Twórczość w psychologii egzystencjalnej jako spotkanie człowieka ze światem

Praca ukazuje temat twórczości widziany oczyma egzystencjalistów. Jest swojego rodzaju przeglądem różnych koncepcji, poczynając od pioniera tego nurtu – Viktora Frankla – po Rolla Maya oraz Alberta Camusa. Nawiązuje także do pragmatycznego empiryzmu Johna Deweya.

Zestawienie tychże poglądów wskazuje nam, w jak wielu aspektach może być rozpatrywana taka aktywność człowieka, z czego ona powstaje i co może dla niego oznaczać. Wywód rozpoczynam od istotnej kwestii relacyjności, przechodzę do mitycznych światów i narodzin twórczości oraz rozróżniam, czym jest tego typu aktywność dla artystów, a czym dla „zwykłych” ludzi. Całość podsumowuję własnymi przemyśleniami, żywiąc nadzieję na wzbudzenie osobistych refleksji u Czytelnika.

W swej pracy pragnę poruszyć temat twórczości z perspektywy psychologii egzystencjalnej, syntetyzując poglądy różnych myślicieli. Skupię się głównie na ujęciu twórczości przez Rolla Maya; postaram się omówić w jaki sposób widzi on naturę twórczości – z czego się rodzi i jaka jest jej istota, oraz Alberta Camusa; odnosząc się głównie do jego pojęcia buntu. Punktem wyjścia jednak będzie dla mnie koncepcja samorealizacji Viktora Frankla, twórcy analizy egzystencjalnej i logoterapii. Sądzę bowiem, iż ukazuje ona to, co jest bliskie nam wszystkim; obejmuje twórczość nie tylko sensu stricto, ale przede wszystkim twórczość w szerokim znaczeniu – jako niezbędny element życia codziennego, nadający mu głęboką wartość i sens.

Frankl zadaje sobie ciekawe pytanie, dotyczące ludzkiego życia, a mianowicie: „czy w bycie ludzkim chodzi o to by urzeczywistniać leżące w człowieku możliwości, czy też możliwości czekające na realizację w świecie?” (ks. Wolicki, 1999: s. 60). Na oba człony tego pytania należy odpowiedzieć twierdząco. Pierwszoplanowym celem nie powinna być jednak realizacja możliwości człowieka leżących w jego naturze – one są dopiero efektem samorealizacji, której można dokonać jedynie poprzez realizację możliwości w świecie (ks. Wolicki, 1999). Frankl wprowadza termin autotranscendencji, sugerując tym, że człowiek powinien wychodzić poza siebie i tym samym osiągać pełnię bytu. Samourzeczywistnianie się, czyli autotranscendencja, nigdy nie jest bezpośrednia; dokonuje się przy okazji – w   sytuacji bycia przy czymś, bycia przy kimś, realizowania czegoś w świecie. Człowiek, według Frankla, staje się sobą i osiąga człowieczeństwo, gdy wypełnia określone zadania; cele, które mają sens i wartość dla innych, które wykraczają poza niego samego i realizacje jego potencjalności, a służą wyższym ideom. Główną zasadą samourzeczywistaniania się jest oddanie (ks. Wolicki, 1999) drugiej osobie w miłości; poświęcenie się w niesieniu pomocy innym; działanie na rzecz określonej idei zmieniającej poglądy społeczne. Człowiek prawdziwie dokonuje samorealizacji, gdy umie skierować swoją uwagę na podmiot poza nim. Zasadniczym jego celem jest kształtowanie swojej rzeczywistości. W sytuacji niepowodzenia natomiast – gdy misja nie zostanie wypełniona, gdy sens nie zostanie odnaleziony – zwraca się on z powrotem ku sobie, a to powoduje poczucie pustki; przyczynia się do neurotyczności i frustracji; powoduje efekt błędnego koła; ale nigdy nie prowadzi do samorealizacji.

Mikołaj z Kuzy w Bogu Ukrytym podaje nam pewną metaforę, trafnie ilustrującą poruszany problem. Porównuje on bowiem Boga do oka. Oko jest dla niego narządem, które samo w sobie (jako centrum) nie ma koloru; pełni jednak bardzo ważną funkcję, mianowicie otwiera wrota do świata barw. Gdy jednak zapragnie się spojrzeć na samo oko, stanie się ono bezużyteczne, a mówiąc ściślej, w pewnym sensie (w dziedzinie barw) nie będzie istnieć (Mikołaj z Kuzy, 1996). Tak samo jest z człowiekiem skupionym wyłącznie na sobie – jego egzystencja będzie mało znacząca, porównywalna do wegetacji.

Wnioskując z powyższych refleksji, istotna dla Frankla w autotranscendencji jest zdolność do wchodzenia osoby ludzkiej w relacje z innymi bytami (ks. Wolicki, 1999). Skupię się tutaj na dwóch z wymienianych przez niego relacjach: relacji spotkania i relacji dialogu. Frankl odwołuje się do koncepcji filozofów dialogu, którzy przez egzystencję rozumieją koegzystencję, a ściślej stosunek „ja-ty” (ks. Wolicki, 1999). Bycie w takim spotkaniu nie może być jedynie autoekspresją – ma polegać na wspólnym poszukiwaniu, znajdywaniu i dzieleniu się logosem ujętym jako wspólny sens. Dokonać tego można za pomocą dialogu – nigdy monologu. Prawdziwe spotkanie polega też na pomocy partnerowi, aby on sam mógł dokonać transecendencji w kierunku logosu (ks. Wolicki, 1999).

Tak oto analiza egzystencjalna przedstawia nam realizacje człowieka w świecie. Teraz pragnę przejść do samej twórczości, bardziej zagłębiając się w jej charakterystykę i złożoność. Przedstawię koncepcje psychologa egzystencjalnego Rolla Maya i Alberta Camusa. Ukażę, czym według nich jest proces twórczy, jak on przebiega, jakie są jego uwarunkowania; kim jest artysta; a także porównam kilka elementów do koncepcji Frankla, ukazując ich podobieństwo.

Rollo May w swej książce Odwaga tworzenia, jak sam tytuł wskazuje, mówi, iż bycie twórczym wymaga od nas odwagi. Twierdzi on bowiem, że odwaga jest „odkrywaniem nowych form, nowych symboli, nowych wzorców, na których można budować nowe społeczeństwo” (May, 1994: s. 17). We współczesnym świecie dziedziny wywierające duży wpływ na kształt społeczeństwa (np.: biznes, technika, edukacja) ze względu na ciągłe, błyskawiczne zmiany wymagają odważnych ludzi, którzy będą w stanie docenić te przeobrażenia i je odpowiednio ukierunkować. Zdaniem Rolla Maya osobami, które naprawdę wykazują się odwagą i kształtują ducha społeczeństwa, są artyści: dramatopisarze, muzycy, malarze, tancerze, poeci, pisarze zwani świętymi – to oni wprowadzają nowe formy. Posługując się symbolem, trafiają do naszej zbiorowej świadomości, której pomysłodawcą jest szwajcarski psychoanalityk Carl Gustav Jung (May, 1994). Według niego jest to świadomość wspólna wszystkim ludziom, mająca największą moc i siłę oddziaływania. Mieszczą się w niej archetypy – zapisy powtarzających się przez wiele pokoleń doświadczeń - niosące ze sobą spory ładunek emocjonalny (Campbell i in., 2006), a co za tym idzie, także i znaczenie. Rollo May pisze, że w sztuce współczesnej zauważamy wiele oznak wyobcowania i lęku. Piękno odnajdywane jest w brzydocie, porządek – w chaosie, miłość – w nienawiści. Zatem widzimy, że artyści wyrażają duchową istotę kultury, do której należą. Autor orzeka iż „naszym problemem jest, czy umiemy ją odczytać” (May, 1994: s. 20).

Skupmy się ponownie na pytaniu, dlaczego twórczość wymaga odwagi? Odpowiedź trafnie wyrażona jest w słowach Jamesa Joyce’a, które przywołuje Rollo May: „Witaj życie! Po raz milionowy ruszam na spotkanie prawdziwego doświadczenia, by w kuźni duszy swej wykuć nieurodzone jeszcze sumienie swej rasy” (May, 1994: s. 20). Jak widzimy, Joyce mówi tutaj o spotkaniu, czyli o tej właśnie relacyjności, będącej istotnym elementem autotranscendencji Frankla. Do wątku spotkania powrócę w dalszej części pracy. Człowiek znajduje się w sytuacji spotkania z rzeczywistością; jest to nowe wydarzenie wymagające odwagi. Jeszcze większej odwagi natomiast wymaga wykucie nieurodzonego sumienia rasy. Sumienie bowiem nie jest czymś, co jest nam dane - ono dopiero tworzy się właśnie przez obcowanie z natchnieniem pochodzącym z symboli i form kreowanych przez artystów. Artyści, nawet gdy świadomie do tego nie dążą, stają się moralistami. I to jest trudne zadanie stojące przed nimi. Innym, bardzo ważnym  dowodem odwagi, istotnym dla bycia twórczą jednostką jest fakt, że poprzez tworzenie człowiek rozpoczyna czynną walkę z bogami (May, 1994). Jak pisze Rollo May: już same słowa jednego z przykazań zabraniającego obrazowania wszystkiego co jest w niebie, na ziemi i w wodzie, budzą strach wobec tych, którzy temu się sprzeciwiają, czyli przeciw artystom. Oni bowiem burzą status quo, tak silnie chroniony przez społeczeństwo (przykładów osób burzących status quo jest bardzo wiele, chociażby Sokrates, Jezus czy Joanna d’Arc). O walce z bogami opowiadają także inne zagadki, jak na przykład bliskość geniuszu i psychozy, wielość samobójstw wśród artystów. Niektóre teorie twierdzą, że artyści doświadczają niewytłumaczalnego poczucia winy. Czy ma być to karą za ten sprzeciw? Rollo May rozpatruje tę kwestię dogłębniej, rozmyślając nad mitami; przywołuje w swym wywodzie mit o Prometeuszu, a także o Adamie i Ewie. Prometeusz, jak wiemy, ukradł bogom ogień i ofiarował go ludziom. Moment ten jest uznawany przez Greków za początek cywilizacji: narodziny filozofii, nauki, dramatu i  kultury w ogóle. Ważne w tym wydarzeniu jest jednak to, że Zeus wpadł we wściekłość: kazał przykuć Prometeusza do skał Kaukazu, gdzie każdego ranka sęp wyjadał mu odrastającą przez noc wątrobę. Tutaj zauważamy także pewną cechę twórczości, jaką jest regenerowanie się – artyści zmęczeni po całodniowej pracy, czasem doświadczają uczucia bezsensowności swojego dzieła i pragną następnego ranka zająć się zupełnie czymś innym. W ciągu nocy jednak, ich „wątroby odrastają” i powracają do napoczętej pracy z nowym zapałem i energią.

Bardzo podobnym mitem według Rolla Maya jest mit o Adamie i Ewie z Genesis. W istocie mówi on o narodzinach moralnej świadomości; pojawia się tu bowiem drzewo dobra i zła, drzewo wiedzy. Sumienie (o którym mówił Joyce, twierdząc, że artyści je kształtują)  staje się tutaj synonimem świadomości. I znów pojawia się ten sam problem: Jahwe wpada w gniew i wypędza Adama i Ewę z Raju. Zatem, jak widzimy, świadomość jest zrodzona z buntu przeciw wszechmocnej sile. Współcześnie tę kwestię u artystów można także zauważyć w zwalczaniu przyziemnych „bogów”, czyli przeciwstawianiu się konformizmowi, konsumpcyjności, apatii, władzy opartej na wyzysku. Rollo May wskazuje też na inny aspekt twórczości – jej związek ze śmiercią. W micie o Prometeuszu czytamy pod koniec, że może on zostać uwolniony od męki, jeżeli ktoś nieśmiertelny zrzeknie się swojej nieśmiertelności w ramach pokuty za Prometeusza. W przypadku Adama i Ewy natomiast Bóg ukarał ich, odbierając im nieśmiertelność. Tak więc, twórczość jest związana ze śmiertelnością – walka z bogami jest wynikiem naszej śmiertelności. Twórczość to błaganie o nieśmiertelność (May, 1994), która jest poniekąd niesprawiedliwa, przeciw której także występują artyści. Przeciwieństwem śmierci natomiast jest siła witalna albo, jak to ujął Woody Allen w jednym z swoich filmów, pożądanie. Rollo May nazywa to buntem. Bunt ten nie jest związany jednak z samym faktem umierania i ze świadomością konieczności odejścia z tego świata. Chodzi tutaj raczej o subiektywne doświadczanie śmierci kogoś bliskiego, o poczucie straty, smutku. Strata jest nieodłącznym elementem życia. Ciągle coś tracimy: niewykorzystane szanse, zdrowie, młodość. Nasze przeżywanie tych strat, głębia uczucia popycha nas do działania, popycha nas do buntu.

Temu buntowi chciałabym się przyjrzeć bliżej, dlatego też nawiążę w dalszej części do ujęcia problemu przez Alberta Camusa. W swym eseju Człowiek zbuntowany Camus pisze, że takim człowiekiem jest ktoś, kto jednocześnie mówi „tak” i „nie”. Wyrzeka się czegoś, ale także zgadza się na coś. Co oznacza owo „nie”? Jest to zarysowanie granicy, sprzeciw wobec czegoś co trwało zbyt długo, odmowa na posuwanie się drugiej osoby za daleko. Człowiek zbuntowany musi być przekonany o słuszności swego zachowania, musi mieć rację. Taki ktoś mówi, że „ma prawo do…”(Camus, 1974: s. 273); dowodzi, że istnieje w nim coś, co „warte jest trudu, żeby…” (Camus, 1974: s. 273) i chce aby inni mięli to na uwadze. To „tak” dotyczy samej osoby, jej prawa. Takie spojrzenie, jak zauważa Camus, jest bardzo wartościujące. Sądzę jednak, iż jest to naturalny element naszego bycia, bez niego nie moglibyśmy stawać się sobą. Dzięki poczuciu własnej wartości, której należy bronić, wiemy, że możemy ją podarować drugiej osobie (w rozumieniu Frankla); możemy wtedy wchodzić w dialog będący wyrazem naszej autotranscendencji. Jeśli chodzi o etymologię słowa „zbuntowany”, oznacza ono ‘dokonywanie zwrotu’. Camus twierdzi, że jest to zwrot od wartości mniejszej ku większej. Jednak jaką wartość ma tutaj na myśli autor? Podobnie jak Rollo May twierdzi on, że z buntu rodzi się świadomość, ale jest ona z początku dosyć mglista. Człowiek zauważa w sobie coś, z czym może się utożsamić; wcześniej nie utożsamiał się z tą cząstką naprawdę. Camus pisze: „to, co wpierw było niepochwytnym oporem człowieka, staje się całym człowiekiem, który się z tym oporem utożsamia i w nim się streszcza” (Camus, 1974: s. 274).  Żąda dla siebie poszanowania; tę ważną cząstkę siebie stawia ponad wszystko inne; jego podejście przybiera formę: Wszystko albo Nic. To Wszystko i Nic z początku jednak nie do końca jest określone; zbuntowany chce całego dobra, które sobie uświadomił i którego uznania w sobie zapragnął albo chce być niczym, czyli całkowicie ulec sile, która go uciska, doznać porażki, umrzeć. Skoro człowiek jest w stanie zgodzić się na własną śmierć, tylko dlatego że czegoś bardzo nie chce, oznacza to, że poświęca się on dla wyższego dobra wykraczającego poza samą jego osobę. Inaczej mówiąc, chociaż bunt rodzi się z tego, co najbardziej indywidualne, podważa samo pojęcie jednostki. Człowiek taki ustanawia prawo, którego broni ponad sobą; działa w oparciu o wartość wspólną wszystkim ludziom. O tę wartość właśnie chodzi. I znów powracając do samorealizacji Frankla, widzimy, że to egzystencjalne spojrzenie ma wiele wspólnego z twórczością i buntem. Człowiek, aby nadać sens swojemu życiu, przekracza siebie, działa na rzecz innych, służy wyższym ideom i celom, mającym znaczenie dla innych ludzi. Doznaje autotranscendencji.

Bunt jest jedną z form samourzeczywistniania się. Jak pisze Camus: „Aby istnieć człowiek musi się buntować, ale czyniąc to powinien uszanować granicę, którą bunt odkrywa w sobie i gdzie ludzie łącząc się, zaczynają istnieć” (Camus, 1974: s. 282). Autor nazywa bunt oczywistością, która odgrywa nadrzędną rolę w życiu codziennym tak jak cogito Kartezjusza w porządku myśli. Ta oczywistość wydobywa człowieka z jego samotności, a jego osobisty problem staje się kolektywny. Camus wspomina także o innym rodzaju buntu – o buncie metafizycznym. Myślę, że artyści w szczególności są właśnie buntownikami metafizycznymi, oni to bowiem sprzeciwiają się swojej kondycji jako człowieka; oświadczają, że świat ich zawiódł. Dzięki odwoływaniu się do wspólnej wartości poeci i pisarze są rozumiani przez innych ludzi. Wbrew pozorom buntownicy nie pragną chaosu, de facto działają, aby wprowadzić porządek i dlatego domagają się uznana uznania wyrażanej przez nich wartości. Wydaje się im, że bez tych praw na świecie zapanowałby bezład i zbrodnia. Domagają się jedności dla rozbitego świata. W eseju Bunt i sztuka Camus daje pełny wyraz współistnieniu tych dwóch aspektów życia. Atour powołuje się na słowa Nietzschego: „żaden artysta nie godzi się na realność” (Camus, 1974: s. 363), zgadzając się z nimi i jednocześnie twierdząc, że bez tej realności żaden artysta nie może się obejść.

Twórczość wyraża niezgodę głównie na niedostatki świata, ale tego świata potrzebuje, bo w gruncie rzeczy człowiek nie chce go porzucać, gdyż pociąga to za sobą stratę. Realność jest też samym materiałem do pracy. Artysta pragnie przetwarzania świata, poprawiania go, konstruowania na nowo; a także szuka jedności, czegoś co zespoli człowieka. Artysta chce nadać styl swemu światu. Camus pisze, że najambitniejsza ze wszystkich sztuk – rzeźba – w rzeczywistości nie odżegnuje się od podobieństwa, czyli pozornej zgody na świat, wręcz przeciwnie, owo podobieństwo jest jej istotą. Niezgoda na świat wyraża się tutaj w tym, co ta rzeźba pragnie uchwycić: w geście, wyrazie, pustym spojrzeniu, które to wszystkie są bolączką w danej kulturze. Zadaniem rzeźby nie jest naśladownictwo, lecz stylizacja: „zamknięcie w znaczącej ekspresji ulotnego niepokoju ciał czy nieskończonej zmienności postaw” (Camus, 1974: s. 364). Dzięki temu osoba obcująca z dziełem sztuki odnajduje w tym coś kojącego i możliwego do wyrażenia; przekaz sztuki bowiem jest uniwersalny. Treść zostaje uogólniona, ale przy tym jej wybór musi być trafny. Przykładowo, malarz przedstawiając jakąś chwilę ulegającą zmianie, ciągłemu przeistaczaniu się, jest w stanie ją zatrzymać, izolować w czasie i przestrzeni. Pozwala jednocześnie na dostrzeżenie tego, czego, być może, nie bylibyśmy w stanie dojrzeć w zgiełku życia. Historyk sztuki Bernhard Berenson powiada, iż malarstwo nie przywołuje niczego, co jest dotykalne, a wręcz przeciwnie: „nadaje widzialne istnienie temu, co pospolite widzenie uważa właśnie za niewidzialne, sprawia, iż do poczucia wielowymiarowej pojemności świata nie jest nam wcale potrzebny jakiś »zmysł mięśniowy «” (Merleu-Ponty, 1995: s. 177).

Dziedziną sztuki, która najbardziej unaocznia tworzenie nowych światów i nadaje styl, jest, według Camusa, powieść. Człowiek w świecie często czuje się zagubiony, nie doczekuje się upragnionych chwil, zostawia za sobą wiele niedomkniętych spraw, jest przepełniony niepewnością co do swojej przyszłości, nie werbalizuje tego, co powiedziane zostać powinno. Powieść jest pewną formą ucieczki, ale jej głównym zadaniem jest spajanie, nadawanie jedności. I nie chodzi tutaj o zupełnie inny świat -  świat właściwie pozostaje ten sam: mamy te same cierpienia, tę samą miłość, kłamstwo. Tylko że tutaj  nadana jest określona forma, postawiona wyraźna granica, losy bohaterów są zarysowane, słowa zostają wypowiedziane, wszystko zmierza ku zaplanowanemu, nieuniknionemu końcowi – jest  domkniętym Gestaltem. Życiu trudno jest nadać formę i granice (Camus, 1976). Camus porusza też problematyczną kwestię samotności, która często uważana jest za atrubyt artysty. Uważa, że artysta nie może prowadzić całkowicie samotnego trybu życia – jego sztuka byłaby wtedy jałowa. Prawdziwy artysta powinien osiągnąć ideał komunikatywności, powinien mówić do wszystkich, dzięki czemu zostanie zrozumiany i zapamiętany. Jednocześnie, przywołując słowa Balzaca, daje do zrozumienia, że artysta to także ktoś wyjątkowy: „Geniusz podobny jest do wszystkich, lecz nikt nie jest podobny do geniusza” (Camus, 1976: s. 392).

Jak widzimy, tworzenie dzieł sztuki powstaje wyłącznie na gruncie pewnej wymiany człowieka ze światem zewnętrznym. Dochodzi tutaj do spotkania, o którym pisze Rollo May, jako centrum aktu twórczego. Pisze o tym także Viktor Frankl jako o warunku osiągania sensu i pełni swojego jestestwa. W Odwadze tworzenia czytamy, iż subiektywnym biegunem tego spotkania jest tutaj artysta. Powiązanie, jakie pojawia się pomiędzy nim a rzeczywistością, nie odnosi się jednak do samych przedmiotów wokół niego czy do środowiska, chodzi tutaj raczej o wszelkie związki, w jakich człowiek funkcjonuje w świecie zewnętrznym. Biegun obiektywny zatem, jest tutaj nieodzowny. Elementami takiego spotkania są przede wszystkim zaangażowanie i intensywność. Artysta w chwili tworzenia jest pełny pasji, jest pochłonięty tym, co robi. Często doświadcza wielu fizjologicznych objawów, jakie pojawiają się w reakcji „walka albo ucieczka”: przyspieszone bicie serca, podwyższone ciśnienie, wyostrzony wzrok. Emocją , która przewodzi temu procesowi nie jest jednak podniecenie ani strach, ale radość. Radość ta związana jest z podwyższoną świadomością (co nazywamy z etymologicznego punktu widzenia ekstazą) oraz faktem, że realizujemy nasze własne możliwości. Rollo May celowo nie mówi tutaj o satysfakcji czy przyjemności, które, jak twierdzi, mogą pojawić się już po zakończonej pracy. Jak widzimy, proces twórczy przełamuje popularną w psychologii dychotomię rozumu i emocji, gdzie rozum wiedzie prym. Sądzi się bowiem, że to dzięki racjonalnemu myśleniu dobrze oceniamy sytuację. Testy Rorschacha natomiast wykazują, że to dzięki zaangażowaniu i przeżywaniu emocji ostrzej i dokładniej widzimy. Tej intensywności nie można jednak mylić z doznawaniem dionizyjskiego upojenia i witalności. Artysta, który tworzy pod wpływem alkoholu, nie doświadcza spotkania, bowiem nie nawiązuje związku ze światem, a jedynie sam doznaje zmiany w swoim odczuwaniu na jakiś czas. W procesie tworzenia widoczny jest także aspekt regresywny oraz progresywny. Regresywny odnosi się do uaktywniania symboli w nieświadomości zbiorowej, o czym wspominałam – jest to budzenie pierwotnych lęków, pragnień, tęsknot. Progresywny natomiast ma charakter integracyjny i oznacza tworzenie nowych pojęć, form; ukazywanie rzeczywistości. Lęk także jest nieodłącznym elementem tworzenia – pobudza, każe działać. Jest to lęk przed nicością, dezorganizacją, chaosem; skłania ku budowaniu czegoś lepszego (May, 1994).

W tych rozważaniach nad twórczością pragnę odwołać się także do Johna Deweya, twórcy estetyki pragmatycznej, który ujmował sztukę w kategoriach doświadczenia. W odróżnieniu od metafizycznych egzystencjalistów nieco sprowadza nas na ziemię. Uważam, iż jego koncepcja bardzo jasno charakteryzuje twórczość jako relację spotkania, odnosi się bowiem do codziennego życia każdej osoby. W swej koncepcji przełamuje on odwieczny dualizm myśli i działania; nadaje dużą rolę doświadczeniu, jednak nie pozbawia go wymiaru emocjonalnego i poznawczego. Doświadczenie widzi jako pewne zjawisko w naturze, efekt zachodzących w niej napięć. Uważa, że samo życie składa się z kolejnych faz, podczas których raz wypadamy z rytmu (stajemy wtedy w obliczu sytuacji problematycznej), a innym razem znów wznosimy się i osiągamy harmonię (Wilkoszewska, 2003). Już Heraklit z Efezu mówił nam o tej odwiecznej prawdzie; świat bowiem jest ciągłym stawaniem się, nieustanną zmianą, zwalczaniem przeciwieństw; ciepło zastępuje zimno, noc – dzień, narodziny – śmierć, a wszystko to prowadzi do pokoju (Reale, 2005). Jak mówi Bert Hellinger: „Spokój oznacza: pulsowanie wraz z Ziemią” (Hellinger, 2006: s. 44), co jasno ukazuje nam koncepcja Deweya. Doświadczenie to nieprzerwana interakcja organizmu ze światem, harmonii natomiast nadaje jej charakter estetyczny, który budzi poczucie spełnienia. Spełnienie to jest jednym z głównych elementów doświadczenia rzeczywistego. Dewey mówi, że nasze codzienne sprawy często pozostają niedokończone; jesteśmy rozproszeni; brakuje nam prawdziwego początku i zadawalającego zakończenia; nasze doświadczenia giną pośród innych jako niewyodrębnione części. W doświadczeniu rzeczywistym natomiast przetwarzany materiał osiąga swój kres, a zarazem koniec oznacza tutaj początek. Dewey powołuje się na metaforę Jamesa: lot ptaka pokazuje jak jedno opadnięcie kończące pewien etap jest zarazem odbiciem dającym początek nowemu etapowi (Wilkoszewska, 2003). Inną poruszaną kwestią jest dychotomia: rozpoznanie – percepcja. Rozpoznanie ogranicza się jedynie do wstępnej kategoryzacji i nie pozwala na dogłębne poznanie, co jest obecne w procesie postrzegania, występującym w doświadczeniu rzeczywistym. Dewey widzi je jako szczególny wgląd, mający jakościowe znaczenia dla podmiotu. W swej koncepcji odróżnia także wyładowanie od ekspresji. Wyładowanie jest bowiem cechą zwierząt, bezpośrednim aktem zachowania, szybko gratyfikującym. Ekspresja natomiast zmienia doświadczany materiał w środki przekazu. Są tutaj obecne zarówno refleksja jak i uczucie. Dalej Dewey mówi także o równowadze momentów aktywności i bierności. Sądzi, że nadmierna aktywność, gwałtowna, bezrefleksyjna porywczość prowadzi do powierzchownych doświadczeń, ale i nazbyt pasywne doznawanie pozbawione działania sprawia, że wszystko staje się przelotnym wrażeniem. Rzeczywistemu doświadczeniu nadaje jakość estetyczną, która spaja poszczególne fragmenty życia w harmonijną całość (Wilkoszewska, 2003).

Syntetyzując poglądy tychże myślicieli (Viktora Frankla, Rolla Maya, Alberta Camusa i Johna Deweya), zauważamy, że twórczość to coś więcej niż jedynie namalowanie obrazu, tudzież napisanie wiersza. Odkrywają oni przed nami, sięgając korzeni i szukając odpowiedzi w pierwszych mitach greckich, jak powstaje akt twórczy,  jaka jest przyczyna tworzenia czegoś, czego wcześniej świat nie widział albo nie umiał zauważyć. Mówią, dlaczego bycie twórczym nie jest tylko spontanicznym kaprysem dziecka, zabawą, a ciężkim zadaniem na miarę samych bogów. Ukazują nam jednocześnie, w jaki sposób wszelka twórczość wpływa na innych ludzi – nie tylko na tych żywo zainteresowanych sztuką – ale na każdego, kto żyje w danej kulturze. Artystę ujmują bowiem bardzo szeroko – jako osobę zmieniającą rzeczywistość nie tylko na płótnie czy poprzez prozę, ale także przez głoszenie nowych poglądów, poprzez nowe teorie naukowe czy aktywne działanie w świecie. Mówią o buncie zmieniającym bieg historii i wpływającym na moralność, świadomość, doznania i myśli innych ludzi. Pokazują także, że twórczą jednostką nie jest tylko ta, która posiada określony talent; twórczość może bowiem do swego życia wprowadzić każdy z nas, co nada mu nowego wymiar, smak i kunszt. Twórczość to pukanie do ciszy, aby odpowiedziała nam muzyką; to walczenie z Niebytem, aby stał się Bytem (May, 1994). Ponadto twórczość to także nasze codzienne życie, aktywne działanie, nadawanie sensu, przyjmowanie i dawanie, spotkanie z drugą osobą.

Sądzę, że ukazany przeze mnie przekaz myślicieli stawia przed nami duże wyzwanie. Skoro twórczość nie jest tylko domeną ludzi posiadających typowo artystyczny talent, pojawia się pytanie: w jaki sposób my kształtujemy nasze życie? Czy jest ono tylko rutynową formą wypełniania czasu, czy też twórczym przekraczaniem własnych ograniczeń, konstruowaniem swojego doświadczenia według wybranego przez nas kierunku i nadawaniem znaczenia temu, co robimy? Przytoczę na koniec cytat z książki Antoine’a de Saint-Exupery’ego: „Buduje się to, czym się jest, i nic więcej. (...) to, co budujesz, jest w gruncie rzeczy tym, do czego zmierzasz, i niczym więcej. Budujesz to, co cię zaprząta, i nic więcej.” (budowanie [w:] Cytaty.eu [online]) Choć słowa te mogą mieć nieco pesymistyczny oddźwięk, myślę, że mogą zadowolić osoby ambitniejsze w stawaniu się twórczą jednostką. Bowiem na pytanie: jakie są granice naszej zmiany siebie oraz zmiany naszego otoczenia? nie jest w stanie nikt odpowiedzieć, a użyte tutaj „nic więcej” znaczy tyle co „to jest wszystko, co możesz zrobić i zarazem aż tyle”. Wątpliwym jest bowiem, aby każdy z nas zbawił świat, ale pewne jest, że możemy wziąć odpowiedzialność za to, kim jesteśmy i z powodzeniem możemy spróbować budować siebie jak to jest kolejno przytoczone w cytacie; możemy przeistaczać się w sobie, dążyć do jakiegoś celu i zajmować się tym, co dla nas znaczące.

 

LITERATURA:

  1. budowanie, [w:] Cytaty.eu [online], [dostęp:19.02.2010],
  2. http://cytaty.eu/motyw/budowanie.html
  3. Camus A., Człowiek zbuntowany, Artysta i jego epoka, Bunt i sztuka, [w:] Eseje, Camus A.,Warszawa 1974.
  4. Hellinger B., O życiu, Warszawa 2006.
  5. May R., Odwaga Tworzenia, Poznań 1994.
  6. Merleu-Ponty M., Oko, ciało, byt, [w:] Myśli i ludzie, red. Migasiński J., Warszawa 1995.
  7. Mikołaj z Kuzy, O Bogu ukrytym. Rozmowa dwóch, z których jeden jest poganinem, drugi zaś chrześcijaninem, Znak, 1996, nr 4.
  8. Reale G., Historia filozofii starożytnej, tom I, Lublin 2005.
  9. Teorie osobowości, red. Campbell J.B., i in., Warszawa 2006.
  10. Wilkoszewska K., Sztuka jako rytm życia. Rekonstrukcja filozofii sztuki Johna Deweya, Kraków 2003.
  11. Wolicki M. ks., Relacje osoby a jej samorealizacja, Przemyśl 1999

 

 

Kontakt: v-isa@o2.pl Wykształcenie: Absolwentka Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego, specjalizacja: psychologia kliniczna dorosłego człowieka orazoraz psychologia zdrowia i jakości życia. (...)


  • Opublikowane 17 Październik, 2011

Zatańczyć siebie, czyli o terapii poprzez taniec i ruch słów kilka

Wyrysuj ruchem własne emocje ...

Bo tak to już jest, że w tańcu wychodzimy cali my. Ci nieśmiali, pewni siebie, narcystyczni, zabawni, schematyczni, twórczy, wrażliwi, itd. Taniec oddaje naszą osobowość, temperament, cechy charakteru, no i to, co w największym stopniu odróżnia nas od zwierząt - duszę.

Wystarczy kawałek przestrzeni, kilka taktów muzyki i trochę chęci, by odbyć taneczną podróż po znanych i nieznanych nam zakamarkach własnego świata czy też skrzyżować swą drogę z innymi i wniknąć w ich świat.
Podstawowe elementy tańca – rytm i ruch – stają się drogą do uzyskania harmonii ciała i umysłu, ułatwiają poznanie siebie, swoich emocji i porozumienie z innymi ludźmi. Pozwalają nam, w bezpieczny i społecznie akceptowalny sposób, na ekspresję własnych stanów emocjonalnych, tych pozytywnych i negatywnych. Jak powiada jedna z przedstawicielek tańca współczesnego – Ruth St. Denis – „Ciało jest naturalnym instrumentem; wyraża wibrację życia pełną ekstazy, piękna lub odbija negatywne stany, takie jak strach, nienawiść, uprzedzenia lub fałszywy egotyzm. Taniec stanowi żyjącą rzeźbę nas samych…”. Taniec pomaga uwolnić napięcia nagromadzone w naszym ciele pod wpływem stresu. Z pewnością każdy z nas miał okazję doświadczyć tego zbawiennego – szczególnie tych trudniejszych momentach naszego życia – uczucia oczyszczenia, lekkości, czyli katharsis.

Wyobraź sobie, jak poddajesz się dźwiękom melodii, która wchłaniana jest przez każdą komórkę twojego ciała. Ty i muzyka stajecie się dla siebie partnerami odbywającymi wspólnie taneczną wędrówkę, przeplataną momentami twojej dominacji lub uległości. Poddajesz się jej po to, by zyskać siłę do kreowania ruchem własnych emocji, fantazji, myśli. Pracują mięśnie twoich nóg, brzucha, ramion i te, których na co dzień nie masz okazji odczuwać. Dzięki temu stają się one bardziej elastyczne. Przyśpieszona zostaje akcja serca; wydzielają się adrenalina i noradrenalina oraz przeciwbólowe endorfiny. Organizm pobiera więcej tlenu i szybciej się oczyszcza. Twoje samopoczucie się poprawia, czujesz coraz większą harmonię pomiędzy stanem psyche i somy.
Taniec jest jak lustro, które odbija nasze mocne i słabe strony. Stąd mamy szansę rozwinąć własną samoświadomość, poznać to, co do tej pory nasza świadomość skrzętnie przed nami ukrywała. Ponadto, gdy tańcząc, stykamy się z drugą osobą, wchodzimy z nią w swoisty dialog. Porozumiewamy się na płaszczyźnie pozawerbalnej, w której trudno o fałsz i hipokryzję. Proces poszerzania świadomości ewoluuje, nie jesteśmy już sami dla siebie, ale
istniejemy w relacji. Umożliwia nam to dawanie i otrzymywanie informacji zwrotnych, cennych wskazówek dotyczących tego, jak jesteśmy przez naszego partnera odbierani, jak on nas spostrzega, w jakim kierunku powinniśmy iść, czy w ogóle kontynuowanie dalszej wędrówki jest możliwe czy pożądane.

Jakie korzyści daje nam taniec?

Wiedzieli już o nich nasi przodkowie (najdawniejsze na to dowody w postaci skalnych malowideł i artefaktów sięgają ery neolitu), którzy pozytywne aspekty tej aktywności wykorzystywali w celach jednoznacznie konstruktywnych. Był on sposobem na porozumiewanie się z duchami przyrody i przodków oraz formą wyrażania różnych treści. Stanowił on formę kontaktu z Absolutem, modlitwę, wyrażał uwielbienie życia, zachwyt; pobudzał do działania, wyzwalał wiarę w jego skuteczność, a zarazem zwiększał pewność siebie. Używając własnych rytmów, dźwięków wokalnych i dostępnych instrumentów perkusyjnych, człowiek pierwotny tańczył, aby wyrazić strach, lęk, radość czy złość i pozbyć się napięcia z nimi związanego. Byłoby to zgodne z teorię Darwina i Spencera, która zakłada, że napędem do tańca jest przede wszystkim konieczność rozładowania napięcia emocjonalnego, zarówno przykrego, jak i przyjemnego. Jego redukcja natomiast ułatwia adaptację i asymilację sensu życia.
Nie powinien więc dziwić fakt, iż na zalety, jakie niesie ze sobą taniec, docenili psychologowie. Zauważyli, że we współczesnym świecie pełnym napięć i stresów, coraz bardziej zapomina się o wzmacniającym i regulującym wpływie aktywności ruchowej na organizm. Chcąc uzupełnić deficyt tego wspaniałego, naturalnego leku, widocznego szczególnie u osób z problemami natury psychicznej (ale nie tylko!), stworzyli choreoterapię, czyli terapię poprzez ruch i taniec. Za ojca choreoterapii uznaje się węgierskiego tancerza, choreografa i teoretyka tańca, działającego w pierwszej połowie XX wieku w Anglii i Niemczech, Rudolfa von Labana. Na dobre terapia ta rozwinęła się jednak w Ameryce w latach 50. Obecnie zyskuje coraz większą popularność na całym świecie, również w Polsce.

Czym jest choreoterapia i kto z niej może korzystać?

Otóż choreoterapia to terapeutyczna technika należąca do szerokiego nurtu arteterapii (terapii poprzez sztukę), stosowana zarówno w pracy z pacjentami z minimalnymi uszkodzeniami mózgu, z zaburzeniami odżywiania, nerwicami, schizofrenią, z kobietami po mastektomii, ludźmi starszymi, z dziećmi autystycznymi, nadpobudliwymi, jak i osobami, chcącymi poszerzyć własną samoświadomość, chcącymi lepiej wyrażać siebie i rozwinąć swój twórczy potencjał. Krótko mówiąc, jest przeznaczona zarówno dla osób chorych/zaburzonych, jak i dla wszystkich tych, którzy pragną podnieść swoją jakość życia. Nieistotny jest wiek, płeć, poziom sprawności i fakt, że „ktoś tańczyć nie potrafi”, ponieważ tańczyć umie każdy, a jeśli tego nie robi, to znaczy, że najprawdopodobniej blokuje go lęk przed oceną społeczną, wstyd.
Terapia tańcem nawiązuje do swych pierwotnych korzeni, czyli starych tańców szamańskich i do czasów, kiedy taniec był ważną częścią życia społecznego każdego człowieka. Nawiązanie to widoczne jest np. w tzw. tańcach w kręgu, które stanowią skuteczną metodę leczenia osób chorych na nerwice. Wywodzi się ona także z tańca współczesnego, co jednak nie oznacza, że opiera się na nauce zasad technicznych, kroków czy kombinacji. Techniki, które znalazły zastosowanie w pracy choreoterapeutów, osadzone są bowiem w improwizacji tanecznej, pracy z ciałem, treningu odczuwania i relaksacji. Zostały one opracowane na podstawie czterech podstawowych funkcji psychoterapeutycznych tańca, których z pewnością niektórzy z nas mieli przyjemność doświadczyć podczas weekendowych potańcówek w klubach czy na imprezach domowych.

Funkcje choreoterapii

1. Pobudzanie i uwalnianie uczuć poprzez pozy i ruchy ciała.
Któż z was nie skorzystał z tej zbawiennej pomocy, jakiej udziela nam aktywność własnego ciała w uwolnieniu się od tłumionych emocji? Psychoterapeuci nastawieni humanistycznie skłaniają się do uznania samooczyszczania się organizmu, czyli katharsis za skuteczne narzędzie terapii. John Heine nadzorujący programy badawcze w tym zakresie pisze, że „po oczyszczającym uwolnieniu emocji i napięć następuje często niezwykłe, a nawet ekstatyczne uczucie szczęścia, które zwiększa wgląd w siebie, zmniejsza psychosomatyczne objawy (objawy fizyczne wywołane różnymi czynnikami natury psychologicznej) i powoduje osobliwe zjednoczenie się z porządkiem kosmicznym”. Bez względu na to, czy katharsis prowadzi do transcendencji, czy nie, wielu terapeutów zgadza się ze stwierdzeniem, że fizyczne uwolnienie nadmiaru energii daje lepszy stan odbieralności terapii i samoświadomości.


2. Zmniejszanie niepokoju oraz przeżywanie stanu zadowolenia.
Ta funkcja psychoterapeutyczna związana jest z koncepcją psychologicznego bezpieczeństwa w tańcu, wskazywaną przez Abrahama Maslowa. Twierdził on, że powstające w tańcu sytuacje akceptujące, przyzwalające, zachęcające, bezpieczne (tak jak podczas marzenia sennego), stwarzają odpowiedni klimat, w którym możemy zdecydować się na wyrażanie swoich negatywnych emocji. Taniec stwarza także podobne warunki do zabawy, w trakcie której doznajemy zadowolenia z samego działania, nasuwającego się spontanicznie i będącego jej wytworem. Fizjologiczne rezultaty ruchu w tańcu są podobne do fizjologicznych objawów uzyskanych w stanie przyjemności. Podczas tańca wyzwalane są czynniki hormonalne stymulujące uwalnianie energii i uzyskiwanie zadowolenia, zaś ten miły nastrój pozwala na nawiązanie kontaktu ze sferą duchową. W ten sposób zmierzamy do osiągnięcia psychofizycznej harmonii.


3. Nawiązywanie komunikacji i kontaktów społecznych.
Domyślam się, że ta funkcja tańca również nie jest dla nas obca. Wiąże się ona założeniem, że spora część ludzkiej komunikacji odbywa się pozawerbalnie, a ruch jest formą porozumiewania się. Zatem, gdyby poszerzyć indywidualny słownik ruchów jednostki, można by zarazem zwiększyć jej zdolność do rozumienia i bycia rozumianym. Tancerz może spełniać dwie podstawowe funkcje – przedmiotową i podmiotową. W pierwszym przypadku jest on przekaźnikiem informacji, w drugim – autorem informacji. W terapii tańcem główny nacisk kładzie się na komunikaty podmiotowe, co oznacza, że źródłem wszystkich ruchów jest sam uczestnik warsztatów i to on tworzy przestrzeń ruchową. Mając do dyspozycji czas, rytm, muzykę i własne ciało, nawiązuje kontakt z własną nieświadomością, wydobywając z niej informacje, które później zostają przetransformowane na język werbalny i zinterpretowane. Czyli tańczysz, wsłuchujesz się w siebie, wyrażasz to poprzez ruch, następnie o tym mówisz i z pomocą innych interpretujesz.


4. Zmiana psychomotoryczna.
Choreoterapia wykorzystuje założenie, że zmiany na poziomie neuro-mięśniowym powodują nie tylko fizyczne, ale również i psychiczne zmiany. Myśl ta pochodzi od Reicha, który wysunął tezę, że życiowe doświadczenia kumulują się w mięśniach i układzie kostnym. Psychoterapeuci tańcem nie zajmują się jednak manipulacją struktur mięśniowych poprzez wewnętrzną bądź zewnętrzną stymulację, ale poprzez ruch. Krótko mówiąc, gdy się wytańczysz, zwracając uwagę na tak istotny element jakim jest oddychanie, przestanie cię blokować to, co do tej pory było dla ciebie źródłem udręki.

Czyli, podsumowując…

Generalnie, cały wysiłek terapeutyczny prowadzi do poprawienia koordynacji ruchowej, odbudowy obrazu własnego ciała i rozwijania samoświadomości jednostki. Celem podstawowym jest dostarczenie ustrukturalizowanej formy opartej na wybranych technikach, po to, aby doświadczyć własnej cielesnej jedności i nabyć umiejętność wglądu w swoje wewnętrzne stany. Świadomość, że takie właściwości, jak: napięcie, odprężenie, elastyczność, równowaga, kontrola, bierność mają wpływać na aktywność nerwowo-mięśniową, pozwala jednostce kontrolować ten stan i doprowadzać do jego kreatywnego rozwiązania.

Choreoterapia jest godna polecenia tym, którzy potrzebują profesjonalnej formy wsparcia czy pomocy psychoterapeutycznej. Zaś wszystkich pozostałych gorąco zachęcam do korzystania z uzdrowicielskiej siły tańca w jego czystej postaci. 

Zatem pamiętaj:

  1. Nie idź na łatwiznę - nie wmawiaj sobie i innym, że nie tańczysz, gdyż tańczyć nie potrafisz! Wiedz, że tańczyć może każdy, nawet Ty!
  2. Nie wstydź się tańczyć! Nawet jeśli taniec w Twoim przypadku oznaczałby kiwanie się z nogi na nogę czy nieokiełznany pląs. Nikt nie powiedział, że musisz być profesjonalnym tancerzem.
  3. Tańcz zawsze, kiedy jest ku temu okazja! W domu podczas sprzątania, wkuwania czy świętowania zdanego egzaminu. Na imprezie, gdy tańczą tłumy bądź nie tańczy nikt. Na kursie tańca, na choreoterapii…
  4. Zatańcz i poczuj, jak zmniejsza się Twoje napięcie i poprawia się samopoczucie psycho-fizyczne!
  5. Zaproś do tańca drugą osobę! Nie dość, że możecie się świetnie pobawić, to jeszcze dodatkowo lepiej się poznać.

 

Autor: Małgorzata Tyburska

LITERATURA:

  1. Aleszko, Z., Janke-Klimaszewska, B. (2001). Psychoterapia, 2 ( 117).
  2. Frankowska, A. L. (12.05.2003). Tupnij co sił w nogach, 8. Wyszukane 10.11.2004 w  www.choreoterapia.com.pl
  3. Koziełło, D. (2002). Taniec i psychoterapia. Poznań.
  4. Wojciechowska, A., Bielańska, A. (2001). Amerta movement czyli „filozofia ruchu” w terapii osób chorych psychicznie. Psychoterapia,1( 116), (str. 45-51).


 


  • Opublikowane 17 Październik, 2011

Psycholog: specjalista duszy, czy ciała?

Kim jest, czym się zajmuje, czy aby na pewno jest zawodem i dlaczego często nazywany jest psychiatrą czy psychoterapeutą…


Zawód psychologa we współczesnym świecie nabiera coraz większego znaczenia. Dawniej wizyta u psychologa bywała wstydliwa i ukrywano fakt korzystania z pomocy specjalisty. Obecnie świadomość społeczeństwa wzrasta i z pomocy psychologów korzysta coraz większa liczba osób. Nie do końca jednak ludzie są świadomi tego, czym tak naprawdę psycholog się zajmuje. Jest to zawód mylony z innymi profesjami, gdyż zdrowiem psychicznym w Polsce zajmuje się wielu specjalistów: lekarze ogólni, neuropsycholodzy, psycholodzy, psycholodzy kliniczni, psychiatrzy, terapeuci, trenerzy, pracownicy socjalni. Co takiego różni zawód psychologa od innych zawodów zajmujących się psychiczną kondycją człowieka?

Wykonywanie zawodu psychologa polega na świadczeniu usług psychologicznych, a w szczególności na diagnozie psychologicznej, opiniowaniu, orzekaniu, o ile przepisy odrębne tak stanowią, psychoterapii, udzielaniu pomocy psychologicznej, działalności naukowej.”   Psychologiem zostaje się w chwili dokonania wpisu na listę psychologów Regionalnej Izby Psychologów, po uzyskaniu dyplomu magistra psychologii i odbyciu stażu.
Psycholog to zawód, który zyskał miano zawodu zaufania publicznego i wymaga nie tylko profesjonalizmu, ale także nieskazitelnego charakteru, postępowania zgodnie z zasadami etyki zawodowej i nastawiony jest na niesienie pomocy, dawanie oparcia innym. Sumienie powinno stać się dla psychologa naczelną normą moralności. Społeczeństwo ufa, iż osoby wykonujące zawody zaufania publicznego są odpowiedzialne, bo to od nich zależy zdrowie i życie innych.
Psycholog to wolny zawód, który charakteryzować powinny wysokie kwalifikacje i kompetencje, osobisty stosunek i zaangażowanie w pracę, zaufanie i przede wszystkim samodzielność i odpowiedzialność cywilna. „O regulowanym charakterze danego zawodu decyduje zastrzeżenie prawa jego wykonywania dla osób spełniających określone warunki, niedopuszczanie innych do jego wykonywania oraz uzależnienie prawa wykonywania zawodu od wydania odpowiednich decyzji przez uprawnione organy lub korporacje, zobowiązujące swoich członków do przestrzegania określonych przez nie standardów”.
Osoby wykonujące wolny zawód mogą być zobowiązane w drodze ustawy do przynależności do odpowiedniego samorządu zawodowego. Mimo iż samorząd psychologów jest przewidziany w ustawie o zawodzie psychologa i samorządzie zawodowym psychologów to dotychczas samorząd taki nie został utworzony i na razie nie istnieje, co jest spowodowane kilkuletnią bezczynnością kolejnych ministrów właściwych do tych spraw.
Praca psychologa łączy sferę praktyki badawczej z elementami praktyki społecznej, dzięki czemu psycholog może podjąć świadczenia nie tylko w służbie zdrowia, ośrodku terapeutycznym (trudności natury emocjonalno- psychicznej), ale także w szkolnictwie, wymiarze sprawiedliwości, mediach, wojsku, marketingu, biznesie, reklamie, negocjacjach, zarządzaniu, rozwiązywaniu konfliktów społecznych, redukowaniu uprzedzeń, orzekaniu o wiarygodności sprawców przestępstw, zapobieganiu i leczeniu uzależnień. Studia psychologiczne przygotowują do pracy w wielu zawodach, gdyż psychologia jako nauka dostarcza wiedzy na temat przyczyn i mechanizmów ludzkich zachowań. Badanie zachowań i procesów psychicznych, właściwości naszej pamięci, uczenia się, myślenia, sposobów walki ze stresem, czy postępowanie w otoczeniu społecznym pozwala opisywać, wyjaśniać, przewidywać i kontrolować zachowanie jednostki. Psycholog poprzez wykonywanie swoich zadań zawodowych wchodzi w bezpośrednie relacje z pacjentem, czy też współpracownikiem.
Od razu po ukończeniu studiów psychologicznych nie zyskuje się miana psychologa klinicznego. W tym celu należy w ramach studiów podyplomowych zdobyć wykształcenie w zakresie psychologii klinicznej.
Psycholog może również pełnić rolę psychoterapeuty pod warunkiem spełnienia kilku wymagań. Terapeuta to dobrze wykwalifikowany specjalista, który po zdobyciu dyplomu magistra nauk humanistycznych, czy społecznych (nie tylko dyplomu magistra psychologii, ale również pedagogiki, socjologii, psychiatrii itp.) odbył co najmniej 4 letnie szkolenie w zakresie którego zdobył wiedzę i umiejętności specyficzne dla psychoterapii. Podczas takiego szkolenia przeszedł własną psychoterapię, zdobył praktykę pod superwizją („ważne narzędzie zwiększania efektywności pracy i rozwoju zawodowego psychoterapeutów, polega na wzajemnej wymianie doświadczeń, przemyśleń, jest okazją do wspólnej analizy nad źródłami trudności, szukaniem istoty problemu, dochodzeniem do nowych rozwiązań” ), odbył staż. Według European Association for Psychotherapy. Zawód ten polega na ”…leczeniu osób cierpiących na psychozy, nerwice i zaburzenia psychosomatyczne…”.  Psycholog również posiada pewne przygotowanie do udzielania pomocy psychologicznej i wsparcia, ale nie posiada kwalifikacji uprawniających do prowadzenia pełnej psychoterapii.
 Psychoterapeuta to odrębny zawód niezależny od psychologii i psychiatrii. Nie jest to tytuł chroniony prawnie w Polsce, przez co wiele innych grup zawodowych wchodzi w kompetencje psychoterapeutów zajmując się pracą, do wykonywania której nie mają uprawnień.
Ludzie spoza branży utożsamiają często psychologa z psychiatrą. Obaj zajmują się tym samym (zdrowiem psychicznym) jednak mają odmienne kompetencje. Psychiatra to doktor medycyny, absolwent 6 letnich studiów na wydziale lekarskim akademii medycznej, wyspecjalizowany do diagnozy zaburzeń psychicznych i do psychofarmakoterapii. Współpracuje z psychologiem, gdyż leczenie często przebiega dwuetapowo: leki i terapia. Psychiatra również może zostać psychoterapeutą pod warunkiem odbycia co najmniej 4 letniego szkolenia w zakresie terapii. Dobry psychiatra musi brać pod uwagę wiele czynników wykraczających poza biologię i fizjologię, takich jak uwarunkowania psychologiczne, społeczne, czy rodzinne. Nie zajmuje się jednak problemami rozwojowymi pacjentów i trudnościami psychologicznymi, które nie są jeszcze zaburzeniem, ale w przypadku których pacjent oczekuje pomocy- to zadanie psychologa.
Zarówno w diagnozie psychiatrycznej jak i psychologicznej stosuje się systemy klasyfikacji amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (DSM IV) i klasyfikacji międzynarodowej opracowanej przez Światową Organizację Zdrowia (ICD-10).
Absolwentem 6 letnich studiów lekarskich jest także neurolog, który wyspecjalizowany jest w chorobach układu nerwowego ( diagnozuje m. in. padaczkę, guzy mózgu, ale nie depresję czy nerwice). Współpracuje z psychologiem, czy psychiatrą, ponieważ zdarza się, że u podłoża chorób psychicznych leżą nieprawidłowości w funkcjonowaniu struktur mózgowych.
Neuropsycholog to specjalista w obrębie psychologii klinicznej, który głównie zajmuje się zwalczaniem skutków uszkodzeń centralnego układu nerwowego.

Jak więc widać powyżej, jest sporo elementów odróżniających psychologa od innych specjalistów zdrowia psychicznego. Psycholog, to osoba o wykształceniu akademickim, która ukończyła studia nauk społecznych a nie medycznych, dlatego nie ma uprawnień do przepisywania leków farmakologicznych. „W Polsce studia psychologiczne mają wyłącznie charakter jednolitych studiów magisterskich. Studia licencjackie z psychologii nie istnieją i nie są formalnie uznawane przez Ministerstwo, czy nieformalnie przez środowisko psychologów, dlatego jeśli ktoś takie proponuje to jest to tylko specjalność z psychologii na innym kierunku.”  Niekoniecznie musi pracować z ludźmi, może również podjąć pracę w mediach, transporcie, reklamie, w kadrach. Psycholog może przeprowadzać wywiad, konsultować, diagnozować, orzekać o stanie zdrowia i udzielać pomocy psychologicznej, ale nie ma uprawnień do prowadzenia psychoterapii. By zyskać miano psychologa specjalisty (np. klinicznego, sądowego, czy mieć uprawnienia do badania kierowców lub osób starających sie o pozwolenie na broń) musi przejść dodatkowe szkolenia, bądź studia podyplomowe. Psycholog często nie może wydać ostatecznej diagnozy bez porozumienia z psychiatrą. Centrum zainteresowania psychologii jest nie tylko człowiek chory i zaburzony, ale również zdrowy i sposoby prewencji.
Gwarancją uczelni na to, że jest się psychologiem są dwa kluczowe słowa na dyplomie ukończenia studiów: magister psychologii. Praca psychologa polega min. na zrozumieniu „duszy” człowieka, co jest podstawą do udzielenia pomocy drugiemu człowiekowi, do rozszyfrowania jego słów i zrozumienia o co mu chodzi. Sam termin psychologia jest tego dowodem, gdyż pochodzi od dwóch greckich słów: psyche- dusza i logos- słowo. Stan ducha często wpływa na kondycję naszego ciała, a więc można bez wahania nazwać psychologa „specem” zarówno od duszy jak i ciała.


Wiola Friedrich
Studentka 3 roku psychologii, obecnie wolontariuszka w: Ośrodku Leczenia Uzależnień, w roku akademickim 2010/11 wolontariuszka w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Katowicach; wolontariuszka na zjeździe PTP w Katowicach. Zainteresowania: muzyka, dobra literatura, podróże.




Bibliografia

  1. Ustawa z dnia 8 czerwca 2001 r. o zawodzie psychologa i samorządzie zawodowym psychologów; Dz. U. 2 2001r nr 73 poz.763 z późniejszymi zmianami
  2. Piotr Winczorej; Komentarz do Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r.; wyd. LIBER, 2000 (art. 17. ust. 1)
  3. Dariusz Doliński; Zawód: psycholog; Charaktery; 2011; nr 6; str. 36-37
  4. Zofia Milska- Wrzosińska, Agnieszka Popiel; Zawód: psychoterapeuta (ankieta); Charaktery; 2009; nr 9; str. 70-71
  5. Marian Stepulak; Psycholog jako zawód zaufania społecznego; wyd. KUL; 2007
  6. Czym jest psychologia; W: Rathus Spencer; Psychologia współczesna; wyd. GWP; 2004
  7. http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,74896,2973626.html?as=1&startsz=x
  8. http://www.ipin.edu.pl/ppn/archiwum/2008/1/t17n1_11.pdf

 


Szpital jakiego nie znacie. Moje wspomnienia ze szpitala psychiatrycznego.

Wyobraź sobie szpital psychiatryczny. Co widzisz? Miękkie ściany, drzwi bez klamek, kraty, nastrój grozy, kaftany, szalony psychiatra i upiorny personel. Takie stereotypowe wizje nie pochodzą zapewne z Twojego osobistego doświadczenia. Promuje je raczej przemysł kinematograficzny.
Pochodzenia takiego obrazu szpitala psychiatrycznego w kinie można doszukiwać się w niechlubnych początkach psychiatrii. Pierwsze szpiatale psychiatryczne były rzeczywiście dość upiorne, a stosowane w nich praktyki kontrowersyjne. Kto nie słyszał o osławionej w filmach i opowieściach lobotomii, przykłuwaniu do ścian, leczeniu środkami wymiotnymi lub elektrowstrząsach.


   

Jednak mroczny obraz szptali psychiatrycznych powinien odejść do lamusa już po roku 1792, gdy Philippe Pinel, uważany za ojca psychiatrii humanitarnej, wprowadził nowe praktyki leczenia osób psychicznie chorych. Filmowcom jednak ciężko zrezygnować z negatywnego obrazu szpitali psychiatrycznych. Jest to chwytliwy temat, będącyidealnym tłem dla mrożących krew w żyłach horrorów. Jednak to, co służy przemysłowi kinematograficznemu, nie zawsze służy samym placówkom. Zły wizerunek szpitali psychiatrycznych przyczynia się do tego, że społeczeństwo spostrzega je w sposób stereotypowy, kompletnie nie adekwatny do rzeczywistości. To wszystko powoduje lęk przed szpitalami psychiatrycznymi, obniża zaufanie do personelu i wzmaga naznaczenie społeczne pacjentów.


Czy jednak jest się czego bać? Dla mnie szpital psychiatryczny był pozytywnym zaskoczeniem po tuzinie obejrzanych wcześniej filmów z szpitalem w tle. Jako studentka psychologii odbyłam wakacyjne praktyki studenckie objęte programem studiów z psychologii klinicznej w jednym z większych szpitali w Polsce. Mimo iż z zewnątrz wyglądał jak więzienie (wrażenie to wywołała czerwona cegłówka, z której zbudowane były starsze budynki szpitala), to w środku panowała bardzo miła atmosfera. Duże wrażenie zrobiły na mnie obrazy malowane przez pacjentów, które zdobiły ściany korytarzy. Może zdziwi to czytelnika, ale dominujące kolory na tych dziełach były raczej jasne, a obrazy, mimo iż często dziwaczne, były przyjemne dla oka.

Nie mogłam wyjść ze zdziwienia, gdy zobaczyłam mały piknik w parku na terenie szpitala.  Pacjenci wygrzewali się w słońcu, siedząc na trawie lub ławkach. Nastrój iście sielankowy. Nie zakłócały go nawet kraty w oknach oddziałów (rzeczywiście tam były, tak jak na filmach) komponując się raczej w spójny obraz, który u mnie wywoływał poczucie bezpieczeństwa.
Personel szpitala też nie jest w rzeczywistości taki, jak prezentują go filmy. Panie salowe znały dobrze historie każdego pacjenta i zawsze wiedziały jak do niego dotrzeć. Panowie z ochrony bardzo cenili sobie spokojną pracę na oddziale. Psychiatrzy zawsze wiedzieli, co zaaplikować pacjentowi, aby poczuł się lepiej. Bardzo miłym był dla mnie fakt, że psychiatrzy i psychologowie, czy też terapeuci ściśle ze sobą współpracowali, dzielili się informacjami i doradzali sobie w różnych sytuacjach.

Pacjenci życzliwie odnosili się do personelu. Działało to również w drugą stronę. Personel zawsze miał na uwadze godność pacjenta jako człowieka, zawsze ją szanował. Każdy pacjent przynosi ze sobą do szpitala swoją historię, czesto wstrząsającą, smutną lub trudną do zrozumienia. Ważne jest to, że w szpitalu nikt nikogo nie ocenia, a co za tym idzie pacjenci mogą  ufać personelowi. Pacjenci przebywają w szpitalu na oddziałach, zazwyczaj wśród ludzi z podobnymi objawami. Dzięki temu nie obawiają się, że to co ich spotyka dotyczy tylko ich samych, nie czują sie osamotnieni ze swoimi problemami. Na odziałach prowadzone są spotkania społeczności, grupy wsparcia, zajecia psychoedukacyjne, arteterapia, oraz indywidualne konsultacje psychologiczne lub psychiatryczne. Byłam czynnym uczestnikiem spotkań społeczności, gdyż na dwa tygodnie stałam się częścią oddziału. W spotkaniach tych biorą udział zarówno pacjenci jak i personel. Główne sprawy omawiane w ich trakcie dotyczą życia odziału. Często jest to wymiana uwag na temat pracy personelu oraz zachowania pacjentów (są to uwagi zarówno negatywne jak i pozytywne). Podczas swojego pobytu miałam również okazję prowadzić zajęcia z psychoedukacji. Polegają one zazwyczaj na wspólnym omawianiu jakiegoś problemu, szukaniu nowych rozwiązań i nabywaniu nowych umiejętności. Takie zajęcia mogą dotyczyć np. radzenia sobie z agresją czy asertywności. Konsultacje indywidualne polegają zazwyczaj na diagnozie pacjenta oraz na indywidualnej terapii. Niestety podczas moich praktyk nie miałam okazji brać udziału w zajęciach artystyczny, ani arteterapeutycznych, ale widziałam ich efekty i były naprawdę imponujące. Nie mogłam również brać udziału w spotkaniach grup wsparcia, ponieważ moje praktyki trwały zbyt krótko. Ciekawą formą zajęć na oddziałach była też relaksacja, w której miałam okazję uczestniczyć.

Pacjenci z niektórych odziałów mieli swoje obowiązki. W zależności od sprawności pacjenta mogło to być np. pomoc przy podawaniu obiadów lub wychodzenie co rano po chleb. Posiadanie takiego obowiązku było często formą nagrody dla pacjenta.
Pobyt w szpitalu był dla mnie ciekawym doświadczeniem i ważną lekcją. Każdego dnia praktyk chętnie wracałam do tego miejsca. Bardzo dużo nauczyłam się zarówno od personelu jak i od pacjentów. Przytoczę tutaj krótką lekcję, którą dał mi pacjent odprowadzając mnie na inny odział. Rozmawialiśmy o tym, kto jest w szpitalu i dlaczego, a mój towarzysz stwierdził tak: "Wie pani, to nie ważne dlaczego tu jesteśmy i na jak długo, ale raczej po co. My wszyscy, coś zgubiliśmy i musimy tu tego szukać. Wie pani, jak pani chce komuś pomóc to musi pani zejść na jego poziom myślenia, zrozumiec go i się nie bać. Musi mu pani pomóc szukać."

Ja z mojego pobytu w szpitalu wyciągnęłam wiele wniosków. Jeśli chodzi o Ciebie, drogi Czytelniku, to chciałabym, żebyś po przeczytaniu tego artykułu porzucił filmowe stereotypy i nie bał się szpitali psychiatrycznych. Jest to szpital jak każdy inny. Pacjenci mają tam swoje prawa (spisane między innymi w postaci ustawy o ochronie zdrowia psychicznego) i są one respektowane. W przypadku szpitala psychiatrycznego, jak i innych pacjent musi wyrazić zgodę na  przyjęcie na oddział (nie dotyczy to wyłacznie pacjentów, którzy nie są w stanie wyrazić takiej zgody oraz pacjentów, których zachowanie spowodowane chorobą stanowi zagrożenie dla życia). Nad przestrzeganiem praw pacjentów psychiatrycznych w Polsce sprawuje pieczę Rzecznik Praw Pacjenta Psychiatrycznego.
 

 Była redaktor działu 'ROZWIJAM SIĘ'   Kontakt: katarzynabrzezinska88@gmail.com   Wykształcenie: Absolwentka Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego, specjalizacja: psychologia kliniczna dorosłego człowieka oraz psychologia pracy i organizacji. Doświadczenie zawodowe: praktyki w SP ZOZ Szpitalu Psychiatrycznym w Toszku praktyki w firmie zajmującej się organizacją szkoleń - Lauren Peso S.A. Dodatkowe doświadczenie: wolontariat w Centrum Rehabilitacji Społecznej Osób Chorych Psychicznie w Katowicach członek Koła Psychologii Egzystencjalnej udział w naukowym projekcie międzynarodowym "Cross-cultural competences of Work and Organizational Psychology" udział w programie LLP Erasmus- półroczne studia w Dreźnie oraz uczestnictwo w szkole letniej w Pradze w ramach Erasmus Intensive Programme, poświęconej psychologii przedsiębiorczości. (...)


Więc jestem... PSYCHOLOGIEM

Prostujemy rzeczywistość, czyli: Prawda i Mity o Psychologach

Kim Jest Psycholog? Odpowiedz sobie na to pytanie i przeczytaj tekst poniżej, gdyż być może okaże się, że coś się powinno w Twojej odpowiedzi zmienić...
Wiele osób miało z nami - psychologami kontakt i wiedzą już, kim i jacy jesteśmy, dla kogo i co robimy. Jednak wielu wciąż opiera się na fałszywych przekonaniach, stereotypach – mitach – szeroko rozpowszechnionych wśród członków społeczeństwa, nie raz krzywdzących, a innym razem niweczących szansę na podjęcie przez jednostkę walki o samego siebie, w której możemy niejednokrotnie pomóc.


    Wystarczy wejść na fora internetowe, portale społecznościowe czy porozmawiać z ludźmi, a już rysuje się obraz psychologa, cudotwórcy, jasnowidza lub zwykłego człowieka, który tylko próbuje sprawiać wrażenie, że może Ci pomóc, gdy tak naprawdę to oszust i kłamca, chcący tylko wyłudzić od Ciebie pieniądze.

W „Słowniku psychologii” Rebera (2000) można znaleźć wyjaśnienie, czym jest MIT. Jego definicja może być rozpatrywana w dwóch aspektach:
  1. jako fałszywe i niepotwierdzone a szeroko przyjęte i rozpowszechnione przekonanie,
  2. jako pochodzącą od greckiego mythos legendę, czy koncepcję traktującą o powstaniu świata  i przyrody, jak i zachodzących w niej zjawisk – stanowiącej część danej kultury.
Bywa on często narzędziem etykietującym czy stereotypizującym dane zjawisko. Poprzez swoje istnienie wpływa na rzeczywistość i ją kreuje. Jest silnie zakorzeniony w danej kulturze, a co za tym idzie też w danej społeczności ją tworzącej.

Jestem PSYCHOLOGIEM. Kim więc jestem? Oto prawda, półprawda i mity na mój temat. Przeczytaj je uważnie i zweryfikuj własne przekonania, bo jeśli myślisz, że:


Psycholog analizuje zawsze wszystko i wszystkich dookoła.

To MIT. Nie jest tak, że zawsze i wszędzie analizuję to, co widzę i słyszę. W istocie bywa tak, że tzw. „zboczenie zawodowe” daje się we znaki, bo obserwacja ludzi i namysł nad ich fenomenologią jest czymś naturalnym w moim zawodzie, a zdobycie w nim wykształcenia i praktyki uczy nieco innego kontaktu z ludźmi.  Z pewnością widzę i słyszę więcej niż bym nieraz chciał, ale faktem jest, że moja praca polega na jak najdokładniejszym analizowaniu zgłaszanego przez klienta problemu, bo to zwiększa trafność ostatecznych wniosków i moją szansę na udzielenie mu pomocy.
Jednak jestem też tylko człowiekiem i czasem mam tyle własnych problemów na głowie, że nie absorbują mnie problemy innych.  Czasem priorytetem muszą stać się inne sprawy – moje, którymi muszę się zająć, jak rodzina czy przyjaciele, w takich chwilach nie ma miejsca na analizowanie wszystkich i wszystkiego wokoło. Jak wiadomo, człowiek potrzebuje też chwil, w których musi zwyczajnie odpocząć od zawodowych czynności. Kiedy poznaję nowych ludzi, mogą włączać się pewne mechanizmy, wynikające z mojego zawodu, jednak na pewno nie zachowuje się wtedy inaczej niż osoba, nie będąca psychologiem.

Każdy psycholog jest terapeutą.

To MIT. Między psychologiem, a terapeutą nie można postawić znaku „=”. Nie każdy psycholog jest osobą prowadzącą terapię. Są wśród nas diagności, badacze, wykładowcy, doradcy, którzy jednak nie zajmują się terapią. Jednak, by zostać terapeutą, zdobyć umiejętności i odpowiedni certyfikat, nie koniecznie trzeba być psychologiem (posiadać dyplom magistra psychologii). Dodatkowo psychologów – terapeutów jest mało, z powodu konieczności ukończenia wielu szkoleń, odbycia terapii własnej, jak i długotrwałości procesu kształcenia i znacznych jego kosztów.

Praca psychologa polega na doradzaniu.

To MIT. Jako psycholog nie jestem doradcą. Mam pomóc klientowi w dokładniejszym przyjrzeniu się jego własnemu problemowi. Psycholog winien być niczym nawigacja, która wskazuje jaką drogą można pójść, podając kilka możliwych do wyboru. Wskazuję kierunek, ale nie mogę klienta do niczego zmusić. Naprowadzam, pomagam mu zdobyć dobrą widoczność na samego siebie, ale ostateczny wybór zawsze należy do kierującego – klienta, bo to on decyduje o sobie i tylko w jego mocy jest, by zmienić coś w swoim życiu, by poradzić sobie z trudnością. W moim biurku nie ma zapisanego zeszytu złotych myśli, z gotowymi rozwiązaniami na dany typ problemu. Każdy człowiek jest indywidualny, tym samym dla każdego z pewnością istnieje inny sposób, by efektywniej poradzić sobie z trudnością. Gdybym mojemu klientowi powiedział, co ma robić, pozbawiłbym go wolnej woli, byłbym nieprofesjonalny, a moje zachowanie byłoby nieetyczne.

Psycholog to psychiatra.

To MIT. Psychiatra i psycholog to zawody mające cechy wspólne – każdy z nich zajmuje się człowiekiem i jego psychiką. Jednak między nami istnieje znacząca różnica. Psychiatra zajmując się poważnymi zaburzeniami psychicznymi (ciężka depresja, schizofrenia, psychozy), stosuje w ich leczeniu środki farmakologiczne. Niejednokrotnie tworzymy zespół, który współpracuje ze sobą w leczeniu chorych psychicznie osób, wzajemnie się uzupełniając. Różnica znajduje się również w wykształceniu, bo choć zarówno psychiatra, jak i psycholog zajmują się zaburzoną psychiką człowieka to, by zostać psychiatrą należy ukończyć studia medyczne, a psychologiem – psychologiczne. Różnice kompetencji są znaczące, chociażby w przypadku kierowania na leczenie na oddziałach psychiatrycznych. Decyzyjność w tych sprawach leży po stronie psychiatry, do którego skierować mogę ja - psycholog.

Psycholog może przepisywać leki psychotropowe.

To MIT. Środki farmakologiczne w postaci leków psychotropowych, stosowanych w leczeniu zaburzeń psychicznych i zachowania mogą zostać przepisane tylko i wyłącznie przez psychiatrę, nigdy przez psychologa. Choć psycholog winien posiadać wiedzę o działaniu i zastosowaniu danego leku, to jednak w zakres jego kompetencji nie wchodzi przepisywanie lekarstw. Jeśli uznam, że w terapii klienta konieczne jest jej uzupełnienie o środki farmakologiczne, kieruję go w tym celu do psychiatry.

Psycholog umie czytać w myślach i po 5 minutach rozmowy wie już o wszystkich Twoich problemach.

To MIT. Psycholog nie jest jasnowidzem i nie potrafi czytać w myślach. Jestem człowiekiem, jak każdy inny z tą różnicą, że posiadłem wiedzę i kompetencje na temat ludzkiej psychiki, czynników ją zaburzających czy negatywnie na nią wpływających. Tym samym potrafię rozpoznawać pewne problemy klienta. Posiadam też umiejętności i znajomość sposobów poradzenia sobie z sytuacjami czy dolegliwościami, które go dotknęły.  Jednak, bym mógł rozpoznać, co stanowi problem, potrzebuję pomocy klienta, jego współpracy. Dopiero oparta na zaufaniu i szczerości wzajemna relacja między mną a klientem, wespół z zastosowaniem narzędzi psychologicznych (np. testów) umożliwia mi zdiagnozowanie problemu i podjęcie działań w celu jego rozwiązania. Jednak jest to możliwe tylko przy współpracy z klientem, bez niego, bez jego osoby i rozmowy z nim czy bliższej analizy ujawnionych szczegółów nie jestem w stanie trafnie ocenić sytuacji i podjąć w niej kroków zaradczych, mimo iż potrafię odczytać pewne sygnały komunikowane niewerbalnie przez klienta (wskazujące np. na przeżywane przez niego w danym momencie emocje).

Psycholog nie marzy o niczym innym, niż „rozgryzanie problemów” ludzi, których spotyka na imprezach.

To MIT. Na imprezach, jak każda inna osoba chcę się dobrze bawić, rozluźnić i oddać rozrywce. Bynajmniej nie myślę o szukaniu potencjalnych „ofiar”, które będę mógł analizować. Gdy psycholog idzie na imprezę, staje się członkiem towarzystwa, w którym chce zapomnieć o pracy i od niej odpocząć. Naturalne jest, że gdyby znalazła się osoba, która wiedząc, że jestem psychologiem chciała porozmawiać, nie odmówiłbym. Jednak, jeśli problem jest głębszy a osoba znajoma, to zgodnie z etyką mojego zawodu mogę tylko skierować ją w odpowiednie miejsce, gdzie może szukać pomocy. W przypadku, gdy ta osoba byłaby nieznajoma, mógłbym jedynie powiedzieć, że to nie czas i miejsce na rozwiązywanie głębszych problemów, dać jej wizytówkę i zaprosić do swojego gabinetu. Mimo że taka sytuacja mogłaby mieć miejsce, to będąc na spotkaniu towarzyskim, z pewnością nie łączę życia prywatnego z zawodowym.

Psycholog poszedł na studia, tylko po to by poradzić sobie ze swoimi problemami.

To PÓŁPRAWDA. Z pewnością niejednokrotnie na studiach psychologicznych znajdują się osoby, mające własne problemy. Zdarza się pewnie i tak, że potrzebują pomocy psychologicznej. Jednak będąc na studiach zdobywa się wiedzę o człowieku i mechanizmach, którymi się kieruje, przez co można dzięki pracy nad sobą czy autorefleksji samodzielnie sobie pomóc. Dobry psycholog, by udzielać pomocy psychologicznej innym osobom potrzebuje wysokiego poziomu samoświadomości. Z drugiej strony w środowisku studentów psychologii mogą znajdować się osoby, które nie zdołają przepracować własnych problemów, a jeśli zaczną pracować w zawodzie może to skutkować negatywnymi konsekwencjami dla klientów.  Taką sytuację mogą ograniczać chociażby wymogi, które trzeba spełnić, by zostać terapeutą - konkretnie konieczność odbycia terapii własnej, w której pracuje się nad własnymi problemami, zgłębia wiedzę o sobie i uczy umiejętności oddzielania własnych przeżyć emocjonalnych związanych z życiem prywatnym, od tych przekazywanych i przeżywanych przez klienta. Studia psychologiczne niejednokrotnie uświadamiają nam nasze cechy, czasem też problemy - gdy myśleliśmy - że ich nie ma. Poradzenie sobie z taką sytuacją bywa trudne, ale jeśli zakończy się sukcesem, zwiększa poziom samowiedzy i podejście do innych ludzi. Empatia powinna cechować każdego psychologa, jeśli więc jej warunkiem jest wiedza o sobie i wiedza o innych ludziach to, gdy staniemy się sami swym pierwszym „klientem”, czy nie uczymy się bycia empatycznymi? By móc skuteczniej współodczuwać i wyobrażać sobie, co czuje klient, musimy uczyć się słuchać i rozumieć samych siebie. Gdzie nauczymy się tego lepiej niż na studiach?

Psycholog nie potrafi pomóc swojej rodzinie.

To MIT. Nie tyle nie potrafię udzielać pomocy psychologicznej swojej rodzinie, co nie powinienem tego robić. Według etyki mojego zawodu, gdy w rodzinie wystąpią problemy wymagające interwencji psychologa, nie jestem upoważniony do podejmowania takich działań. Więzi rodzinne, czy koleżeńskie ograniczają obiektywizm, co jest nieprofesjonalne, a nawet więcej – szkodliwe. Gdy w mojej rodzinie wystąpią problemy związane z komunikacją, mogę podjąć starania, by w myśl zdobytej przeze mnie wiedzy spróbować ją polepszyć. Jednak przy poważniejszych trudnościach, powinienem wraz z rodziną udać się do specjalisty. Oczywiście mogę pomóc bliskim, gdy ich potrzeby nie wiążą się z koniecznością mojej interwencji w roli psychologa.

Psycholog nie potrafi zbudować i trwać w związku partnerskim.

To MIT. Tak jak wielu ludzi w społeczeństwie pozostaje w związku i buduje go ze swym partnerem, tak wielu psychologów ma rodzinę – małżonka bądź narzeczonego, dzieci, czy też przyjaciela/ przyjaciółkę. Z pewnością są też psychologowie, którzy jeszcze nie związali się z drugim człowiekiem. Albo nie znaleźli tego „odpowiedniego” albo go po prostu nie szukają, bo wybrali inny styl życia niż związek partnerski. Myślę jednak, że psycholog bynajmniej nie różni w tej kwestii od innych ludzi.

Psycholog to mistrz manipulacji, przez co trzeba na niego uważać.

To MIT. Każdy przyszły psycholog w toku studiów poznaje techniki wpływu społecznego - są to obowiązkowe zajęcia w programie nauczania. Jednak nie można nazwać ani mnie, ani żadnego innego psychologa „mistrzem manipulacji”. Adepci sztuk walki uczą się technik, których nie powinni używać w innych wypadkach niż samoobrona. Podobnie jest z psychologami. Posiadamy wiedzę o technikach wpływu, ale w żadnym wypadku nie powinniśmy jej używać do manipulacji. Znamy je, ale celowe ich stosowanie jest niegodne z etyką naszego zawodu. Poza tym każdy może zapoznać się z nimi chociażby na szkoleniach z marketingu, technik sprzedaży czy czytając powszechnie dostępną literaturę. Zdolność i chęć manipulacji jest charakterystyczna tylko dla niektórych osób (niekoniecznie psychologów, choć z pewnością zdarzają się i tacy wśród nas). Manipulatorem jest osoba, która celowo chce nakłonić jednostki, bądź grupy ludzi, by działały zgodnie z jego wolą. Ma to skłonić je do nieuświadamianego przez nie działania na rzecz osoby nimi manipulującej. Na miano „mistrza manipulacji” niekoniecznie musi „zasługiwać” psycholog...

Psycholog sprawi, że moje problemy znikną natychmiast, a ja będę szczęśliwy.

To MIT. Jak już nie raz wspomniałem, jestem tylko człowiekiem -nie cudotwórcą. Oczekiwanie klienta, że mojej interwencji jego problemy od razu znikną jest nieco - naiwne. Nikt nie może sprawić, że nasze problemy przestaną istnieć w momencie, w którym się pojawią. Jako psycholog mogę dopomóc w rozwiązaniu niektórych z nich, jeśli leży to w zakresie moich kompetencji. Nie ja jednak odpowiadam za sukces. Mogę być trenerem, towarzyszem, osobą wspierającą w trudnościach. Mogę dawać oparcie i dopomóc w znalezieniu właściwej drogi, jednak zawodnikiem i potencjalnym zwycięzcą może być tylko klient. Tylko jego wola i starania mogą sprawić, że poradzi sobie z problemem.

Jest mało bardzo dobrych psychologów.

To MIT.  Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Znam wielu dobrych psychologów, a z pewnością jest wielu, których nigdy nie poznam. Niestety zdarzają się i tacy (przypuszczam, że też jest to niemała grupa), których do grona „dobrych” czy „bardzo dobrych” nie można zaliczyć. Jednak czy nie jest tak i w innych zawodach? Trzeba nam szukać ekspertów w swojej dziedzinie, gdy zaistnieje potrzeba, by się do nich zgłosić. Do tego często przydają nam się znajomi, Internet, kontakt z ludźmi, którzy mają pewne doświadczenie i wyrobione opinie. Pomocne jest również sprawdzenie przed wizytą kwalifikacji danego specjalisty (ukończone studia, praktyka w zawodzie) lub wizyta w poradni. W przypadku terapii może być również tak, że w naszej opinii psycholog - terapeuta nie potrafił nam pomóc i że zupełnie się „do tego” nie nadaje. Należałoby jednak zastanowić się przed wydaniem takiej opinii: czy było się u odpowiedniego specjalisty?  Gdy chodzi o terapię są różne jej nurty i nie każdy z nich może nadawać się do poradzenia sobie z daną trudnością.

Potrzebuję psychologa, gdy coś jest ze mną nie tak. To znaczy, że jestem chory psychicznie, słaby i nienormalny, a w życiu nie daję sobie rady.

To MIT. Do psychologa przychodzą nie tylko osoby, które są zaburzone psychicznie. Czasem klienci zwyczajnie potrzebują, by ktoś ich wysłuchał, pomógł spojrzeć na swoje życie i problemy z innej perspektywy. Sama choroba psychiczna nie jest również przejawem słabości, życiowej nieudolności czy też szeroko pojętej „nienormalności”. Choroba psychiczna jest „chorobą duszy”- chorobą, jak każda inna, wymagającą leczenia. Często bywa tak, że już sama rozmowa przynosi inną perspektywę spojrzenia na dany problem i nasuwa klientowi rozwiązania, pomaga w zrozumieniu własnej sytuacji. Niejednokrotnie bywa też tak, że psychologowie są doradcami zawodowymi i w tym wypadku wizyta u psychologa wiąże się z zaplanowaniem dalszej kariery, samorozwojem poprzez pomoc w dostrzeżeniu swoich atutów i słabości,  czy ze zwiększeniem szans na nową pracę lub polepszeniem umiejętności jej poszukiwania itp.

Psycholodzy nie mają własnych problemów, bo świetnie sobie z nimi radzą.

To MIT. Nie ma chyba osoby, która nie miałaby problemów. Ja także je mam, też borykam się z problemami finansowymi czy rodzinnymi. Problemy osobiste są naturalne dla każdego człowieka. W przypadku psychologów nie ma tu wyjątków. Często zdarza się tak, że sami musimy skorzystać z pomocy psychologicznej, gdy nie radzimy sobie z naszymi problemami. Psychologowie – terapeuci odbywają terapię własną, by pracować nad nimi, zanim zaczną stosować terapię w swoich gabinetach. Jednak po tym etapie życie układa się podobnie, jak u innych. Może zdarzyć się tak, że trzeba wrócić do specjalisty  i zaniechać działalności zawodowej, aż do rozwiązania swoich problemów.
    Jestem PSYCHOLOGIEM, czy udało Ci się mnie lepiej poznać? Mam nadzieję, że tak. Starałem się pokazać Ci drogi Czytelniku, kim jestem. Być może udało mi się sprawić, że już nie jestem dla Ciebie tym, za kogo mnie uważałeś. Często w naszym życiu kierujemy się fałszywymi przekonaniami, które zasłaniają nam rzeczywistość. Mam nadzieję, że udało mi się tym krótkim tekstem, w tej kwestii wyprostować Twoją?


LITERATURA:

  1. Reber, A., S. (2000), Słownik psychologii, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa.
  2. http://www.pozaschematy.pl/2007/12/25/prawdy-i-mity-o-psychologach/ - na dzień: 22.08.11
  3. http://www.polityka.pl/psychologia/poradnikpsychologiczny/211093,1,psycholog-instrukcja-obslugi.read - na dzień: 22.08.11 r.
  4. http://www.psychologowie.info/top-10-najwiekszych-mitow-o-psychologach/ - na dzień: 22.08.11 r.


 

 

 

 

Studia: Psychologia, V rok, specjalizacja: psychologia kliniczna człowieka dorosłego i psychologia pracy i organizacji.  Kontakt: s_agata00@o2.pl   Doświadczenie zawodowe (praktyki, staże, współpraca): Staż w firmie Alta Sp. z o.o.; 3 msc- praktyki w firmie CDiKK – Centrum Doradztwa i Kształcenia Kadr; Obecnie: praca w firmie Alta Sp. z o. (...)


  • Opublikowane 17 Październik, 2011

Jestem inteligentny, ale czy na pewno mądry? O inteligencji emocjonalnej

Wysoki iloraz inteligencji nie gwarantuje jeszcze spektakularnego sukcesu. Najinteligentniejsi ludzie nie zawsze efektywnie radzą sobie w życiu. Co determinuje ten stan? Aby osiągać cele, trzeba wiedzieć, jak skutecznie wykorzystać swój potencjał, jak radzić sobie ze stresem, jak zarządzać własnymi emocjami i jakie strategie wykorzystywać w codziennych relacjach interpersonalnych.

Przed laty amerykański magazyn „Time” umieścił na okładce informację, że najlepszym predyktorem sukcesu życiowego nie jest wiedza, nie intelektualne zdolności, lecz inteligencja emocjonalna (EQ).

Nawet, jeśli nie jesteś tego świadom, to przez większość czasu jesteś w jakimś stanie emocjonalnym. W tej chwili istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że masz w sobie emocję ciekawości odnośnie tego, co za chwilę przeczytasz. To dobrze - informacje przedstawione w artykule stanowią przegląd stanowisk współczesnej psychologii na temat EQ i kontrowersji z nią związanych.

Intuicyjnie wiemy, czym jest inteligencja emocjonalna. Znamy ludzi, których cechuje wyjątkowa zdolność emocjonalnego współodczuwania. Zauważamy również przypadki „bezmyślności emocjonalnej” - gdy ktoś bezpodstawnie rani innych, wszczyna bezsensowne kłótnie. Problem jednak pojawia się - jak zauważa Gerald Matthews - gdy próbujemy wyjść poza wspomniane intuicje i zmierzyć EQ, tzn. „przyłapać ją na gorącym uczynku”.

Problematyka inteligencji emocjonalnej stanowi relatywnie nowy obszar badań psychologicznych. Mówimy o niej w odniesieniu do zdolności rozpoznawania i rozumienia emocji, radzenia sobie z emocjami i kierowania nimi. Ludzie o wysokim EQ posiadają wgląd we własne stany emocjonalne, potrafią je nazywać, kontrolować oraz efektywnie wykorzystywać w obszarach funkcjonowania osobistego, społecznego i zawodowego. Ponadto, EQ wiąże się ze zdolnością rozumienia reakcji emocjonalnych innych osób, umiejętnością identyfikowania tych emocji i empatycznego reagowania na nie. Naukowcy, zajmujący się badaniami nad tym zagadnieniem przewidują, że osoby z wysokim EQ częściej odnoszą sukcesy w pracy oraz w życiu osobistym. Obecnie istnieją trzy główne modele EQ: model Jacka Meyera i Petera Saloveya, Daniela Golemana oraz Reuvena Bar-Ona.

W ujęciu D. Golemana, EQ obejmuje zdolność rozumienia siebie i własnych emocji, kierowania nimi i kontrolowania ich, zdolność indywidualnego motywowania, empatię oraz umiejętności o charakterze społecznym. Autor ujmuje ją w kategoriach potencjału emocjonalnego, który umiejętnie wykorzystany przeradza się w konkretne emocjonalne kompetencje i umiejętności utożsamiane z inteligentnym zarządzaniem emocjami. Zgodnie z tym podejściem człowiek emocjonalnie inteligentny nie tylko potrafi rozpoznawać i nazywać intra- i interpersonalne stany emocjonalne, ale przede wszystkim posiada świadomość, w jaki sposób tę niezwykle cenną wiedzę wykorzystywać w codziennym życiu.

J. Meyer i P. Salovey zdefiniowali EQ jako zdolność rozumowania dotyczącego emocji i informacji o charakterze emocjonalnym, a także zdolność wykorzystywania emocji do usprawnienia myślenia. W serii zaprojektowanych przez siebie eksperymentów z użyciem autorskiego narzędzia autorzy podjęli próbę odpowiedzi na pytanie, czy konstrukt EQ rzeczywiście istnieje.  W opracowanych przez autorów narzędziach do pomiaru inteligencji emocjonalnej proszono uczestników, by rozpoznali emocje widoczne na twarzach osób przedstawionych na zdjęciach. W kolejnych etapach zadawano badanym pytania, dotyczące ludzkich reakcji emocjonalnych uwarunkowanych sytuacyjnie, tj. proszono, by badani wyobrazili sobie, że: „George był smutny, a godzinę później miał poczucie winy. Co się wydarzyło w międzyczasie?/ Wybierz jedną z dwóch odpowiedzi:

  • George pomagał sąsiadowi, towarzysząc mu podczas wizyty u lekarza,
  • George nie miał energii, by zadzwonić do matki i nie złożył jej życzeń urodzinowych.”

Osoby o wysokiej EQ wybierały opcję (b). Ich zdaniem opis sytuacji przedstawiony w tej wersji odpowiedzi lepiej tłumaczył zmianę nastroju George'a ze smutku w poczucie winy. Badanie wykazało ponadto, że zdolność udzielania prawidłowych odpowiedzi poprawiała się wraz z wiekiem. Odpowiedzi udzielane na zróżnicowane pytania okazały się spójne, tzn. osoby, które przeszły pomyślnie etap zadań testowych, wypadły równie dobrze w innych zadaniach. Wyniki opisanego eksperymentu oraz kontynuacji badań dowodzą, zdaniem autorów, że inteligencja emocjonalna rzeczywiście istnieje. J. Meyer i P. Salovey zwracają przy tym uwagę, iż często jest ona uznawana za coś, czym wcale nie jest, np. wielokrotnie sprowadza się ją do cech osobowości. Kolejnym nieporozumieniem, związanym z interpretacją  pojęcia, jest w ocenie autorów modelu przekonanie, że - jak sugerowała okładka „Time” - inteligencja emocjonalna jest gwarancją sukcesu życiowego. Czy to oznacza, że EQ nie ma znaczenia?

Zdaniem J. Meyera: „absolutnie ma (...), EQ poszerza nasze pojęcie inteligencji, pomaga przewidywać kluczowe osiągnięcia życiowe, może być przydatna w takich obszarach jak poszukiwanie dobrej pracy czy nawiązywanie relacji interpersonalnych.” Wysoka EQ sama w sobie nie gwarantuje jednak, że osoba odznaczająca się nią potrafi wykorzystywać umiejętności emocjonalne w życiu osobistym, zawodowym czy społecznym. Oznacza ona tylko tyle, że osoba ta ma bardzo dobre potencjalne możliwości nauczenia się tych umiejętności. Można bowiem mieć dużą zdolność empatii, ale nie mieć nabytych, wyuczonych umiejętności, które przekładają się np. na profesjonalną obsługę klientów czy  bycie cenionym wykładowcą.

Emocje pełnią zatem bardzo ważną rolę w organizowaniu naszych zachowań i działań. Adekwatne rozpoznanie sygnału, jakim jest stan emocjonalny i reakcja na niego, odwołuje się do wiedzy o nas samych. Trudno sobie wyobrazić jak wyglądałoby nasze funkcjonowanie bez udziału emocji w naszym życiu. Jeżeli nie odczuwam emocji, gubię kierunek działania. Nie potrafię rozpoznać niebezpieczeństwa, bo nie wiem, czy się boję.

John Carroll w 1993 r. na podstawie kompleksowej analizy zdolności poznawczych opracował trójwarstwowy model inteligencji:

 

Na szczycie modelu Carrolla znajdowała się inteligencja ogólna (g). Druga z warstw obejmowała osiem kategorii zdolności - inteligencję płynną (rozumowanie przestrzenne i logiczne), skrystalizowaną (wiedza przyswajana przez daną osobę i zdolność dostępu do niej), jak również sześć innych obszarów, wśród nich: pamięć ogólną, ogólną szybkość umysłową, ogólną percepcję wzrokową, ogólną percepcję słuchową. J. Carroll założył, że inteligencja ogólna opiera się na wielu inteligencjach drugiego rzędu. J. Meyer uzupełnił poziom drugiej warstwy modelu J. Carrolla o tzw. hot intelligencies, do których zaliczył m.in. inteligencję emocjonalną, społeczną i praktyczną.       

Wymiary te nie tylko uzupełniają mechanizm ludzkiego przetwarzania informacji, pozwalają również przewidywać, w jaki sposób konkretne osoby będą radzić sobie w życiu. Przegląd ostatnich danych sugeruje, że EQ pozwala przewidywać funkcjonowanie w sferze społecznej. Osoby, które mają wyższą EQ nawiązują bardziej satysfakcjonujące relacje z przyjaciółmi i wykazują bardziej efektywne kontakty w pracy. Czy można zatem próbować podwyższyć indywidualny poziom inteligencji emocjonalnej? 

Współcześni badacze sugerują, że jest to możliwe w odniesieniu do określonych zdolności z zakresu EQ. Można na przykład trenować identyfikację emocji, jednego z komponentów EQ - Paul Ekman stworzył w tym celu program komputerowy (prezentujący mikroekspresje emocji). Również w obszarze edukacji opracowano programy, których celem jest kształtowanie umiejętności z zakresu EQ (trening umiejętności społecznych, pewności siebie, unikania zachowań niepożądanych).

Warto zatem sprawdzić jaką mamy EQ oraz uświadomić sobie złożony i niejednoznaczny charakter zależności między bodźcem, myślami, emocjami a sytuacją. Trzeba również uwzględnić cenę, jaką płacimy za przywiązanie do dotychczasowego sposobu myślenia i emocjonalnego reagowania. Kluczowe jest zatem zdefiniowanie inteligencji emocjonalnej oraz skupienie się na rzeczywistych zdolnościach - im bowiem lepiej funkcjonujemy w rzeczywistości społecznej, tym większe prawdopodobieństwo odnoszenia sukcesów życiowych.

Warto zatem inwestować indywidualny wysiłek w rozwój składowych kompetencji EQ, postępując zgodnie z trzema kluczowymi zasadami zarządzania emocjami:

  • Miej świadomość emocji, które odczuwasz - kształtuj umiejętność zauważania własnego stanu emocjonalnego - im szybciej zdasz sobie sprawę, że pojawiła się emocja tym łatwiej będziesz mógł ją kontrolować.
  • Poznaj swoje emocje - ćwicz jasne rozumienie swoich stanów emocjonalnych i nazywanie ich - za każdym razem postaraj się znaleźć odpowiedź na cztery podstawowe pytania: Skąd się wzięła?/ Kiedy i gdzie się zaczęła?/ Jaki ma przebieg i intensywność?/ Kiedy i jak się kończy - jaki jest czas jej trwania?
  • Rozpoznawaj emocje innych ludzi i sytuacje, które je generują – trenuj umiejętność dekodowania wyrazów twarzy, pojawiających się w określonych stanach emocjonalnych i staraj się zrozumieć sytuacje, które je wyzwalają.
  • Przejmij kontrolę nad emocjami - świadomie wpływaj na nastrój emocjonalny, reguluj go.

Regularnie stosuj powyższe narzędzia, a masz szansę na efektywne działanie w relacjach interpersonalnych. Zarządzanie emocjami wymaga pracy, ale efekty mogą być zdumiewające. Poniżej krótki test - podsumowujący - na pomiar indywidualnej siły emocjonalnej:
 

 

 

 

Przeczytaj kolejne zdania i odpowiadaj szybko, bez zastanowienia!

Zaznacz właściwa dla Ciebie odpowiedź zakreślając odpowiednie określenie na skali:

nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze

 

1. Niepokoi mnie bycie odtrąconym lub zignorowanym.                                                                                                         nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze

 

2. Kiedy zrobię coś, czego się wstydzę, potrafię się do tego przyznać.                                                                              nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze

 

3. Przykro mi, kiedy ktoś nieznajomy jest dla mnie nieprzyjazny.                                                               nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze

 
4. Potrafię się śmiać ze swoich słabych stron.                                                                                                                nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze
 
5. Denerwuję się, gdy popełniam błędy.                                                                                     nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze
 
6. Uświadamiam sobie własne niedoskonałości, nie mając poczucia winy.                      nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze
 
7. Kiedy ktoś się na mnie zezłości mam popsuty dzień.                                                          nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze
 
8. Codziennie doznaję całej gamy odczuć, włącznie ze smutkiem, gniewem i strachem.  nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze
 
9. Intensywne emocje przyprawiają mnie o utratę kontroli nad sobą.                                 nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze
 
10. Podejmowanie decyzji nie sprawia mi trudności.                                                              nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze
 
11. Intensywne emocje innych ludzi powodują to, ze tracę kontrolę nad sobą.                  nigdy     rzadko     czasem     często     zawsze

 

 

Osoby o wysokiej EQ odpowiedzą: „często/zawsze” na pytania: 2, 3, 4, 6, 8, 10 oraz „nigdy/rzadko” na pytania: 1, 5, 7, 9, 11. Jeśli Twoje wyniki są nieco inne właśnie zidentyfikowałeś obszary, które wymagają korekty i nieco pracy nad sobą.

 
 

 Autor: mgr Katarzyna Więcek-Jakubek

 LITERATURA:
  1. Aronson, E. (2000). Nobody left to hate. New York: W.H. Freeman & Co.
  2. Brackett, M. A., Warner, R. M., Bosco, J. S. (2005). Emotional intelligence and relationship quality among couples. Personal Relationships, 12, 197-212.
  3. Cohen, J. (1999). Learning about social and emotional learning: Current themes and future directions. W: J. Cohen (red.), Educating minds and hearts (184—191). New York: Teacher’s College Press.
  4. Fitness, J. (2001). Betrayal, rejection, revenge, and forgiveness: An interpersonal script approach. W: M. Leary (red.). Interpersonal rejection. New York: Oxford University Press.
  5. Goleman D. (1997).Inteligencja emocjonalna. Media Rodzina of Poznań.
  6. Goleman, D. (1999). Inteligencja emocjonalna w praktyce. Poznań: Media Rodzina of Poznań.
  7. Lopes, P.N., Brackett, M.A., Nezlek, J.B., Schutz, A., Sellin, I., Salovey, P.(2004). Emotional intelligence and social interaction. Personality and Social Psychology Bulletin, 30, 1018-1034
  8. Salovey, P.,Stroud, L. R., Woolery, A., Epel, E. S. (2002) Perceived emotional intelligence, stress reactivity, and symptom reports: Further explorations using the trait meta-mood scale. Psychology & Health, 17(5), 611-627.
  9. Segal J. (1997). Jak pogłębić inteligencję emocjonalną. Wyd. Jacek Santorski&CO.
  10. Schmidt, J.E., Andrykowski, M.A. (2004). The Role of Social and Dispositional Variables Associated With Emotional Processing in Adjustment to Breast Cancer: An Internet-Based Study. Health Psychology, 23 (3), 259–266.
  11. Slaski, M., Cartwright, S. (2002). Health performance and emotional intelligence: An exploratory study of retail managers. Stress and Health, 18, 63–68.
  12. You, J.H., Lee, S.J. & Lee, H.K. (1999). The influence of on individual’s emotional characteristics on Work-related burnout experience: the emotional intelligence as a mediator to experience burnout Feeling. Korean journal of industrial and organizational psychology, 11 (1), 23 -52.
 

 


  • Opublikowane 17 Październik, 2011

Moja historia - ludzie mówią "DDA"

Mówią, że historie wzięte prosto z życia przemawiają do ludzi najbardziej. Dlatego też długo zastanawiałam się, czy podzielić się swoją opowieścią. Jaki wniosek? Życie może i przynosi problemy, ale musiałoby być nieźle kreatywne, żeby każdemu „sprezentować” coś innego.

Dlatego jestem prawie pewna, że wielu z Was, czytając moją historię, znajdzie w niej element swojego życia. I bardzo dobrze - wiedza, że nie jest się samemu, daje siłę i pocieszenie. Ale po kolei.

Bohater - to ksywka, z którą identyfikowałam się przez większość mojego życia. Zawsze gotowa do obrony i wysłuchania, zawsze w stanie pogotowia, bo może ktoś będzie w potrzebie, ciągle dążąca do perfekcji, ale wiecznie niezauważana, nigdy niepotrzebująca pomocy. Krótko mówiąc, człowiek ze stali, którego najlepszym przyjacielem była poduszka. Często w nocy wypłakiwałam oczy, bo czułam, że nie dzieje się tak, jak powinno, ale zawsze rano wstawałam gotowa do misji ratowania świata. I ciągle miałam nadzieję, że stanie się coś co sprawi, że życie mojej rodziny się zmieni, że w końcu będziemy szczęśliwi, tak jak większość otaczających nas ludzi. Ale ojciec jakoś nie potrafił przestać pić. I tak toczyło się nasze życie - od awantury, przez czas tak zwanych cichych dni i uprzykrzania sobie życia, aż po miodowy miesiąc, podczas którego wszyscy mieliśmy nadzieję, że to był ostatni raz...

Terapia? „Przecież jestem silna - może i dzieje się źle w moim życiu, ale ja sobie poradzę. Niech się żalą psychologom Aniołki albo Kozły Ofiarne. Ja nie potrzebuję pomocy.” Tak myślałam jeszcze jakiś czas temu. Prawda była taka, że bardzo potrzebowałam pomocy, tyle tylko, że nie umiałam się do tego przyznać sama przed sobą. Była to dla mnie największa hańba - dać sobie pomóc. Problem leżał też w tym, że zwyczajnie nie umiałam prosić o pomoc, bo wszyscy zawsze prosili mnie. Byłam skałą, opoką, która teraz miała upaść? Nigdy w życiu!

Jednak każdy człowiek ma pewne granice wytrzymałości. Na mnie też przyszła pora. Może dlatego, że poduszka już nie była w stanie unieść ciężaru moich łez? Wiem na pewno, że pewna Dobra Dusza, którą spotkałam na swojej drodze, bardzo mi pomogła w podjęciu decyzji o terapii. Przez pięć lat cierpliwie mnie słuchała i starała się naprowadzić na tory, prowadzące do zgody z samą sobą, do życia bez ciągłego strachu, do życia własnym życiem, a nie życiem mojego ojca, dla którego priorytetem zawsze była butelka. I po pięciu latach walki z samą sobą zdecydowałam się poprosić o pomoc.

Pierwsze spotkania były naprawdę straszne. Musiałam głośno opowiedzieć o tym, co dzieje sie u mnie w domu. Musiałam powiedzieć, czego oczekuję po tych spotkaniach - czyli po prostu przyznać się do tego, że sobie nie radzę. A potem wygrzebywanie się z roli Bohatera. Na samą myśl o tym, że mam iść do kogoś i wypłakać mu się na ramieniu, miałam ochotę uciekać. A tu zadania domowe w stylu „napisz, co zrobiłyby bliskie Ci osoby, gdybyś je poprosiła o pomoc”. Myślę, że żadne słowa nie opiszą tego, co czułam, gdy pisałam - jak mi się wtedy wydawało - te brednie, ale było to jedno z gorszych zadań, które przecież musiałam odrobić, żeby zacząć zdrowo funkcjonować. A potem płacz nad dzieciństwem, które zostało mi odebrane i mozolne odkrywanie prawdy - o sobie, o mojej rodzinie, o moich bliskich, o tym, co tak naprawdę dzieje się w domu. Ale z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej. Zaczynałam czuć, czym jest prawdziwe życie. Zaczynałam się otwierać - na ludzi, na świat. Wyszłam z domu, poznałam wspaniałych ludzi, zawarłam prawdziwe przyjaźnie. Jako perfekcjonistka przyszłam na terapię z myślą, że gdy ją skończę, moje życie stanie się pasmem niekończących się sukcesów. Miałam nadzieję, że moja rodzina też zdecyduje się na ten krok i że będzie jak w bajce - będziemy żyć długo i szczęśliwie. Tak się niestety nie stało, ale już nie załamuję rąk z tego powodu. Bo jest kilka rzeczy, które odkryłam podczas tej półtorarocznej „odnowy duchowej”. Pierwsza i najważniejsza jest taka, że każdy ma swoje życie i to, co z nim zrobi, jest jego własną sprawą. Moi rodzice są dorośli, a ja zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby nakłonić ich do sięgnięcia po pomoc. Nie chcą - ich wybór. Ale ja już nie muszę ich pilnować i rozwiązywać ich problemów, bo mam swoje własne. Brutalne? Myślę, że po prostu prawdziwe. Druga sprawa to to, że ludzie nie są ze stali i każdy, nawet największy twardziel, czasem potrzebuje, żeby go przytulić. I co najlepsze - nie ma w tym nic złego czy upokarzającego. Tak po prostu jest. I w tym tkwi całe piękno - we wzajemności. Kolejna rzecz - świat nie jest czarno-biały, a ludzie nie dzielą się tylko na takich, którzy siedzą po uszy w bagnie i na tych, którzy są obrzydliwie szczęśliwi. Każdy ma swoje radości i swoje smutki - sztuką jest widzieć i jedne i drugie i reagować na nie odpowiednio. Już nie rwę włosów z głowy, gdy szklanka wypadnie mi z rąk i się potłucze - po prostu idę po miotłę, robię porządek i biorę następną. Moim dużym problemem było popadanie w skrajności - kiedy ojciec przychodził pijany, to od razu opadałam z sił i płakałam gdzieś po kątach, a kiedy był trzeźwy, to miałam ochotę fruwać z radości. Nie było nic po środku, żadnych kolorów, tylko czarne albo białe. A to wykańcza. Taka huśtawka emocjonalna jest jak bieg interwałowy - po przebiegnięciu czterystu metrów jednym tempem jest się zmęczonym, ale, gdy przebiegnie się ten sam dystans, cały czas zwalniając i przyspieszając, można, kolokwialnie mówiąc, wypluć płuca. Takie emocjonalne wyciszenie sprawiło, że czuję się dużo lepiej i że każde zadanie, które przede mną staje, nawet najłatwiejsze, nie jest walką na śmierć i życie. Poza tym uwierzyłam w siebie, zaczynam wychodzić z cienia i mimo że jest jeszcze kilka rzeczy, nad którymi cały czas pracuję to wiem, że sobie poradzę. Nauczyłam się też akceptować rzeczy, na które nie mam wpływu, wybaczać sobie błędy, bo prawda jest taka, że byłam dla siebie bardzo surowym sędzią. Nauczyłam się szczerze śmiać i szczerze płakać, mówić o sobie. Uczę się żyć, a nie tylko istnieć. W trakcie terapii często powtarzałam, że wiele rzeczy wiem, ale ich nie czuję - wiedziałam, że mogę popełniać błędy, ale gdy jakiś się przydarzył, to nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Dzisiaj wiem, że moja praca nie poszła na marne i to, co tylko wiedziałam, dzisiaj również czuję i jestem do tego przekonana. A najlepsze jest to, że wiem, że moje życie nie będzie zawsze różowe, że nie wszystko mi wyjdzie, że spotkają mnie trudne chwile, ale mimo wszystko jestem spokojna, bo są ludzie, którzy zawsze mi pomogą, a ja o tą pomoc już nie wstydzę się prosić.

Mówią, że historie wzięte prosto z życia przemawiają do ludzi najbardziej. Dlatego też długo zastanawiałam się, czy podzielić się swoją opowieścią. Decyzja podjęta, historia napisana. Napisana po to, żeby wyzwolić odwagę w tych, którzy tak jak ja kiedyś potrzebują bodźca, żeby dać sobie pomóc. Żeby pokazać, że są ludzie, do których o tą pomoc można się zwrócić. Żeby uświadomić, że każdy ma swoje życie i sam ma prawo wybrać, jak je przeżyć. Zatem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Bo cuda zaczynają się dopiero tam, gdzie kończą się ludzkie możliwości. I nikt z nas, dzieci alkoholików, nie jest odpowiedzialny za to, co działo się w naszych domach. Ale każdy z nas odpowiada za swoje dalsze życie, za relacje z przyjaciółmi, rodzinami, które większość z nas planuje założyć. Dlatego, żeby nie opłakiwać całego życia, proponuję znaleźć kogoś, kto pomoże Wam opłakać dzieciństwo i wejść w dorosłe życie z podniesionym czołem. I samemu wybrać, jak chcecie je przeżyć.

Nie podpiszę się pod moją historią z dwóch powodów. Po pierwsze jest to też po części historia moich bliskich, a nie wszyscy oni jeszcze są gotowi na to, żeby ją opowiedzieć. Całkiem możliwe, że nigdy nie będą. A po drugie i najważniejsze nie chcę, aby tożsamość dorosłego dziecka alkoholika determinowała moje życie - chciałabym, aby ludzie słysząc moje nazwisko, myśleli przede wszystkim „dobra studentka”, „fajna dziewczyna” albo chociażby „leniwe stworzenie”, a nie „biedne, skrzywdzone przez życie dziecko”. Bo to JA decyduję o tym, że jestem dobrą studentką, fajną dziewczyną i straszliwym leniem. I już sama przestaję myśleć o sobie jako o Dorosłym Dziecku Alkoholika. Jestem zwykłą dziewczyną, dla której życie przygotowało taką, a nie inną historię, ale której również postawiło na drodze wielu wspaniałych ludzi, którzy pomogli zmienić jej bieg. I za to jestem bardzo wdzięczna.

Co do kwestii organizacyjnych, jest wiele miejsc, do których można udać się po pomoc. Chcę tutaj zaznaczyć, że bycie dorosłym dzieckiem alkoholika nie oznacza żadnej choroby, nie determinuje też życia w nieszczęściu. Jednak to, co dzieje się w naszych domach, sprawia, że na to nieszczęście jesteśmy bardziej podatni przez zachowania i myśli, które wyrobiliśmy sobie w domu, chcąc przetrwać, a które w dorosłym życiu już niekoniecznie są takie przydatne. Ja zdecydowałam się na terapię indywidualną, ale jest wiele ośrodków, gdzie można spróbować terapii grupowej. W każdym mieście znajdują się ośrodki terapii uzależnień, gdzie mogą zgłaszać się zarówno osoby uzależnione, jak też ich rodziny. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „ośrodek terapii uzależnień” i swoje miasto, a na pewno pojawi się strona z numerem telefonu do danej placówki. Można też zgłaszać się do ośrodków w innych miastach - ta praktyka jest stosowana, kiedy ktoś obawia się, że może spotkać w placówce kogoś znajomego, a wolałby tego uniknąć. Wystarczy zadzwonić, zaznaczyć, że to nasze pierwsze spotkanie, a panie recepcjonistki pewnie zajmą się resztą. Istnieją też ośrodki interwencji kryzysowej, gdzie również można otrzymać pomoc. Jednak tym, czego potrzeba na sam początek, jest odwaga i właśnie jej życzę osobom, które boją się sięgnąć po pomoc, a czują, że jej potrzebują. Powodzenia!
 

Autor: XY

 


Zaburzenia odżywiania - moda, choroba, sposób na życie?

Zaburzenia odżywiania stają się coraz bardziej powszechne w dzisiejszym społeczeństwie. Kult ciała propagowany w mediach oraz inne czynniki przyczyniają się do częstszego stawiania przez profesjonalistów tego typu diagnoz.

Najbardziej znane zaburzenia w sferze odżywiania to tak zwane zaburzenia specyficzne, czyli anoreksja psychiczna (anorexia nervosa) oraz bulimia psychiczna (bulimia nervosa), o których mowa będzie w dalszej części artykułu. Wyróżniamy także zaburzenia niespecyficzne, związane z czynnikami psychologicznymi, a są to między innymi: zespół jedzenia nocnego, zespół objadania się czy popularna dziś otyłość.

Anoreksja i bulimia

To, co z pewnością łączy obydwie psychiczne nieprawidłowości, a więc anoreksję zwaną jadłowstrętem psychicznym oraz bulimię, inaczej określoną, jako psychiczna żarłoczność, jest fakt występowania u jednostki niepokoju związanego z pożywieniem, sylwetką oraz wagą. Literatura podmiotu podaje, że znacznie częściej zaburzeń tego typu doświadczają dziewczyny oraz młode kobiety. Tylko jedna osoba na dwadzieścia to przypadek cierpiącego na zaburzenia łaknienia mężczyzny. Bulimię i anoreksję łączy także, występujący u chorujących jednostek, przymus kontrolowania się, a więc kontroli swojej wagi i sylwetki. Osoby te często mają poczucie utraty kontroli w życiu codziennym, wtedy skupiając się na jedzeniu, zyskują wewnętrzną pewność, że coś jednak od nich zależy. Skoro potrafią precyzyjnie kontrolować, to, co konsumują, mogą tę kontrolę przenieść także na inne sfery życia. Bulimicy oraz anorektycy połączeni są także pojawiającymi się w obydwu przypadkach, specyficznymi sposobami pozbywania się, w ich opinii, nadmiernej ilości skonsumowanych kalorii. Cechują się, więc tendencjami do oczyszczania swego organizmu za pomocą różnych, wyrafinowanych sposobów. Charakteryzują się wręcz niebezpiecznym przymusem jedzenia, bądź też nie jedzenia, oraz natrętnymi myślami o tym jak zachować swoją wymarzoną szczupłą sylwetkę czy nie zaprzepaścić dążenia ku niej. Poniżej w tabeli przedstawiam opisane w publikacjach naukowych cechy kliniczne obydwu zaburzeń:

Cechy psychiczne anoreksji i bulimii

Cechy kliniczne anoreksji psychicznej Cechy kliniczne bulimii psychicznej
  • nadmierna troska o sylwetkę, wagę i szczupły wygląd,
  • aktywne dążenie do obniżenia wagi ciała i utrzymywanie jej na niskim poziomie,
  • brak miesiączki (amenorrhea)
  • tendencja do nadmiernego przejmowania się swoja waga- przy czym waga bulimika pozostaje prawie normalna,
  • naprzemienne objadanie się i wymioty,
  • nieustające objawy lęku i depresji, ponadto osoby cierpiące na bulimię często sięgają po alkohol i narkotyki

 W celu zapoznania się z dokładną klasyfikacją danego zaburzenia, zachęcam do odwołania się do literatury podanej w bibliografii.

Przyczyny zaburzeń

Przyczyn wyżej opisanych nieprawidłowości można dopatrywać się na wielu płaszczyznach.. Często zdarza się, że wcześniej niezaburzony psychopatologicznie człowiek, popada w chorobę, głównie przez fakt przedstawiania w mediach coraz to szczuplejszych modelek, czy modeli, mających stanowić dla współczesnych ludzi wzorce idealnego wizerunku. Ten niebezpieczny trend społeczno-kulturowy prowadzi, przede wszystkim dziewczęta oraz młode kobiety do wniosku, że dalece odbiegają swoim wyglądem od propagowanych ideałów. Rodzi się w nich niezgodność własnego obrazu z obrazem przez nie gloryfikowanym. Przecież w przypadku heteroseksualnych kobiet, żaden mężczyzna nie zainteresowałby się „ociężałym i leniwym grubasem”. Ten sposób widzenia siebie powoduje rozwój całej gamy szkodliwych zaburzeń związanych z postrzeganiem obrazu własnego ciała i zamienia kolejność osobistych priorytetów. Kwestia wyglądu staje się najważniejsza, natomiast reszta "świata" zostaje odsunięta na dalszy plan. Liczy się tylko osiągnięcie narzuconego sobie celu, przy ścisłej kontroli wszystkich działań za pomocą, których się do niego dąży. Czynności, które podejmuje osoba cierpiąca na zaburzenia odżywienia można nazwać kompulsywnymi, gdyż cechują się pewnym natręctwem i przymusem ich wykonywania (na przykład objadanie się i wymioty czy nadmierne uprawianie sportu w celu spalenia w mniemaniu osoby zbędnych kalorii).
Kolejną opisywaną w literaturze podmiotu przyczyną powodującą występowanie zaburzeń odżywiania są czynniki biologiczne. Każdy z nas dziedziczy po swoich rodzicach i przodkach budowę ciała, grubość kości czy strukturę mięśni, które wpływają na wagę. Dlatego często osiągnięcie wymarzonej figury wychudzonej modelki jest niemożliwe, a usilne dążenie do tego staje się niebezpieczne. Niektórzy z nas są ponadto bardziej narażeni na wystąpienie takowych zaburzeń, m.in. z powodu odziedziczenia wysokiego stopnia neurotyzmu, czy przez niekorzystne warunki wychowawcze. Mówiąc ściślej mam tutaj na myśli przede wszystkim okres dzieciństwa. Literatura podaje, iż na wystąpienie nieprawidłowości w sferze jedzenia narażone są w najwyższym stopniu osoby, które w dzieciństwie były wykorzystywane seksualnie, ale także takie, wobec których rodzice nadmiernie koncentrowali się na żywieniu zarówno dzieci jak i swoim.
W sferze poznawczej, do wystąpienia opisywanych zaburzeń odżywiania, przyczynia się przede wszystkim myślenie dychotomiczne, a więc myślenie na zasadzie "wszystko albo nic". Odpowiednim przykładem byłaby tutaj osoba cierpiąca na anoreksję, która jest w stanie przestać całkowicie jeść, lub też ćwiczyć do wręcz wyczerpania organizmu. Dysfunkcyjne style poznawcze cechujące zaburzenia jedzenia, czyli nieprawidłowe przetwarzanie otrzymywanych z otoczenia informacji, powodują zanik normalnego stopniowania rzeczywistości i nieadekwatne reakcje na konkretne sytuacje. Przykładowo, kiedy osoba chora w końcu przestaje jeść w obecności innych osób, odczuwając przy nich dyskomfort, czując się obserwowaną i często wyśmiewaną. Zaczyna myśleć, że jej sposób konsumowania pokarmów odbiega od normy i wzbudza w innych niesmak. Ma poczucie, że jej porcje są za duże, że się przejada i uważa, że jest to nieakceptowane społecznie. Osoba taka chce być perfekcyjna nie tylko pod względem figury, ale i manier, woli zatem nie jeść w ogóle, niż zburzyć nieskazitelny obraz siebie, obraz stworzony w umyśle.

Następną przyczyną szeroko opisaną w literaturze, zwiększającą tendencję do pojawienia się tego typu zaburzeń, są pewne cechy osobowości (szczególnie u dziewcząt i kobiet):

  • tendencja do dużego dystansu emocjonalnego i zahamowania poznawczego
  • preferowanie rutyny, kłopoty z przystosowaniem się do zmian
  • zwiększony konformizm i uległość
  • unikanie ryzyka, niepokój w sytuacjach stresowych
  • skłonności perfekcjonistyczne

Występowanie wyżej wypisanych cech może zwiększać prawdopodobieństwo pojawienia się u danej osoby zaburzeń łaknienia. Często powodem wystąpienia takowych problemów może być także relacja cierpiącej osoby z rodziną (zarówno w dzieciństwie jak i w późniejszym wieku). Oczywiście relacja nieprawidłowa. Literatura podaje, iż istnieją pewne cechy rodzin, które zwiększają prawdopodobieństwo możliwości wystąpienia zaburzeń typu anoreksji, a są to:

  • ograniczona tolerancja na dysharmonię lub napięcie psychologiczne,
  • nacisk na właściwe przestrzeganie reguł,
  • sterowanie dzieckiem i zniechęcanie go przez rodziców do autonomicznych dążeń,
  • słabe umiejętności rozwiązywania konfliktów.

Istnieje zatem wiele źródeł pojawiających się osobno, bądź też łącznie, przyczyniających się do powstawania zaburzeń odżywiania. Każdy przypadek choć w istocie podobny do siebie, może różnić się etiologią. Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie: Co przyczyniło się do wystąpienia zaburzenia? Dlatego, że zwyczajnie każdy człowiek jest odrębną jednostką, czującą, reagującą i zachowującą się w dany, osobliwy dla siebie sposób.
Omówiłam wyżej czynniki psychologiczne oraz biologiczne, niestety to nie wszystko. Mając bezpośredni kontakt z osobami cierpiącymi na zaburzenia łaknienia, miałam wrażenie, iż wiele z nich zachorowało, dlatego, że chciało na siebie zwrócić uwagę otoczenia. Osoby te rezygnowały z jedzenia tylko po to, żeby ktoś ich zauważył. Było to ich wołaniem o pomoc, zainteresowanie i wsparcie. Na początku być może było to kontrolowane, ale z czasem stało się sposobem na życie. Tylko w taki sposób osiągali zainteresowanie, tym samym pogrążając się w chorobie. Nasuwa się, więc pytanie: Ile ze zdiagnozowanych przypadków jest powodowane właśnie takim zachowaniem? Ciężko jednak byłoby uzyskać na nie satysfakcjonującą odpowiedź, poniekąd, dlatego, że nawet, jeśli na początku zachowanie takie było świadomie prowokowane wyłącznie chęcią zwrócenia na siebie uwagi otoczenia, z czasem przeistoczyło się w poważne zaburzenie.

Istnieją rozmaite sposoby leczenia wyżej wymienionych dysfunkcji. W najgorszym przypadku będzie to hospitalizacja, kiedy osoba chora jest już na skaju wycieńczenia organizmu. Jej waga jest zdecydowanie za niska, a organizm „wypłukany” z podstawowych, potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania witamin, minerałów itp. Taka jednostka trafia na oddział leczenia nerwic, ale dopiero przed prawidłowym zdiagnozowaniem zaburzeń odżywiania i po osiągnięciu prawidłowej wagi (osoba zatem trafia najpierw zwykle na oddział wewnętrzny, aby poprawić ogólny fizyczny stan organizmu). Jeśli diagnoza ma już swoje miejsce w kartotece, osoba jest poddawana psychoterapii. Są oczywiście także oddziały terapii zaburzeń odżywiania, które są dla chorego człowieka najlepszym wyjściem. Osoba może uczestniczyć także w oddziale dziennym, gdzie otrzymuje potrzebne wsparcie i pomoc od grupy ludzi także cierpiących na jakieś zaburzenia i choroby, oraz od znajdujących się tam specjalistów. Myślę jednak, iż nie powinno się w grupie łączyć anorektyków i bulimików w stadiach rozwojowych choroby, dlatego, że raczej wskazane jest odcięcie ich od takiego środowiska. Z rozmów z ludźmi cierpiącymi na zaburzenia łaknienia wnioskuję, iż kiedy znajdują się oni we własnym towarzystwie często wzajemnie się nakręcają. Istnieją oczywiście przypadki, kiedy wspólnie się wspierają i są w stanie sobie pomóc, ale często jest wręcz przeciwnie. Budzi się w nich rywalizacja i zazdrość o to, że któreś z nich osiągnęło niższy poziom wagi i w związku z tym wygląda lepiej. Ważny w leczeniu obok podjęcia psychoterapii jest również kontakt z lekarzem oraz na przykład dietetykiem. Stanowią oni, bowiem drogowskaz do powrotu do normalnego traktowania jedzenia. Trzeba tu przede wszystkim zmienić nieprawidłowe nawyki żywieniowe oraz myślenie o spożywanym pokarmie i o sobie samym. Ważna jest, zatem świadomość tego, że bez jedzenia nie da się żyć i jest ono potrzebne do tego, aby organizm funkcjonował prawidłowo. Osobę chorą czeka więc przede wszystkim praca nad motywacją. Nieoceniona jest w leczeniu także i pierwszoplanowo pomoc rodziny, która musi wykazać się cierpliwością, miłością i wsparciem. Rodzina musi być towarzyszem cierpiącej jednostki i razem z nią podjąć walkę z zaburzeniem. Musi postarać się zrozumieć taką osobę i zrobić wszystko, aby jej pomóc, dlatego, że człowiek cierpiący na zaburzenia odżywiania sam najczęściej nie jest w stanie sobie poradzić. Kiedy więc osoba siedząc przy stole ledwo musnęła posiłek, ukrywa jedzenie w szufladach czy innych miejscach, traci na wadze, dziwnie się zachowuje i widocznie rozwija się u niej obsesja na punkcie pokarmów, jest to pierwszy niepokojący fakt, który powinien zostać zauważony przez bliskich.

Spośród działań, mających na celu wyeliminowanie lub złagodzenie objawów zaburzeń odżywiania, wyróżnia się:

  1. Terapia poznawczo - behawioralna - jej zadaniem jest zmiana sposobu myślenia o sobie jednostki oraz reagowania na sytuację powodującą lęk lub niepokój.
  2. Terapia rodzinna - jej zadaniem jest oddziaływanie osobiste poszczególnych członków systemu rodzinnego tak, aby osłabić źródło nad lękliwości osoby zaburzonej, poprzez modyfikację swoich własnych postaw (na przykład nadopiekuńczej postawy matki).
  3. Terapię grupową - jej zadaniem jest oddziaływanie na system grupy rówieśniczej - postawy kolegów, przyjaciół jednostki chorej, w taki sposób, by osłabiać źródło wzmożonego lęku osoby z zaburzeniami odżywiania, a więc chodzi tutaj o modyfikację jej obsesyjnej postawy wobec jedzenia i wyglądu zewnętrznego.
  4. Terapia polegająca na treningu asertywności i budowaniu poczucia własnej wartości - jej zadaniem jest kształtowanie umiejętności odmawiania i stopniowe zmniejszanie wpajanego na przykład przez osoby najbliższe poczucia bezwartościowości, niższości u osoby z anoreksją lub bulimią.
  5. Terapię farmakologiczną (farmakoterapię) w warunkach szpitalnych lub poza szpitalnych (stosowanie leków antydepresyjnych, przeciw lękowych).

Sposobów leczenia zaburzeń łaknienia jest jak widać sporo, lecz bez odpowiedniego zaangażowania i motywacji osoby chorej, nie uda się jej pomóc. Należy pamiętać, że zaburzenia pojawiające się i rozwijające w sferze odżywiania, są niejako rodzajem uzależnienia. Uzależnienia, które jak każde inne prowadzi jednostkę donikąd. Takiego, z którym, trzeba walczyć, aby żyć normalnie.

Pozostawiam, więc pytanie otwarte: Czy zaburzenia odżywiania to moda, choroba czy sposób na życie? Mam nadzieję, że skłoni ono czytelników do własnych przemyśleń i pozwoli zagłębić się w tematykę mechanizmów ludzkiego umysłu.

Dodatek

Typy zaburzeń odżywiania:

  • bigoreksja - (u mężczyzn) uzależnienie od siłowni
  • ortoreksja - przesadne przywiązanie do spożywania zdrowej żywności
  • pregoreksja - „anoreksja ciążowa”
  • permareksja - uzależnienie od bycia na diecie
  • megareksja - obsesja na punkcie rozwijania masy mięśniowej

LITERATURA:

  1. Carson R.C., Butcher J.N., Mineka S.: Psychologia zaburzeń. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2003
  2. Meyer R.: Psychopatologia. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2008
  3. Pużyński S., Wciórka J.(red.): Klasyfikacja Zaburzeń Psychicznych i Zaburzeń Zachowania w ICD-10. Uniwersyteckie Wydawnictwo Medyczne ‘Vesalius’, Instytut Psychiatrii i Neurologii, Kraków, Warszawa 2000
  4. Stirling J.D., Hellewell J.S.E.: Psychopatologia. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2005
  5. http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=134
  6. http://pedagogikaspecjalna.tripod.com/notes/eatingdisorders.html#8
  7. http://www.wikipedia.pl

 

Kontakt: agabur20@wp.pl mgr Agnieszka Burek- Blacha, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, wydziału Psychologii oraz Pedagogiki. Tytuł magistra psychologii uzyskała w 2012 roku. Ścieżka zawodowa: 2010r.- Praktyka zawodowa z zakresu Psychologii Klinicznej Człowieka Dorosłego w Szpitalu Miejskim w Rudzie Śląskiej- Oddział Psychiatryczny 2011r.- Praktyka zawodowa z zakresu Psychologii Kliniczno- Sądowej w Ośrodku Pomocy Dzieciom i Rodzinie w Rudzie Śląskiej 2017r.- Praktyka zawodowa z Integracji Sensorycznej w Specjalnym Ośrodku Szkolno- Wychowawczym w Nowym Targu 2015r.- Psycholog w Poradni Psychologiczno- Pedagogicznej w Nowym Targu 2016r.- Psycholog w Zespole Szkół Specjalnych przy Śląskim Centrum Rehabilitacyjno- Uzdrowiskowym w Rabce- Zdroju 2016r.- Psycholog w Zespole Wczesnego Wspomagania Rozwoju w Przedszkolu Prywatnym „Wesoły Korowód” w Nowym Targu 2017r. (...)


Okresy studiów

Wyjście w świat

Studia to jeden z najbezpieczniejszych okresów - z jednej strony umiarkowana niezależność, z drugiej dostępność pomocy rodziców, uczelni i innych jednostek. Przez kilka lat życie jest jasne  "Studiuję, więc jestem"...

Okresy studiów

Współlokator

Do tej pory szło gładko - własne łóżko, pokój...i święty spokój. Przeszkadzała co najwyżej młodsza siostra, którą łatwo można było "wyeksmitować" do kuchni.

Strony

Subscribe to Więc jestem RSS

Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.