niebawem w oczy sokołów 
posągi bogów przez krzyż wyklętych. 
 
Niech zagrzmi piorun, łby chylą strzygi! 
Prowadź, Chorsie, zjaw zastępom dzikim!  
I niechaj nowa powstanie droga, 
cienie opuści dumny lud pogan! 
 
Szczęk mieczy, dźwięki rogów dostojne
ojców martwych wołają z powrotem.
Szeregi w chwałę wieczystą strojne, 
wojowie z czasów zamierzchłych potęg, 
ze swych głów hełmy zdejmują złote, 
modlitwie oddając się spokojnej. 
 
Dziady nadeszły! Żerca pozdrawia
przodków chlebem i znakiem Welesa: 
"Tej nocy otworem stoi Nawia! 
Czas najwyższy starą wiarę wskrzeszać! 
Na przekór słowu chrześcijańskich cesarstw
krzyczmy razem: sława bogom! Sława!"
 
Niech zagrzmi piorun, łby chylą strzygi! 
Prowadź, Chorsie, zjaw zastępom dzikim!  
I niechaj nowa powstanie droga, 
cienie opuści dumny lud pogan!   
  

Wyklęci

Gdy ostatni wodzowie puścili 
z rąk zdrętwiałych dymiącą śmiercią broń, 
gdy ze strzępów krwawych świat nam szyli 
i przebrzmiał już Apokalipsy dzwon,
kłamali nam, łgali w każdej chwili, 
że lepszy dzień wstaje ze wszystkich stron, 
że przynieśli czas skrzydeł motylich, 
że kraj z nowym planem da większy plon, 
że raj stworzą, że cud...cud spełnili! 
Po czerwonych dywanach szli w nasz dom 
z krwią i błotem na butach przybyli. 
Gdy wzdłuż Wisły szkarłatny pędził gon, 
ci - wyklęci - rdzawą broń chwycili,
żeby starym wrogom w twarz krzyknąć: "won!"
 
Weszli w bory, w gór koron siwizny, 
z pochodniami wolności zabranej. 
Kraj dla śmierci popiołami żyzny
rozpalili w płomienny poranek, 
żeby ogniem odpłacić za blizny, 
w zgiełku bitwy ostatniej, przegranej. 
I na przeciw czerwonej zgnilizny, 
poprzez ziemie, bagnatem zorane, 
ci - rycerzy żywe podobizny, 
poszli w bój za narodu wołaniem
od Tatr aż po Bałtyku mielizny, 
by zostało wrogowi zabrane 
w strupach od krwi zhańbionej ojczyzny 
i w sierp, i w młot uzbrojone ramię. 
 
Wy, mściciele zgliszcz książęcych grodów, 
z mieczem pomsty kutym z ich płomieni, 
poszliście w głąb rdzawych łun ze wschodu, 
wy - za życia w czeluście strąceni, 
dumne syny Piastowego rodu 
bez kurhanów sypanych z kamieni, 
bez pomników białych wśród ogrodów, 
za to z grobem, wyrosłym z dna cieni.
Po śmierci wiek wam przyszedł zawodu, 
wam - żołnierzom wyklętym z ich ziemi. 
Za lata walk, świstu kul i głodu, 
prostym krzyżem z mogił odznaczeni,
odeszliście w milczeniu narodu,
przez historię własną odrzuceni...
 
 

Kontakt: bogowit@gmail.com Kierunek studiów: Prawo II rok   Zainteresowania: literatura (przede wszystkim poezja), filozofia, odtwórstwo historyczne, sport   Doświadczenie: -Wieczory i spotkania autorskie -Laureat konkursów poetyckich -Działalność w Europejskim Stowarzyszeniu Studentów Prawa ELSA Katowice, dział STEP Publikacje:  -własna strona: www.analepka.prv. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.