Od adolescenta do młodego dorosłego - przepoczwarzanie się w ramach relacji rodzinnych

Adolescencja jest notorycznie trudnym tematem, niezależnie od której strony by go nie ugryźć. Najłatwiej byłoby nazwać ją „okresem przechodzenia z dzieciństwa w dorosłość”, ale to wydaje się być rażącym uproszczeniem. Choć podręczniki do biologii podają, że trwa ona mniej więcej od 12 do 18 roku życia, to czynią tak dlatego, by nie komplikować sobie sprawy i skupić się na zachodzącym w tym okresie rozwoju biologicznym, który faktycznie z grubsza kończy się około 18. wiosny.

Bezdyskusyjnie w okresie dorastania pojawiają się też znaczące różnice w zachowaniu i emocjonalności. Są one spowodowane zachwianiem gospodarki hormonalnej - to też jest niepodważalne. Nerwowość, impulsywność, zmniejszenie roli autorytetów, poleganie na grupie rówieśniczej, kwestionowanie przyjmowanych dotychczas norm moralnych - te cechy, z perspektywy biologicznej, są tylko przejściowymi objawami, produktem ubocznym zwiększonego wydzielania hormonów płciowych, rychło kończącą się anomalią. Na to ostatnie psychologowie rozwojowi kręcą jednak nosem. Skoro “buntowniczość” adolescentów jest tak uniwersalna, to może ona sama w sobie ma jakąś rolę?

I owszem ma - osiągnięcie niezależności psychicznej, wyodrębnienie siebie z systemu rodzinnego jako autonomicznej jednostki. Autonomicznej, czyli nie “w pełni niezależnej”. Przecież dla większości ludzi rodzina odgrywa ważną rolę przez całe życie, nie tylko w dzieciństwie. Jednak nie pełnimy w niej stale tej samej roli - zajmujemy inną, partnerską, współodpowiedzialną.

Psychologia, na przekór biologom, stawia hipotezę, że powodowana hormonalną nerwowością próba “wyrwania się” spod wpływu rodziców nie tylko nie jest niepożądanym skutkiem ubocznym osiągania dojrzałości płciowej, ale jest kluczowa dla tego okresu.

Oczywiście - to pełne “oderwanie się”, jakiego pragnie młody adolescent, jest rozumiane przez niego bardzo dziecinnie, niedojrzale. Młodzian chce końca obowiązków i kontroli, ale nie przywilejów, jak wikt, opierunek czy kieszonkowe. Dla niego to kwestie “oczywiste”, jemu / jej się przecież należy! Zakrawający o śmieszność egoizm takiej postawy jest oczywisty dla każdego dorosłego… po części dlatego, że każdy samemu go kiedyś przechodził.

Dopiero po czasie to nagłe, gwałtowne targanie szesnastolatka przeradza się w partnerski szacunek dwudziestolatka. Adolescencki bunt jest konieczny, by dostrzec relacje rodzinne w nowym, pełniejszym świetle i ostatecznie zostać ich podmiotem zamiast przedmiotem. Gdyby nie głupawy egoizm wieku okołogimnazjalnego, skazani bylibyśmy na los 35-letnich, włoskich singli. Miejmy to na uwadze, szydząc w internecie z gimbazy - zawdzięczamy temu okresowi więcej, niż chcielibyśmy przyznać.

Jeśli jesteś uważnym czytelnikiem, to zauważysz, że w zawartym powyżej opisie jest pewna luka. Fizyczny, hormonalny mętlik targa nami gdzieś do 18 roku życia, a przecież napisałem, że adolescencja dokonuje się w okolicach dwudziestki.

Te dwa lata to tak zwany “okres późnej adolescencji”. Można pisać o nim wiele, dyskutować, czy to już dorosłość, czy nie. W kontekście relacji z rodzicami uważam, że jest wystarczający, by zacząć je “remontować”. I nie, nie zakładam tutaj, że są one w zupełnej ruinie (choć jeśli potrzebny jest remont generalny, to też jest to dobry okres na niego). To bardzo ciekawy proces, który w gruncie rzeczy jest szarą strefą dla psychologii. Relacjami między rodzicem a dzieckiem zajmuje się psychologia wychowawcza i pedagogika, relacjami między dorosłymi - psychologia komunikacji. Dziedzina “młodych dorosłych” ląduje więc gdzieś pomiędzy nimi.

Przed młodym człowiekiem stoi wtedy trudne zadanie udowodnienia, że jest gotowy na relację partnerską. Musi pokazać, że może brać odpowiedzialność za swoje życie i sam będzie podejmował teraz ważne decyzje, z których konsekwencjami zmierzy się też samodzielnie… lub poprosi o pomoc i wsparcie, jeśli go przerosną. Chce, by rodzicielska kontrola przestała obejmować jego zachowanie i oczekuje, że nakazy zmienią się w prośby… na które w większości będzie przystawał. Być w relacji równej, a nie skośnej, oznacza, że jest się za nią współodpowiedzialnym. Przymus faktycznie zanika - ale pojawia się chęć. Cóż, przynajmniej powinna się pojawić - inaczej nici z partnerstwa.

Ten okres jest też niezwykle trudny dla rodzica! Czy tego chcemy czy nie - zazwyczaj lata życiowego doświadczenia niosą ze sobą realną mądrość. Do tej pory starszyzna mogła na siłę karmić młodzież owocami tej mądrości. Teraz - musi do nich przekonywać i godzić się z ewentualną odmową, po czym obserwować, jak ich pociechy borykają się z problemami, przed którymi chcieli ich ochronić. Po ich stronie jest zmiana rozkazów w rady, zejście z ambony i zrezygnowanie z kaznodziejskiego, moralizatorskiego tonu. Oni sami tej mądrości nie znaleźli przecież w książkach, tylko w trudach - ciężko więc ich winić, że chcą uchronić swoje pociechy od stereotypowych “błędów młodości”.

Ten proces przechodzenia relacji z rodzicami z dziecięcych w dorosłe jest, jak widzicie, dość trudny i wymaga komunikacji płynącej z obu stron. Nie ma w nim obiektywnego “złotego środka” i nie ma recepty na wypracowanie kompromisu - będzie on inny dla każdego przypadku. Nie jest to jednak jakiś krańcowy, interpersonalny wysiłek, nie chcę byś tak o nim myślał. Choć trudny, to jest to proces naturalny. Trudnych relacji jest w życiu na pęczki, warto sobie je więc przetestować z rodziną. I choć nie każdemu uda się rozbudować swoje relacje z rodzicami, to niezwykle trudno jest ją zupełnie zburzyć. W końcu w rodzinie wybacza się najwięcej.

To, czego potrzeba, to obopólnej chęci do jej budowania. To nie może być heroiczny wysiłek jednej ze stron. Psychologowie rodzinni i systemowi zajmują się w końcu nie tylko parami i rodzinami z dzieckiem - pracują też nad relacjami między dorosłymi. Oznacza to, że powstają w tym procesie patologie, oczywiście! Ale oznacza to też, że można je korygować, wpływać na nie. Zupełnie niedojrzałym jest zakładać, że to po stronie rodzica leży cały ciężar utrzymywania kontaktu i bliskości z dzieckiem - ale równie niedojrzałym byłoby, gdyby nagle w pełni miał wziąć to na siebie młody dorosły.

Pewnie część z was czyta to i zastanawia się, gdzie samemu jest w tym procesie. Czy już ma “sztamę” z rodzicami, czy jeszcze jest wysysającym energię gówniarzem?

To dobrze. To oznacza, że myślisz i zastanawiasz się, na ile jesteś partnerem, czy dajesz z siebie odpowiednio dużo, ale też czy oczekujesz (i przyjmujesz!) w zamian. Każda forma relacji - od koleżeństwa po małżeństwo, wymaga pracy. Jak z ogródkiem - trzeba plewić. To bardzo zdrowe i naturalne, by czasem zastanawiać się nad jakością swojej relacji.

Może też czytać to inna osoba, która nie ma najmniejszego zarzutu względem siebie i której relacje są w najlepszym z możliwych stanów. Cóż, oznacza to, że masz przed sobą jeszcze sporo dorastania.

 Bibliografia:

  1. William W. Wilmot, Joyce L. Hocker, “Konflikty między ludźmi”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011
  2. Anna I. Brzezińska, “Psychologiczne portrety człowieka”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2013
  3. Kazimierz Obuchowski, “Galaktyka Potrzeb”, Zysk i s-ka 2000Artykuł powstał  w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego"

(IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach.

Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.

REDAKTOR DZIAŁU 'STUDIUJĘ' Kontakt: studiuje.wiecjestem@us.edu. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.


Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego