Ostatni dzień w roku

I

     Dwudziesta druga trzydzieści, ostatni dzień roku. Ruszyłem w niedalekim kierunku, tylko mi wiadomym, tylko mi znanym, mnie przyciągającym, mnie wzywającym krzykiem, który nie znika w sielance dnia ostatniego. Pędziłem zachwiany sam nie wiem czym i nie wiem przez co. Pędziłem przecinając szerokie i wąskie alejki, ciemne i jasne ulice, mijając grupy ludzi, czując w powietrzu alkohol, słysząc krzyki, wrzaski, śpiewy, toasty.
Pary zakochanych.
Przyjaciele.
Małżeństwo.
Młodzież.
     Każdy z nich na swoim miejscu, wśród swoich ludzi, ale dla mnie to miasto było puste, ja byłem sam, a droga stawała się coraz dłuższa, coraz ciaśniejsza. I ja również się na tej drodze kurczyłem.
     Idę z rękami w kieszeni, z pochyloną głową, zaciśniętymi zębami, co jakiś czas czując powiew wiatru na skroniach – chłodnego, spłyconego jak oddech kogoś, kto się dusi. Wzrokiem sięgam już miejsca, do którego zmierzam. Choinki i ozdoby świecą w ciemnych pokojach, rodziny gdzieniegdzie siedzą przy stolikach i rozmawiają. Ja swoją zostawiłem i wyszedłem…
     Wchodzę do klatki wieżowca i wsiadam do windy wciskając ostatnie z pięter – osiemnaste. Drzwi dźwigu się zamykają, patrzę w stronę lustra na człowieczy kształt i na chwilę zostaję w zawieszeniu.
Stop. Piętro dziesiąte. Ktoś wchodzi.
- Dobry wieczór – powiedziałem jakoś pospiesznie, szybko podnosząc głowę i natychmiast ją opuszczając.
- Dobry wieczór, dobry wieczór – odpowiedział wsiadający, starszy człowiek. Już trochę podchmielony, zaczerwieniony, a oczy mu się szkliły jak kropelki deszczu, które trafiają w kałużę, ale się nie rozbryzgują.
- O! wycieczkę będę miał na górę – dodał po kilku sekundach.
Uśmiechnąłem się i czekałem aż dojedziemy na górę. Winda ruszyła, a ja patrzyłem na ekranik pokazujący piętra, przez które przejeżdżamy.
Dwunaste…
Trzynaste…
.
.
.
Siedemnaste…
Osiemnaste. W końcu. Dłużyła się ta podróż, ale chyba tak już jest – gdy na coś czekamy, to najczęściej przychodzi to późno. Albo wcale.
- Do widzenia. Wszystkiego dobrego – rzucam, wychodząc z windy. Bez przekonania, bardziej z kultury niż z chęci.
- Dzięki panie, i wzajemnie! Do siego dla pana i rodziny!
 
     Bez wątpienia będzie dobry. Ale cóż, dziś każdy może się karmić nadzieją. Nieważne czy to ma sens, czy też nie, ale nadzieja umiera ostatnia. Tak mówią. I ja tak mówię, otwierając ramiona w kierunku hipokryzji. Nadzieja powinna umierać ostatnia, dobrze ją mieć, bo na czymś musimy polegać, na coś musimy się zdać, ale ja dziś tego nie widzę i nie potrafię wierzyć.
 
Dach jest otwarty.
 
     Jedyny sposób dla mnie, by być dziś bliżej gwiazd i nieba. By spojrzeć prawdzie w oczy i może wobec niej opuścić wzrok w bezsilności. By zostawić wszystko za sobą.
    To niemożliwe, wiem.
     Ale wchodzę i uderza we mnie powiew wiatru.
 
II
     Siadam blisko krawędzi, wyciągam nogi i po podróży wzrokiem wokół miasta zamykam powieki. Długo trwał ten stan nieważkości nim strzał petardy wyrwał mnie z zawieszenia. Zamykając oczy mogłem się uwolnić, ale też widziałem różne sytuacje – te, które były i te, które mnie czekają. Część z nich powinienem był wziąć i rzucić z wieżowca na roztrzaskanie, ale nie mogę, bo jest to niemożliwe. A może nie miałoby to sensu? Może byłyby jak głaz rzucony z niewielkiej wysokości, który tylko zrobi huk i zostanie w całości, mimo że wewnątrz zostanie nieco obity? Ile razy musiałbym rzucić to wszystko z góry? Siedemdziesiąt siedem? Marna perspektywa.
 
     Uniosłem głowę i patrzyłem w niebo – za kilka chwil zrobi się kolorowe, za kilka chwil pochłonie masę okrzyków noworocznych, za kilka chwil zostanie przytłumione i ciemność złudnie nabierze barw. Wszystko za kilka chwil i na chwilę. Na moment. Na kilka minut.
     Nie wiedziałem, która jest godzina. Widziałem, że na dole zbiera się coraz więcej ludzi, zatem… Już czas, ale na co? Wejście w nowy etap. Rozpoczęcie nowego rozdziału. Zrobienie rachunku pozytywów i negatywów. Postawienie kolejnego kroku, do przodu oczywiście, bo jakżeby inaczej. Jakie to górnolotne. 
 
Wybuch.
 
Fajerwerki wystrzeliły w górę, a wraz z nimi nowe nadzieje i marzenia ludzkie. Masa kolorów, huk, krzyk, gwar, świst, wszystko, co powinno być.
 
     Niewiele nade mną fajerwerki rozpryskiwały się i zalewały czerwienią, granatem, zielenią niebo i wszystko wokół. Poczułem kulkę w gardle i widziałem w każdym wybuchu swoje marzenia, swoje życie, widziałem jak pęka, rozprasza się i nie zostaje nic. Dźwięki wystrzału były jak płacz dobiegający z oddali, który echem dociera do mnie.
 
Nie umiałem spojrzeć z nadzieją.
Nie umiałem znaleźć kawałka szczęścia w tym przejściu ze Starego do Nowego.
Widziałem same straty.
 
     Chciałem spróbować cieszyć się tym, że cieszą się ci, którzy są na dole. Nie umiałem. Kwadrans, pół godziny, godzina… strzały ucichają, a ja zaciskam pięść i uderzam się w łeb. Mam tylko długopis i kartkę, którą rzucę w przestrzeń i poleci z wiatrem lub od razu spadnie i cicho wyląduje na ziemi.
 
Wszystko ucichło. Drzwiczki od wejścia się uchylają, wchodzi Magda.
 
- Co ty tu robisz?! – woła do mnie na przywitanie.
- Chyba mogę spytać o to samo – odpowiadam z uśmiechem. Wiesz jak lubię to miejsce.
- Taaak. Od małego tu przyłaziłeś! Szczęśliwego Nowego Roku – powiedziała z uśmiechem, a jej ciemne włosy opadały na twarz w rytm delikatnie wiejącego wiatru tak, że zasłaniały ciemne, brązowe oczy.
- Dziękuję ci – wstałem i ją przytuliłem.
Usiadła naprzeciwko i patrzyliśmy raz w jeden punkt, raz w inny, to znowu gdzie indziej…
- Chyba nie ładnie tak podglądać – upomniała mnie żartobliwie, próbując robić groźną minę. Nigdy jej to nie wychodziło, zawsze potem wybuchała śmiechem.
- Skąd wiedziałaś, że tu jestem?
- Bo ty nawet po cichu wejść na dach nie umiesz!
- Nie moja wina, że te drzwi skrzypią – tłumaczyłem się, robiąc minę skruszonego, ale uśmiechu też nie utrzymałem.
- Mogłeś chociaż do nas wstąpić. I tak sami z rodzicami siedzimy.
Nie odpowiedziałem nic i pobyliśmy chwilę w milczeniu. Dobrze mieć z kim sympatycznie milczeć.
- Długo tu będziesz? – spytała.
- Jeszcze chwilkę – odpowiedziałem, spoglądając na nią i przechylając głowę raz w prawo, raz w lewo.
- Wstąp do nas może potem, co? Ja wracam już, bo zmarznę!
- Leć, leć! Trzymaj się, Madziu! Wszystkiego dobrego!
- Pa, pa! – odpowiedziała i udała się w stronę drzwi. Zamykając je, pomachała mi i z uśmiechem kiwnęła głową.
 
Łatwo jest udawać, że wszystko gra. Ciężko tylko na sercu.
 
    Biorę kartkę i długopis. Z łatwością przychodzą linijki tekstu, a jedyną trudnością jest wiatr, chcący wyrwać mi tę kartkę, którą przycisnąłem do ściany.
 
     Linijka po linijce, słowo po słowie, literka po literce. To moje rozliczenie, które rzucę w świat, a właściwie światu w twarz. Może będzie wędrować w przestrzeni, może zniknie gdzieś w zakamarkach ulic, może zostanie skąpane w kałuży i nikt nigdy tego nie zobaczy, ale dziś jestem gotowy, by to zrobić. Gdzie i kiedy mam to zrobić, jeśli nie tutaj? Jest pusto. Jest cicho, a tłum z dołu zniknął. To jest odpowiedni moment.
 
Ostatnia linijka. Ostatnie słowa. Wyrzucam długopis.
 
     Trzymam w lewej ręce kartkę i zamykając oczy, zaciskając zęby unoszę głowę do góry. Czytam…
Podchodzę do krawędzi i z łzą na policzku rzucam kartkę, a ona unosi się nade mną i wraz z wiatrem krąży nad moją głową. Przepraszam, ale nie umiem już tu żyć. Wiem, co się zaraz stanie. Wiem, że lecąc w dół nie złapie mnie anioł, wiem, że nie ma odwrotu. Wiem to wszystko, ale nie mam już nad tym władzy i nie chcę mieć. Tak kończę ostatni dzień w roku.
Chwieje mną coraz bardziej, głowa opada na kołnierz. Pora zmierzyć lotem wieżowiec.
Kartka wraca i spada obok. Tak jak chciałem: w ciszy, w spokoju, bez krzyku.
 
W cichą noc
 
Odchodzę
 
W ciszy,
W pustce,
Z dala od krzyku.
 
W zgodzie
I niezgodzie ze sobą.
 
Nie mogąc już
Więcej znieść.
 
Przez krzywdy
Zawinione i niezawinione.
 
Bo upadam
I nie zasługuję na nic.
 
Bo rany we mnie
I przeze mnie
Zaczęły krwawić.
 
Bo nie ma błysku,
Który szedł cieniem.
 
Bo ja sam siebie
Wypchnąłem za scenę.
 
Bo sam sobie
Rozdarłem sumienie.
 
Bo stałem się tym,
Kim nie chciałem.
 
Wybacz którykolwiek człowiecze,
Jeśli przeze mnie płakałeś.
 
Wybacz, jeśli to, co zasiałem
Okazało się chwastem.
 
Wybacz troski,
Zmartwienia.
 
Tego już nie ma,
Nie będzie.
 
Odejdę nocą,
Po cichu,
Bez krzyku
W dalekie miejsce,
Wraz z gardłem
Ściskając serce…

 

Nazywam się Marcin Kozak i jestem studentem socjologii. W wolnych chwilach staram się pisać i tym właśnie chciałbym się z Wami podzielić:) Nigdy nie wiem, co o sobie napisać, dlatego najlepiej będzie jak stworzycie sobie mój obraz na podstawie, tego co tworzę. Z góry dziękuję za poświęcenie chwili na przeczytanie. Jeśli ktoś byłby zainteresowany znajomością, wymianą poglądów, to zostawiam emaila: mkozak_92@o2. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.