Afirmacje, czyli twórcza moc naszych myśli

Siedząc ostatnio 40 minut na fotelu stomatologicznym w mojej głowie istniała tylko jedna myśl: „Ból pochodzi z głowy”. Już poprzedniego wieczoru, gdy przygotowywałam się emocjonalnie do tej wizyty zdanie te widniało w moim umyśle jako ogromny, czerwony napis, wyróżniający spośród innych spraw, uczuć i myśli. Jak łatwo się domyślić, nie lubię wizyt u dentysty. Jeszcze na fotelu w gabinecie regulowałam swój oddech i spokojnie powtarzałam po cichu: „Ból pochodzi z głowy”. Spokój moich myśli zakłócało za każdym razem zbliżające się wiertło i nieprzyjemne wiercenie. Wtedy krzyczałam rozpaczliwym głosem w głowie: „Ból pochodzi z głowy! Daria, ból pochodzi z głowy!”. Przez całą wizytę nie zabolało mnie ani razu.
Bez wątpienia jest to bagatelny i naiwny sposób przedstawienia afirmacji. Równie dobrze brak bólu mógł być wynikiem mistrzowskiej ręki pani doktor. Po za tym afirmacje to nie błahe powtarzanie w myślach: „Będzie dobrze”.  Afirmacje to coś o wiele więcej.

Przypomnij sobie dzień, kiedy Twoje myśli już na dzień dobry były przygnębiające. Czyż nie okazało się wtedy, że cały dzień był nie udany? Czy idąc na ważny występ z wyobrażeniami porażki, nie popadłeś w samospełniająca się przepowiednię?
Skoro więc negatywne myśli przyciągają negatywne zdarzenia, to dlaczego nie wykorzystać tej właściwości i zacząć przyciągać do siebie pozytywne zjawiska? W tym właśnie mogą nam pomóc afirmacje oraz pozytywne myślenie.
 
Najogólniej można powiedzieć, że afirmacja to pewien rodzaj autorefleksji. Jeśli jest często powtarzana, wpływa do świadomości i nadaje pozytywny kształt rzeczywistości. Nastawia podświadomość na pozytywne zdarzenia.
Afirmacja to przeciwieństwo przekonania, które nas ogranicza. Tworzy w naszym umyśle nowy tor myślenia, a dobrze sformułowana stanowi przeformułowanie negatywnych myśli i opinii, co pomaga nam w samoocenie, budując wiarę we własne możliwości. Wspiera nas w realizacji marzeń i celów, codziennych zadań i wielkich planów.

Przed praktyką parę zasad tworzenia afirmacji. Są one niejako komplementami, prawionymi samym sobie. Wypowiadane powinny być w czasie teraźniejszym i z całkowitym brakiem przedrostka „nie”. Najlepiej żeby była precyzyjnie sformułowana, trafna. Dodatkowo, większą siłę mają, gdy dodamy do nich swoje imię: „Ja, Daria, jestem osobą sukcesu”. Na koniec, najlepiej je zapisać, powiesić w widocznym dla nas miejscu i głośno je wymawiać, czy nagrać i odsłuchiwać.  Należy unikać również określeń o negatywnym zabarwieniu. Zamiast mówić: „Jestem wolny o bólu i choroby”, powiedz: „Jestem zdrowy, silny i radosny” Unikaj kłamstw. Musisz w to naprawdę wierzyć.

Ale przejdźmy do praktyki. Całkowicie pozbawione sensu jest mówienie „Jestem zdrowy”, podczas gdy leżysz w łóżku z wysoką gorączką. Podświadomości nie da się oszukać. Nie zareaguje na to stwierdzenie, ponieważ wie, że to kompletna bzdura. Najlepiej zastąpić tą nieprawdziwą afirmację taką: „Z każdym dniem staję się coraz bardziej zdrowy”. Taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny i dlatego afirmacja ta jest w stanie coś zmienić.

Afirmacje to nie czary, czy magiczne słowa, które wypowiadane zmieniają naszą rzeczywistość. Owszem, mają olbrzymią zdolność oddziaływania, ale głównie jest to praca nad sobą samym. Dlatego afirmując coś, nie należy używać określeń: „Chcę”, „Pragnę", ponieważ przez to budujemy coraz to nowe potrzeby. Gdy jesteśmy głodni i pomyślimy: „Chcę jeść" nie jesteśmy przez to ani odrobinę mniej głodni, a nawet wręcz przeciwnie. Również, jeśli chodzi o pieniądze mówienie afirmacji w stylu „Jestem bogaty” nie przyniesie dużego skutku. Lepiej powtarzać: „Z każdym dniem mam coraz więcej pieniędzy” lub „Z każdym dniem przyciągam większe ilości gotówki do mojego życia”.

Kolejny przykład. Zdarza Ci się gorszy dzień. Na uczelni kiepsko Ci idzie, w tym tygodniu czekają do napisania trzy kolokwia, szef w pracy suszy Ci głowę, zepsuł się komputer, mama zachorowała, a na dodatek pokłóciłeś się z druga połówką, brakuje Ci pieniędzy, a najlepszy przyjaciel jest na Ciebie zły. Odbieranie swojego życia w negatywnych kolorach gwarantowane. Nie wystarczy wtedy myśleć: „Wszystko się ułoży”, czy „Będzie dobrze”. Zastosuj afirmacje: „Mam wszelkie powody, by być zadowolonym z siebie i ze swojego życia”. Oczywiście wszystkie te problemy nie znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki. Ale Ty będziesz nastawiony na stopniowe rozwiązywanie ich, co przywróci harmonie i zadowolenie z życia.

Afirmacje mogą być również używane w rzucaniu nałogów. Ale pamiętaj!. Powtarzanie: "Od jutra nie palę" nie jest afirmacją. Gdy będziesz mówił o dniu przyszłym, realizacja tej afirmacji będzie się przesuwała w czasie i finalnie w ogóle nie nastąpi. Również zdanie: "Rzucam palenie" nie ma większego sensu. Myślę, że nie tylko ja znam wielu ludzi, wyrzucających paczkę po paczce do kosza, którzy i tak nie zrezygnowali z palenia. Chodzi właśnie o to, żeby świadomie wybrać rezygnację z nałogu. Właściwą tu będzie afirmacja: "Ja, Daria, rezygnuję z palenia”.

Musisz wiedzieć, że sportowcy niemal zawsze korzystają z afirmacji. Na przykład zapaśnik przed walką afirmuje sobie zdania typu: „Jestem zwycięzcą”, „Ciężko pracowałem i jestem dobrze przygotowany”. Dzięki tym myślom wchodzi na ring pewny siebie, skupiony i skoncentrowany na celu, z wiarą na wygraną.

Nie należy od razu przeafirmować całego swojego życia i wszystkich problemów. Powinno się z nimi pracować powoli i systematycznie. Możesz pracować nad grupami afirmacji. Dwie, trzy, ale dotyczące jednego tematu.

Afirmacje są sposobem ma walkę z lękami. Bojąc się przyszłości, zdaniem: „Moja przyszłość jest spokojna i bezpieczna” negatywne myśli zastępujemy pozytywnymi afirmacjami. Uspokajamy się, co pozwala nam działać, by zapewnić sobie spokojną przyszłość.
Afirmacja działa zawsze, jeśli w nią wierzysz. Nie w jej moc, ale w jej teść. Działa, jeśli jesteś w tym co mówisz szczery i stosujesz ją świadomie. Brak świadomości i automatyczne powtarzanie afirmacji nie przynoszą nic dobrego, dlatego należy unikać mechanicznego powtarzania pozytywnych myśli. Najlepiej wymyślać ciągle nowe.
Ludzie sami stawiają sobie granice i ograniczenia, dzięki nawykowemu myśleniu. Zauważmy, częściej używamy słów „Nie mogę”, „Nie potrafię”, „Nie dam rady”, czy „Musze” utrwalając tym samym model bezsilności. Od tej pory mów „Mogę to zrobić”, „Potrafię” i „Chcę”.

I jeszcze jedno. Nie rezygnujmy z marzeń. Wyobrażenia siebie upragnionej sytuacji, myślenie o niej, odczuwanie całym sobą wrażeń i doznań związanych z jej spełnieniem to silne narzędzie do tworzenia rzeczywistości. Codzienne rozmyślanie przed snem o przyjemnych marzeniach i dążeniach na pewno pomoże w realizacji marzeń.
 
Każda pozytywna myśl może stać się podstawą afirmacji, a tym samym początkiem pracy nad samym sobą i swoim podejściem do życia. Będąc nastolatką, z wieloma kompleksami na temat swojego wyglądu, pewnego dnia powiedziałam sobie: „Dojść tego użalania się nad sobą”. Przeczytałam parę książek, zaczęłam zapisywać afirmacje i pracować nad nimi. Do tego dochodziły ćwiczenia. Czasem wręcz krzyczałam w swojej głowie: „Z każdym dniem wyglądam coraz lepiej!”. To doskonale wspomagało mogą cierpliwość i wytrwałość. Dziś, chociaż jeszcze nie do końca jestem z siebie zadowolona, mam mniej kompleksów, lepiej się z sobą czuję i jestem pewna, że będzie jeszcze lepiej. Wszczepiłam w siebie optymizm, co potwierdzają moi znajomi, uważając mnie za osobę pozytywnie nastawioną do życia.

I tego właśnie wszystkim czytelnikom życzę.

 

LITERATURA:

  1. Wilde, S(2003). Afirmacje. Praktyczny podręcznik. Warszawa

Kontakt: daria.faka@op.pl   Studia: Psychologia, rok II Dodatkowe doświadczenie: Już od dłuższego czasu jest wolontariuszką w dzielnicowej ochronce dla dzieci w Rudzie Śląskiej w Orzegowie. Co tydzień organizuje dzieciakom z biedniejszych rodzin czas (łącznie z śniadaniem i obiadem), by również w dzień wolny od zajęć mogły zjeść coś ciepłego i uczestniczyć w różnorodnych, ciekawych zajęciach. W ramach ochronki uczestniczy też w akcjach charytatywnych. Zainteresowania: Psychologia interesowała mnie od dziecka. Tyle lat minęło i tadam! Jestem studentką psychologii. Najbardziej w przyszłości interesuje mnie praca z dziećmi i młodzieżą, trak więc i moje zainteresowania psychologiczne skupiają się na tym wymiarze. Dodatkowo uwielbiam czytać - pochłaniam wszystko, co wpadnie mi w ręcę. Hobbystycznie (choć nie zawsze) zajmuję się rysowaniem. Wręcz to uwielbiam i na szczęście w miarę mi to wychodzi. (...)


O naturze i motywach kłamstwa

Trudno zaprzeczyć stwierdzeniu, że kłamstwo spowszedniało. Traktuje się je jako kolejną umiejętność komunikacyjną, jako sztukę tworzenia fikcji, czasami jednak wkraczającą w obszar problemów prawnych czy filozoficznych. Nie ma chyba nikogo, kto by w swoim życiu nie skłamał. Kłamią dzieci już w wieku 3-4 lat, gdy tylko zaczynają funkcjonować w grupie rówieśników. Nie oznacza to jednak, że żłobki i przedszkola wypełnione są małymi socjopatami. Ważne jest rozróżnienie, jaki charakter ma kłamstwo i dlaczego tak często wprowadzamy w błąd innych i samych siebie. Jak się okazuje, termin „kłamstwo” nie był tak samo rozumiany na przestrzeni wieków. Starożytni Grecy utożsamiali je z umiejętnością tworzenia fikcji – pięknych, zmyślonych historii. Wystarczy powołać się na postać Odyseusza, księcia wśród łgarzy, którego niezwykła przebiegłość ratowała z licznych opresji. Nikt nie zgłaszał poważniejszych wątpliwości moralnych w stosunku do mijania się z prawdą, dopóki św. Augustyn, ojciec i doktor Kościoła, nie ogłosił, że jest ono kategorycznym i niewybaczalnym złem. Może to tłumaczyć, skąd u nas taki rozdźwięk w podejściu do kłamstwa – na samo brzmienie tego słowa wzbiera w nas święte oburzenie, jednak jak pogodzić to z faktem, że zdarza nam się oszukiwać od 2 do nawet 200 razy dziennie?

Mówiłeś, że znasz się na kłamaniu

A ta sztuka do najłatwiejszych, mimo wszystko, nie należy. Co zatem dzieje się w naszych głowach, gdy dopuszczamy się kłamstwa? Jest to proces niezwykle złożony, a więc wymagający wysiłku. Wymaga większego zaangażowania intelektualnego, sprawnej pamięci i olbrzymiej samokontroli. Kłamca musi monitorować nie tylko to, co faktycznie miało miejsce, lecz również fikcyjną wersję zdarzeń i raz po raz sprawdzać w umyśle, czy prezentowane komuś informacje są zgodne z poprzednio przekazanymi sądami. Osoba mówiąca prawdę nie musi przejmować się kontrolą wygłaszanych sądów, gdyż zaistniałe fakty same dbają o swoją zgodność.

Jeśli nasz kłamczuch, chce nas wprowadzić w błąd, musi sprawdzać czy fałszywe stwierdzenia są ze sobą zgodne. Jeśli serwuje nam 10 zdaniowy wymysł, dokonuje on dziesięciu czynności kontrolujących wewnętrzną spójność. Następnie musi porównać każde zdanie z pozostałymi. To już kolejne 45 operacji. Jednak o ile dwa zdania będą się ze sobą zgadzały, to co jeżeli zestawienie trzech lub czterech pozycji wykaże niespójność? Kłamca by być pewnym, że jego przekaz będzie wiarygodny, musiałby porównywać ze sobą odpowiednio wszystkie trójki, czwórki i piątki. Razem daje to liczbę 1023 kombinacji! Nie lada wyzwanie. Lecz taki przeciętny adept kłamania nie musi porównywać ze sobą wszystkich logicznych operacji. Najczęściej wie, które zdania są nieprawdziwe i z jakimi pozostałymi może je zestawić odbiorca. Stawia to osobę próbującą zdemaskować kłamcę w gorszej sytuacji, bo to ona musi weryfikować większą ilość kombinacji.

Akt kłamstwa nie jest jednostronny. Prowadzi on do wyciągania wniosków z wypowiedzi u  odbiorcy. A te są trudniejsze do przewidzenia przez łgarza. Weteran kłamania powinien jednakże starać się przewidywać wnioski wyprowadzane przez odbiorcę, a na każdą wątpliwość odpowiadać kolejnymi fałszywymi sądami. Do obrony jednego obrazu rzeczywistości musi on tworzyć obrazy dodatkowe, a im ich więcej, tym większe prawdopodobieństwo, że ta misternie układana konstrukcja rozleci się jak domek z kart.

Gdzie twoje emocje?

Gdy zostawimy w spokoju wszystkie zagadnienia związane z funkcjonowaniem intelektualnym, pozostanie jeszcze sfera naszych emocji. W procesie wychowania uczymy się społecznych norm zachowania. Dowiadujemy się co możemy robić, a co jest zabronione. Te nakazy i zakazy są nam narzucone z zewnątrz. Później jednak ulegają internalizacji, czyli zostają uznane za własne. Gdy to nastąpi, każde odstępstwo od uwewnętrznionych norm (np. „być prawdomównym”) powoduje wystąpienie nieprzyjemnego stanu emocjonalnego. Tworzący się wespół z normami rozwój moralny będzie odpowiadał za lęk przed karą czy odrzuceniem ze strony innych, by wreszcie upominać nas poprzez wstyd, poczucie winy i wyrzuty sumienia. Oszukiwanie u większości normalnych ludzi jest siłą rzeczy powiązane z emocjami, które odpowiadają za nasze zachowanie. Jeśli z jakichś przyczyn u osoby kłamiącej nie występują wyżej wymienione stany emocjonalne, mogą pojawić się inne – np. strach przed zdemaskowaniem. Bycie świadomym całego bagażu norm i konsekwencji kłamstwa znacząco potęguje poziom pobudzenia emocjonalnego u osoby, która się nim posługuje. A to zwrotnie wpływa na jego sprawność przetwarzania informacji i jakość  przekazywanego komunikatu.

Patrz mi prosto w oczy

Całość komunikacji międzyludzkiej można podzielić na komunikację werbalną i niewerbalną. Porozumiewanie niewerbalne jest związane z przekazami słownymi, z kolei komunikacja niewerbalna obejmuje całość naszych postaw i zachowań z pominięciem słów. Obejmuje ona: wygląd fizyczny, ruch ciała, gesty, wyraz twarzy, ruch oczu, dotyk, głos. Przy jej użyciu  przekazujemy innym swoje postawy, emocje, stosunek do otoczenia. Poza tym wspomaga  ona komunikację językową lub czasami ją zastępuje. Stwarza to pole do działania dla wszelkiej maści krętaczy, jednak dzielna armia naukowców staje ramię w ramię z prawdą i podpowiada nam jak zdemaskować kłamców.
Oszustwa można podzielić ze względu na kaliber, który może być mniejszy lub większy. W związku z tym wyróżnia się niewerbalny typ I i typ II. Oszuści typu I charakteryzują się trzema głównymi cechami:

  1. ich doświadczany poziom lęku w momencie oszukiwania jest przeważnie dość niski,
  2. konsekwencje zostania złapanym nie są zbyt poważne
  3. oszukiwanie trwa krótko.

Świadomie mogą kontrolować przynajmniej niektóre niewerbalne sygnały, które mogą zdradzić ich prawdziwe intencje. A ponieważ ich poziom lęku jest niski, skupiają się na kierowaniu wrażenia, bez udziału poczucia winy. Mówiąc w skrócie kontrolują tylko te niewerbalne sygnały, które ich zdaniem mogą ujawnić kłamstwo.

Jeśli chcesz u takich osób wykrywać kłamstwa musisz zdecydować się, którą grupę sygnałów niewerbalnych przestudiujesz najdokładniej.

  • Sygnały wokalne okazują się szczególnie bogatym źródłem wskaźników oszukiwania. W wielu badaniach odkryto, że wypowiedzi osób kłamiących zawierają więcej błędów niż wypowiedzi osób mówiących prawdę. Łgarze częściej się wahają i robią częstsze i dłuższe przerwy niż osoby prawdomówne. Z kolei kłamcy mówią szybciej niż pozostałe osoby. A jako szczególnie rzetelny wskaźnik oszukiwania uznano ogólne podenerwowanie słyszane w głosie.
  • Gesty również mówią wiele o oszuście typu I. By go zdekonspirować powinieneś być wyczulony na każdą zmianę tempa bądź częstotliwości, z którą pojawiają się pewne rodzaje gestów. Dotykanie twarzy i ciała, wzruszanie ramionami, dotykanie lub bawienie się przedmiotami będącymi w zasięgu są przejawiane przez oszustów częściej.
  • Liczba wskaźników związanych z postawą ciała jest już bardziej ograniczona. Jednak w większej liczbie przypadków osoby nieszczere decydowały się wybierać bardziej oddalone miejsca siedzące, w niewielkim stopniu poruszając tułowiem i przyjmując niebezpośrednią orientację ciała.
  • W badaniach nad zachowaniami wzrokowymi odkryto, że kontakt wzrokowy, jaki utrzymuje osoba będąca kłamcą jest bardziej ograniczony niż u osób prawdomównych. Poza tym ci pierwsi częściej mrugali lub mieli bardziej rozszerzone źrenice.
  • Natomiast uśmiechanie się nie jest domeną oszustów – są oni bardziej powściągliwi w tej czynności niż osoby mówiące prawdę. Jeśli już dochodzi do tego, że muszą blefować w cztery oczy stosują częściej „uśmiech maskujący”, podczas gdy osoby prawdomówne są bardziej skłonne, by okazywać „autentyczny, szczęśliwy uśmiech”.

 Oszuści typu II to osoby, dla których (1) konsekwencja wpadki może być bardzo poważna, dlatego też (2) kontynuują swoje kłamstwo przez dłuższy okres czasu. Mogą to być oszuści podatkowi, osoby zdradzające małżonków, alkoholicy starający się ukryć swój nałóg, pracownicy okradający swoich pracodawców. Osoby te doświadczają wysokiego poziomu lęku, więc są bardziej niespokojne niż oszuści typu I. Dane na temat ich zachowań niewerbalnych udało się ustalić głównie z opisu przesłuchań od osób zajmujących się sprawami kryminalnymi. Wykazano, że najskuteczniejszymi sygnałami wskazującymi na oszukiwanie są:

  • Czas trwania kontaktu wzrokowego
  • Ogólna nerwowość
  • Ruchy oczu
  • Gesty obronne
  • Ogólna nerwowość wokalna
  • Przyjmowanie pozycji nie wprost
  • Ogólna nerwowość twarzy
  • Ruchy dłonią/nogą

Istotne jest to, że przesłuchujący wyciągali wnioski o kłamstwach nie z pojedynczych sygnałów, lecz z ich grup.

Powiedz teraz dlaczego kłamiesz

Powody dla których ludzie kłamią są bardzo różnorodne, a ich liczba w niektórych spisach dochodzi aż do 40 motywów. W pewnym badaniu przeprowadzonym na University of Massachusetts wykazano, że podczas 10-minutowej rozmowy 60% badanych skłamało co najmniej raz. Prowadzący badania prof. Robert Feldman przytacza taki oto komentarz: „Ludzie nie zdają sobie sprawy z większości tych kłamstw. Gdy pokazaliśmy im nagrania tych rozmów wykonane ukrytą kamerą, byli zaskoczeni, że tak często próbowali wprowadzić rozmówce w błąd”. Czyżby więc mózg stosował autocenzurę naszych kłamstw?

W jednym z pierwszych badań empirycznych nad kłamstwem przeprowadzonym w latach 60. ubiegłego wieku przez R. Wolka i A. Hanleya, uznano, że współcześnie żyjący ludzie są gotowi uznawać celowe wprowadzanie w błąd jako nieodzowny element codziennej komunikacji. Kolejne doświadczenia utwierdziły nas w przekonaniu, że kłamanie podczas rozmów występuje nie tylko na porządku dziennym, ale jest również akceptowane społecznie.

W 1996 roku zespół harwardzkich psychologów przeprowadził kolejne kompleksowe badanie na ten temat. Jednym z rezultatów było ustalenie, że aż 80% wypowiadanych kłamstw dotyczyło ich autorów. Zmieniamy prawdę na ogół o sobie, a naszym głównym motywem jest ochrona bądź podwyższenie samooceny. Nasze kłamstwa najczęściej przynoszą korzyści psychologiczne takie jak: wywarcie korzystnego wrażenia na innych, obrona siebie przed zakłopotaniem czy uniknięcie konfliktu.

Przedstawię teraz klasyfikację motywów kłamstw utworzoną przez Tomasza Witkowskiego. Wyróżnia on:

  1. Kłamstwa mimowolne – jest to ten rodzaj kłamstw, który uświadamiamy sobie w momencie, gdy już je wypowiemy albo gdy je wypowiadamy. Lecz jakie są powody tego rodzaju zachowania?
  • Kłamstwa które zawierają przesadę służą po to, by zwrócić czyjąś uwagę. Wystarczy przyjrzeć się dzieciom i ich niestworzonym historiom, by przekonać się o czym mowa. Jednak nie jest to wyłącznie ich domeną. Każdy z nas spotkał w swoim życiu osobę, która lubowała się w tworzeniu barwnych opowiadań, w których odgrywała niesamowite role, a niejeden pisarz pozazdrościłby jej sztuki tworzenia napięcia i dramatycznych zwrotów akcji. Po co to robią? Wydaje się, że te odruchowe przekłamania rozpoczynają strategię autoprezentacji, skierowaną na otoczenie.
  • Nie przywiązujemy też zbytniej uwagi do stwierdzeń o naszym samopoczuciu i wolimy szybko odpowiedzieć, że jest w porządku, niż tłumaczyć, dlaczego od rana mamy wisielczy humor. Kierujemy się utartą konwencją i regułami grzecznościowymi. Już sama norma językowa zawiera w sobie zasady nakłaniające nas do tego typu kłamstw, na przykład po to, by przebieg konwersacji nie został zakłócony. Łatwiej jest nam przytaknąć na jakieś stwierdzenie, niż angażować się w analizę wypowiedzi przeczącej. Poza tym kłamstwa grzecznościowe jako strategia unikania i komplikacji zyskuje ciche społeczne przyzwolenie. Takie kłamstwo bywa czasami wręcz oczekiwane.
  1. Kłamstwa altruistyczne – stosujemy, gdy prawda o jakimś zdarzeniu jest zbyt bolesna, by przekazać ją wprost. Kierujemy się szeroko rozumianym altruizmem lub naszą interpretacją tego co dobre, po to by komuś ulżyć.
  2. Kłamstwa egotystyczne – związane są z potrzebą nieustannego podwyższania samooceny. Ale jak się ona tworzy i czemu jest taka dla nas ważna? Na początku nasze funkcjonowanie całkowicie zależy od naszych rodziców. Z czasem ich stosunek do nas zmienia się, gdy zaczynamy być świadomi skutków naszego zachowania. Od tego momentu, to jak traktują nas rodzice jest uzależnione tym, czy spełniamy ich wymagania „dobrej dziewczynki” i „dobrego chłopca”. Jest to mechanizm rozwoju samooceny. Jeśli szybko nauczymy się jakie nasze zachowania będą akceptowane lub nieakceptowane, tym szybciej zapewnimy sobie stałą opiekę i życie wolne od niepewności. Gdy dorastamy rodzice przestają być jedynym „wskaźnikiem” tego co jest dobre, a co złe – dochodzi do tego wpływ grupy rówieśniczej oraz normy kulturowe, w których przyszło nam wzrastać. Przynoszą oni coraz to nowsze wzorce dla samooceny, która raz utworzona działa u wszystkich, zdrowych psychicznie ludzi przez całe życie. Kłamstwa broniące samooceny mogą przybierać różnorodne formy. Możemy koloryzować przeszłość, stosować drobne zabiegi, by uniknąć dezaprobaty i krytyki, pokazywać się w lepszym świetle lub nawet stosować świadomą manipulację własnym wizerunkiem.
  3. Kłamstwa manipulacyjne – stosują ludzie po to, by uzyskać dla siebie konkretny pożytek ,  np. prestiż czy korzyści materialne. Tymi kłamstwami wkradają się w czyjeś łaski. Mogą zdobyć nad kimś kontrolę poprzez wywołanie u kogoś poczucia winy lub współczucia. Bardzo często stoi za tym silny motyw jakim jest potrzeba kontroli. Motyw bardzo szczególny, gdyż pozbawianie człowieka przekonania, że jego działania mają wpływ na otoczenie, często kończy się bezradnością, apatią lub nawet depresją. A te łgarstwa mogą szybko zaspokoić tę potrzebę zwiększając poczucie sprawstwa i kontroli.
  4. Kłamstwa destrukcyjne – to takie przy pomocy których oszust nic nie zyskując, wyrządza szkodę innym. Może za tym stać celowe wprowadzenie kogoś w błąd, pragnienie zemsty, wyrządzenie komuś krzywdy. Czy w takich sytuacjach kłamiący odniósłby korzyść? Wydaje się, że tak. Gdy krętaczowi uda się kogoś okpić, podnosi tym swoją samoocenę i cieszy się, że jako sprytniejszy wyprowadził kogoś w pole.

Literatura:

  1. Witkowski, T. (2006). „Psychologia kłamstwa. Motywy - strategie – narzędzia”, Taszów;
  2. Leathers, D. G. (2007). „Komunikacja niewerbalna”, Wydawnictwo Naukowe PWN;
  3. Jan Stradowski, Urodzeni kłamcy, (w) „Focus” nr 9 wrzesień 2006;
  4. K. Sarnowska, P. Dąbrowski, T. Pastuszka, K. Wieczorek, Kłamstwo w białych rękawiczkach, (w) „Charaktery”  listopad 2006.

 

 

Kontakt: marek.grajcar@gmail.com Magister psychologii, trener treningu psychologicznego i umiejętności psychospołecznych, rekruter, specjalista HR, pasjonat fotografii reportażowej i ulicznej, zagorzały trekkingowiec. Doświadczenie: Specjalista ds. rekrutacji specjalistycznych w branży IT Członek projektów i koordynator w Stowarzyszeniu Górnośląski Klaster Kreatywny w Katowicach Wolontariusz w Zimbardo Youth Center w Katowicach Autor artykułów popularnonaukowych na portalu Więc Jestem! Trener freelancer W czasie studiów: Przewodniczący w Studenckim Kole Psychologii Organizacji przy Uniwersytecie Śląskim Członek Koła Psychoterapii i Treningu Psychologicznego Redaktor Działu Wizualnego w magazynie "Reflektor. (...)


Jak powstaje mechanizm bierności i rezygnacji? Czyli o wyuczonej bezradności.

Kiedy spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy trwają w toksycznych, często przemocowych związkach; gdy rozmawiamy z kimś kto przewlekle pozostaje na bezrobotnym lub zastanawiamy się dlaczego niektórzy żyją w skrajnym ubóstwie czy są bezdomni, przez myśl przechodzi nam niedowierzanie, a nawet i złość, że te osoby nic nie robią ze swoim życiem.


Jak to się dzieje, że kobieta godzi się na trwanie w związku z mężem alkoholikiem? Jak to jest, że po kolejnej awanturze, posiniaczona i upokorzona, nic nie robi? Często radzimy: „odejdź od niego!”, „postaw się”, „nie dawaj sobą pomiatać!”, „zrób cokolwiek…” ale bez efektu. No może poza tym, że tracimy kontakt z taką osobą…
Próbując wytłumaczyć bierność powyższych zachowań można odwołać się do  zjawiska wyuczonej bezradności. Na czym ono polega, skoro ma tak wielką, praktycznie destrukcyjną moc?
Teoria ta została sformułowana przez amerykańskiego psychologa Martina Seligmana, który przez wiele lat pracował nad wyjaśnieniem mechanizmu powstawania bierności i rezygnacji.

Doświadczenia na zwierzętach

Martin Seligman (1967) umieszczał psy w klatkach tak, aby nie mogły one uniknąć porażenia prądem elektrycznym. Po pewnym czasie i kilkunastu nieskutecznych próbach uniknięcia bólu, psy się poddawały – kładły na podłodze i biernie znosiły cierpienie. W pierwszej części eksperymentu (całkowity brak kontroli) wszystkie zwierzęta umierały z powodu apatii i niechęci do jedzenia. W innej grupie badawczej wykazano, że zwierzęta nie podejmują prób odzyskania kontroli nawet wtedy, gdy przeniesiono je do klatki, z której mogły łatwo uciec, przeskakując barierkę. Nawet wtedy gdy zrezygnowanego psa siłą przeciągnięto przez przeszkodę pokazując mu, że druga strona jest bezpieczna, psy nie powtarzały tego zachowania samodzielnie.

Seligman wykazał, że poczucie bezradności powstaje wtedy, gdy organizm uczy się w wyniku wcześniejszych doświadczeń, że jego reakcje nie mają żadnego wpływu na szkodliwe, awersyjne czy traumatyczne oddziaływania środowiska. Powtarzanie się wydarzeń w ciągu życia, w którym człowiek czuje się bezradny, prowadzi do wyuczonej bezradności. Wyuczona bezradność jest poddaniem się, zaprzestaniem działania, które wynika z przekonania, że cokolwiek zrobimy nie będzie to miało żadnego znaczenia.

Na czym polega wyuczona bezradność?

Każdego dnia uczymy się życia. Dostajemy od otoczenia informacje zwrotne pokazujące nam czy dane zachowanie jest skuteczne i przynosi pożądane efekty czy też nie. Ludzie szybko uczą się bezradności. Uczą się, że ich działania są nieskuteczne, że nie mają wpływu na określone sytuacje. Każde takie doświadczenie wpływa na to, iż oczekujemy obniżonej kontroli także w przyszłości.
E. Walker badała przez wiele lat zachowania kobiet doznających przemocy w rodzinie. Zauważyła, że na początku pojawiania się ataków przemocy, kobiety podejmowały różne działania, które miały  wpłynąć na zmianę sytuacji (chociażby schodzenie parterowi z drogi gdy był nietrzeźwy, szybkie podanie gorącego obiadu gdy tylko wchodził do domu, uciszanie dzieci by przypadkiem go nie drażniły i wiele innych). Dopiero gdy kobiety nabierały przekonania o nieskuteczności swojego postępowania (cokolwiek robiły – czy to prosiły czy groziły – nie przynosiło rezultatów), rodziło się w nich poczucie bezradności. Przekonanie, że podejmowane działania są nieefektywne, bo osiągane wyniki nie zależą od naszego działania, powoduje, że obniża się motywacja do wypróbowania nowych działań. Człowiek zaczyna oczekiwać, że również w przyszłości nie będzie zależności między tym co zrobi a osiąganymi wynikami.
Walker na podstawie swoich wieloletnich badań ustaliła listę czynników wysokiego ryzyka rozwoju wyuczonej bezradności, do których zaliczyła doświadczenia z dzieciństwa (w tym przemoc fizyczna; napaść seksualna lub molestowanie; sytuacje traumatyczne takie jak rozwód, śmierć któregoś z rodziców, alkoholizm, choroba bliskich; kłopoty w nauce i problemy zdrowotne) i doświadczenia wyniesione ze związków z życiu dorosłym (przemoc, patologiczna zazdrość, gwałt czy przymuszanie do nieakceptowanych form współżycia, groźby pozbawienia życia)[6]. Oczywiście nie u każdej osoby doznającej krzywdy, przemocy czy przeżywającej utratę któregoś z rodziców (w skutek śmierci czy rozwodu) wytworzy się takowy syndrom. Ale ryzyko jest dość spore. Im wcześniej osoba zacznie doświadczać traumy, im dłużej ona trwa, im większy jest jej zakres – tym bardziej destrukcyjne są tego konsekwencje. 

Konsekwencje wyuczonej bezradności

Nakładanie się na siebie niekorzystnych doświadczeń odgrywa istotną rolę w powstawaniu i ujawnianiu się tego syndromu. Wyuczona bezradność prowadzi do:

  • deficytów poznawczych: które polegają na ogólnym przekonaniu, że nie ma takich sytuacji, których możliwa jest zmiana; że w konkretnej sytuacji nic nie można zrobić;
  • deficytów motywacyjnych: brak motywacji do działania i umiejętności angażowania się; długi czas dochodzenia do równowagi po porażce;
  • deficytów emocjonalnych: które objawiają się stanami apatii, depresji, lęku, uczucia zmęczenia, niekompetencji i wrogości;
  • deficytów społecznych: wycofanie z kontaktów społecznych.

 Wśród negatywnych skutków wyuczonej bezradności można wymienić: trudności w uczeniu się, izolację społeczną, różne zaniedbania pedagogiczne, maltretowanie fizyczne, wykorzystywanie seksualne oraz deprywację emocjonalną. Osoby dotknięte tym syndromem często są zamknięte w sobie, nie potrafią wyrazić swojego zdania, przyjąć krytyki ze strony innych ludzi. Poczucie bezradności i beznadziejności może także powodować sięganie po środki psychoaktywne (nadużywanie alkoholu czy narkotyków) oraz popadanie w nałóg seksualny.

Leczenie i przeciwdziałanie

Seligman stworzył modele rozumienia i leczenia depresji. Wykazał, że modyfikacja stylu poznawczego oraz uczenie się tendencji samoobronnej niosą skutki lecznicze. Okazało się także, że dla wyuczonej bezradności istotne jest nie tyle rzeczywiste sprawowanie kontroli, ale raczej przekonanie o posiadaniu czy też nie posiadaniu tej kontroli.
W procesie leczenia i przeciwdziałania syndromowi wyuczonej bezradności nie obejdzie się bez profesjonalnej pomocy. Dość często osoby z wyuczoną bezradnością trafiają do punktów interwencji kryzysowej (ze względu na ostry kryzys, którego doświadczają, zagrożenie życia, czy inne trudności), gdzie w pierwszej kolejności należy udzielić im wsparcia emocjonalnego, pozwolić na uzewnętrznienie często negatywnych emocji. Ważne jest by spojrzeć na problem z pewnym dystansem i dostrzec nowe punkty widzenia. Pracę należy opierać na pozytywnych wzmocnieniach i dostrzeganiu pozytywów w życiu ofiary. Jednak niejednokrotnie sama interwencja nie wystarczy. Jest zaledwie początkiem, wstępem do  pracy terapeutycznej, której głównym celem jest odzyskanie przez pacjenta wiary w skuteczność swoich działań. Praca powinna opierać się na stopniowej umiejętności odzyskiwania kontroli nad życiem. Nie mniej istotna jest też praca nad ukształtowaniem pozytywnego wizerunku własnej osoby. Należy pamiętać, że w związku z tym, iż wyuczona bezradność często kształtowała się latami, czasami od wczesnego dzieciństwa, czas powrotu do równowagi psychicznej i odzyskania poczucia kontroli również będzie rozłożony w czasie.

Jeżeli mamy w swoim otoczeniu osoby, które ewidentnie są bezradne, nie wierzą w siebie i swoje możliwości, tkwią w toksycznych związkach lub mają inne cechy wskazujące na syndrom wyuczonej bezradności, spróbujmy zaproponować im profesjonalną pomoc psychologa czy terapeuty. Zamiast wytykać im błędy, krytykować, spróbujmy zrozumieć skąd „to” się wzięło. Skupmy się na ich mocnych stronach i przyczyńmy się do kształtowania ich pozytywnego obrazu siebie, poczucia, że to w ich rękach leży ich życie…

8 grudnia 2011r.  instytut SMG/KRC na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, opublikował wyniki badań przeprowadzonych w listopadzie na próbie 1,5 tysiąca dorosłych Polaków. Badania dotyczyły przemocy. Wykazano, że „20% Polaków uznaje przemoc w rodzinie za normę, a jedna czwarta czuje się zwolniona z obowiązku reagowania na przemoc, uznając, że sprawca może mieć rację”[7]. Analizując powyższe badania możemy przypuszczać, że jeszcze długo w naszym społeczeństwie będziemy mieli do czynienia z konsekwencjami przemocy, w tym z syndromem wyuczonej bezradności.

LITERATURA:

  1. Jasiecka-Kubacka D. Interwencja kryzysowa. Pomoc w kryzysach psychologicznych. Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2010
  2. Kaja B., 1998, Lęk przed niepowodzeniem a wyuczona bezradność, „Forum Psychologiczne”, 2.
  3. Seligman M., Walker E.,  Rosenhan D. Psychopatologia,  2003, Wydawnictwo Zysk i S-ka.
  4. Sędek G., Kofta M., 1993, Psychologia aktywności: zaangażowanie, sprawstwo, bezradność, w: (red.) M. Kofta, Wydawnictwo Nakom, Poznań
  5. Przełowiecka K., Zjawisko wyuczonej bezradności u klientów instytucji pomocy społecznej - przyczyny, konsekwencje, możliwości przeciwdziałania [w:] Pomoc - Wsparcie społeczne - poradnictwo. Od teorii do praktyki, pod red. Piorunek M., wyd. Marszałek A., 2010, Toruń, s. 204.
  6. „Interwencja kryzysowa wobec ofiar przemocy” Materiały szkoleniowe z Rocznego Studium Interwencji Kryzysowej, 2010, DCP, Wrocław.
  7. http://wiadomosci.onet.pl/kraj/badanie-20-proc-polakow-uznaje-przemoc-w-rodzinie-,1,4960597,wiadomosc.html


 

 

 

 

 

 Kontakt: konczelska.k@wp.pl Ukończyła studia wyższe na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Śląskiego, Szkołę Trenerów METRUM, Roczne Studium Interwencji Kryzysowej we Wrocławiu oraz liczne szkolenia z zakresu m.in. terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach (CTSR), diagnozy i terapii zaburzeń depresyjnych, diagnozy i terapii stresu pourazowego, Racjonalnej Terapii Zachowania (RTZ), Mediacji Rodzinnych. Doktorantka w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej we Wrocławiu, gdzie prowadzi badania dotyczące problematyki żałoby, straty dziecka i szeroko rozumianego wsparcia społecznego w tym zakresie. Pracowała w Fundacji „By dalej iść” gdzie przez kilka lat prowadziła konsultacje oraz grupy wsparcia dla rodziców po śmierci dziecka. (...)


  • Opublikowane 4 Styczeń, 2012

Jak uczyć się szybciej i skuteczniej?

Czyli jak wykorzystać zasady spostrzegania i zapamiętywania w tworzeniu map myślowych?

Tobie też marzy się skuteczny i szybki sposób na zapamiętanie wszystkiego, co niezbędne do egzaminu? Można by zaoszczędzić tyle czasu i przeznaczyć go na dużo bardziej przyjemne cele! Albo żeby chociaż sama nauka była nieco przyjemniejsza i mniej męcząca… A sesja zbliża się nieubłaganie i nie reaguje na żadne argumenty.
            Mimo wszystko nauka może być trochę łatwiejsza, ale przede wszystkim efektywna. Przejdź krótki kurs tworzenia map myślowych i sprawdź czy to rzeczywiście działa! Słyszałeś kiedy o lateralizacji? Każdy człowiek posiada dwie półkule mózgowe – lewą i prawą, a każda z nich odpowiada za inny rodzaj przetwarzanych danych, ma inne zadania. Robiąc standardowe notatki do egzaminu – czarno białe, zawierające tylko linearny tekst, trochę liczb, wykorzystujesz jedynie lewą półkulę. W tym samym czasie prawa część mózgu, no cóż, zwyczajnie się nudzi i rozprasza naszą uwagę. Nie daj Boże, żeby uczyć się w pobliżu włączonego komputera, telewizora czy niezwykle wciągającej książki sensacyjne! Wtedy mamy gwarancję, że nasza prawa półkula niczym znudzone dziecko od razu takie bodźce wychwyci i tyle z nauki. Posprzątać stanowisko pracy to jedno, co możemy robić (byle tylko nie stało się czynnością zastępczą wobec uczenia się.) Możemy jednak wykorzystać tę, wydawałoby się, wadę naszej prawej półkuli. Ciężko jest przezwyciężyć potrzeby naszego mózgu, który znudzony nauką szuka wrażeń, dlatego lepiej te potrzeby zaspokoić tak, aby nie kolidowały z obowiązkami. Dlatego też najlepszą metodą jest tworzenie map myśli. Aby przejść do tworzenia takich efektywnych notatek, przypomnijmy sobie jak dokładniej wygląda podział naszego mózgu na półkule:
 
Półkula LEWA :   Półkula PRAWA:
Analityczne myślenie Holistyka
Logika, matematyka    Intuicja
Lingwistyka Kreatywność
Nauka  Sztuka, muzyka
Szczegóły Obrazy, kolory
 
                                                                                 
 
 
 
 
 
 
Jakie w takim razie są wady notatek, jakie zwykle robimy?
1.      Obszerność. Popatrz na swoje ostatnie notatki do egzaminu i zauważ ilu zbędnych słów użyłeś. Najważniejsze w notatkach, to przekazanie treści o którą nam chodzi. To trochę jak robienie ściągi – nie ma miejsca na opisy, trzeba zawrzeć tylko to co jest konieczne. Dlatego powinniśmy wykorzystywać tzw. SŁOWA KLUCZE, czyli krótkie, łatwe do zapamiętania hasła, które będą jednocześnie przekazywać jak najwięcej treści.
2.      Pamięć. Zwykle notatki jakie tworzymy są jednokolorowe, bez obrazków, wykresów, tabel. Nasz umysł czytając je po prostu się nudzi i chyba każdy z nas nie raz przyłapał się na tym, że ucząc się myślami był zupełnie gdzie indziej. Nawet jeśli jesteśmy w stanie skupić się na czytanej treści, to jednak w przypadku takich notatek, to co zapamiętamy szybko nam umknie.
3.      Czas. Ten punkt ma związek z pierwszym – w tradycyjnych notatkach zbyt wiele jest zbędnych, nic nie wnoszących słów, których wypisanie zajmuje zbyt wiele czasu. Czytając często gubimy przez to sens całej wypowiedzi, szukamy konkretnej treści i znów tracimy czas nie mogąc znaleźć. Szacuje się, że tracimy do 90% czasu na takie właśnie zbędne czynności podczas uczenia się.
4.      Brak pobudzenia dla mózgu. Mając przed sobą tradycyjne notatki trudno o wywoływanie skojarzeń i pobudzanie wyobraźni. Każdemu z nas chyba przynajmniej raz w życiu udało się coś zapamiętać tylko dla tego, że z czymś mu się dana treść skojarzyła – np. postać literacka, ponieważ przypominała nam naszego kolegę. Jest to, tym lepszy przykład, że opisy książkowe są barwne, plastyczne i pobudzające nasz umysł. Dlatego warto wykorzystać to przy tworzeniu notatek i zadbać, aby to co piszemy było równie ciekawe.

Jak skutecznie zapamiętywać?

Po pierwsze synestezja. Tym terminem nazywamy połączenie wielu różnych zmysłów, tu w celu lepszego zapamiętywania. Im więcej zmysłów użyjemy, tym szybciej i lepiej zapamiętamy daną treść. Ponad to, dzięki takim zabiegom łatwiej będzie ci ową treść odtworzyć . Jeśli ważną informację zapisałeś na zielono, na pewno zapamiętasz ten kolor, a na egzaminie dojdziesz do odpowiedzi na pytanie metodą „po nitce do kłębka” – „aha, to zapisywałem chyba na zielono… Tak pamiętam!” Tworząc mapę myśli postaraj się, aby słowa klucze przywoływały, któryś ze zmysłów (wzrok, słuch, węch, dotyk, kinestezja)
Po drugie ruch. To co często przykuwa naszą uwagę to np. kolor czerwony. Wiele badań potwierdza to, że jest to uwarunkowane ewolucyjnie – zwracamy uwagę na ewentualne zagrożenie. Jednak te sama badania podają, że z tych samych powodów najbardziej przykuwający uwagę jest ruch. Znacznie łatwiej zapamiętujemy filmy niż nieruchome obrazy. Tworząc mapy myśli, używaj obrazów kojarzących się z ruchem. Dobrym sposobem może być tworzenie prezentacji multimedialnych, które mają nieco więcej wspólnego z ruchem niż standardowe notatki.
Po trzecie skojarzenia. Wszystko co nowe, aby było zapamiętane powinno być skojarzone z czymś, co już dobrze znamy, co jest w naszym umyśle stabilne. Kiedy staramy się przypomnieć coś sobie, nieświadomie tworzymy ciąg skojarzeń – podobnie powinno być w mapach myślowych. Niech słowo klucz rozpoczyna taki łańcuch i doprowadzi cię do ważnej treści, potrzebnej na egzaminie.
Po czwarte humor. Śmieszne sytuacje czy wypowiedzi dużo łatwiej zapadają nam w pamięć, z niektórych potrafimy śmiać się całe życie. Używaj zabawnych ilustracji, śmiesznych skojarzeń w swoich mapach myślowych. Łatwiej i szybciej nauczysz się materiału, a przy tym znacznie przyjemniej!
Po piąte wyobraźnia. Nasza wyobraźnie jest nie ograniczona, dlatego wykorzystuj ją w procesie uczenia się. Ucząc się następnym razem spróbuj ułożyć treść nauki, np. w historyjkę lub wymyśli inny kreatywny sposób, który pomoże ci zapamiętać materiał.
Po szóste numeracja. Dajmy też popracować lewej półkuli i numerujmy np. słowa klucze w notatkach. Dzięki temu łatwiej ci będzie przypomnieć sobie ważną informację. Dobrą metodą jest numerowanie zgodne z tarczą zegarową, dzięki temu mam przejrzysty i uporządkowany wykres.
Po siódme symbolizm. Zamiast zwykłych nudnych słów używaj symboli, które mogą być twoimi słowami kluczami. Dzięki tej metodzie trudne i abstrakcyjne terminy będą ci bliższe.
Po ósme kolory. Zwykle wszystko co kolorowe przyciąga uwagę i wydaje się ciekawsze. Czemu notatki miałby takie nie być? Robiąc swoją mapę myśli używaj jak najwięcej kolorów, nawet jeśli miałby wyglądać jak obrazek przedszkolaka. Spróbuj na przykład przypisać konkretny kolor jakiemuś zagadnieniu, wtedy być może na egzaminie przypomni ci się, że to o co cię pytają to wszystko co zapisałeś na czerwono.
Po dziewiąte wyolbrzymianie. To co wyróżnia się z tłumu jest lepiej zapamiętywane. Jeśli wśród studentów pierwszego roku siedzących na auli zobaczysz jednego ubranego od stóp do głów na różowa, zapewne zapamiętasz go lepiej niż innych ubranych w bardziej stonowane kolory. Dlatego też w swoich notatkach wyróżniaj słowa klucze, pogrubiaj, podkreślaj je, dodawaj rysunki.
Podsumowując, aby uczyć się skuteczniej staraj się wykorzystać wszystko to, co przeczytałeś aby łączyć z sobą pracę obu półkul w trakcie robienia notatek.

Tworzenie mapy myśli

Spróbuj stworzyć swoją pierwszą mapę myśli podążając za poniższymi wskazówkami.
  1. Przygotuj dużą kartkę papieru. Najlepiej bez żadnych wzorów (kratka, linia), minimum format A4, ale najlepiej A3. Połóż ją poziomo.
  2. Opracuj główny temat notatki i umieść go na środku kartki. Pamiętaj, że może to być obrazek lub wykres, wcale nie musi być to tekst, ważne żeby był przejrzysty i jednoznaczny.
  3. Do tematu dodawaj odgałęzienia. Stwórz coś na zasadzie drzewa, im bardziej szczegółowe pomysły i zagadnienia tym bardziej oddalaj się od tematu. Na listkach umieść słowa klucze.
  4. Tworzenie całej mapy. Używaj liter drukowanych, a każde słowo pisz na osobnej linii lub np. w otoczce. Używaj kolorów, najlepiej do każdego tematu innego.
Pamiętaj, że aby nabrać wprawy i tworzyć rzeczywiście skuteczne mapy potrzebujesz zrobić ich ok. 30-50. Dlatego nie martw się i nie zniechęcaj jeśli coś ci nie wychodzi.
            Skupmy się jeszcze na chwilę na słowach kluczach. Badania pokazują, że jedynie 4-11% słów w tekście zawiera informacje niezbędne do zrozumienia całości tekstu. Nie marnuj zatem czasu i wypisuj jedynie te słowa, które uruchomią u ciebie ciąg skojarzeń, pozwolą ci przypomnieć sobie całość zagadnienia. Dzięki temu zaoszczędzisz czas także tuż przed egzaminem – zamiast po raz kolejny czytać tradycyjne notatki, będziesz mógł jedynie przejrzeć swoje i lepiej utrwalić sobie swoją mapę myśli.
            Ćwiczenie
Znajdź dowolny tekst, na początek nie dłuższy niż pół strony A4 i postaraj się wynotować z niego wszystkie słowa klucze. Ich ilość zależy od 6 czynników:
1.      Cel
2.      Znajomość zawartych w tekście informacji
3.      Poziom zainteresowania tematem
4.      Poziom szczegółowości, który jest ci potrzebny
5.      Wprawa w wyszukiwaniu słów kluczy
6.      Zaufanie do własnej pamięci.
Wykonuj takie ćwiczenie raz dziennie przez kilka tygodni, a dojdziesz do wprawy w wychwytywaniu słów kluczy.

Zastosowanie map myśli

W jakich sytuacjach i do czego możemy używać map? Otóż nie tylko szkoła i studia to środowiska sprzyjające pracy nad mapami myśli. Przecież równie dobrze mogą być one przydatne w:
  • Pracy
  • Planowaniu, np. dnia czy wykonywanego zadania
  • Tworzeniu notatek z informacji zebranych w ciągu dnia
  • Planowaniu wystąpienia publicznego
  • Rozwiązywaniu problemów
  • Projektowaniu strony internetowe

Można powiedzieć, że przeszedłeś właśnie kurs tworzenia map myśli. Nawet jeśli ten tekst nie przekonał cię do ich stosowania, warto spróbować. Robiąc swoją mapę myśli nic tracisz, a zyskać możesz bardzo wiele – czas, lepsze oceny oraz większą efektywność w pracy!

 

LITERATURA:

  1. Marcin Kijak, Kurs tworzenia map myśli. Złote Myśli 2009, wydanie internetowe
  2. David J. Schwartz, Pozytywne myślenie drogą do sukcesu. Świat Książki, Warszawa 2000

 

 


Samoutrudnianie czyli rzucanie kłód pod własne nogi

Prawdopodobnie każdemu zdarzyło się być w sytuacji, gdy w pewien sposób utrudniał sobie wykonanie zadania lub osiągnięcie jakiegoś celu. Angażował się w działania, które obniżają efektywność i zmniejszają szanse na sukces. Zamiast przygotowań do egzaminu zabierał się przykładowo za sprzątanie mieszkania lub też gotowanie dla całej rodziny, a potem twierdził, że do wystarczającego przygotowania zabrakło mu jeszcze jednego dnia. Szedł na rozmowę kwalifikacyjną po nieprzespanej nocy, którą przebalował ze znajomymi i uważał, że gdyby tylko miał okazję się wyspać to na pewno doskonale by wypadł. Pisał ważną pracę jednocześnie oglądając telewizję i rozmawiając na komunikatorze z przyjacielem, co w oczywisty sposób wpłynęło na jej jakość.

Z jakich powodów zachowujemy w sposób, który wydaje się być niekorzystny dla nas samych? Kogo najczęściej dotyczy takie działanie? W jakim celu to robimy? Okazuje się, że tylko pozornie nie odnosimy żadnych korzyści z takiego zachowania. Te kwestie poruszane są przez autorów zajmujących się teoriami samoutrudniania. 

Czym jest samoutrudnianie?

Osoby, które są niepewne własnych kompetencji, w niektórych sytuacjach, gdy będą musiały sprostać stojącym przed nimi zadaniom, będą kształtować te sytuacje w taki sposób, by zminimalizować szanse odniesienia sukcesu. Przy czym będą także dbać o poważne i wiarygodne usprawiedliwienia swojego niepowodzenia i tłumaczyć je istnieniem różnego rodzaju obiektywnych przeszkód. Co ważne, przeszkody będące przyczynami ewentualnych niepowodzeń mogą być różne, ale na pewną nie będą związane z brakiem zdolności osoby stosującej strategie samoutrudniania.

Cele takiego działania są ściśle związane z poczuciem własnej wartości. Zachowując się w samoutrudniający sposób chcemy przekonać siebie i innych, że jesteśmy wartościowymi osobami. Sami utrudniamy sobie osiągnięcie sukcesu, ale równocześnie dostarczamy sobie usprawiedliwień dla ewentualnej porażki, co pozwala na zachowanie dotychczasowej samooceny albo przynajmniej zmniejsza tej uszczerbek. Intensywność samoutrudniania jest dostosowana do wielkości subiektywnego zagrożenia samooceny. A skłonność do zachowywania się w takich sposób wpływa na to jak postrzegamy sytuacje – osoby, które są skłonne do samoutrudniania są bardziej wrażliwe na sytuacje zagrażające samoocenie. Jeżeli student będzie miał poczucie, że niewiele się przygotowywał do egzaminu, bo przecież sprzątał mieszkanie czy też gotował, a następnie obleje egzamin, to łatwo wyjaśni to zdarzenie tym, że po prostu się do niego nie przygotowywał, bo nie miał czasu. Fakt, że w oczach innych i w swoich własnych wyjdzie na lenia nie jest zbyt groźny dla jego samooceny. A na pewno nie tak groźny jak to, że mógłby być odebrany jako osoba niezdolna. Gdyby faktycznie rzetelnie się przygotowywał, a mimo tego oblał egzamin, to musiał by przyznać, że nie ma wystarczających zdolności. Albo znaleźć inne wyjaśnienie porażki, by obronić swoją samoocenę. Jeśli natomiast zda egzamin, mimo tego, że nie przykładał się do sumiennie przygotowań, to ma okazję, by podwyższyć swoją samoocenę. Sukces został osiągnięty mimo trudnych warunków i przez to ma większą wartość niż sukces uzyskany w warunkach sprzyjających, tzn. po długich przygotowaniach go egzaminu.

Cele samoutrudniania

  1. Obrona poczucia własnej wartości – przyznając się do pewnych słabości, które są mało istotne dla zgeneralizowanego poczucia własnej wartości, np. do bagatelizowania niektórych spraw, utrzymujemy pozytywny sąd o sobie w obszarach bardziej istotnych dla poczucia własnej wartości.
  2. Umacnianie poczucia własnej wartości - gdy mimo samoutrudniania uda się osiągnąć sukces, to umacniamy swoje poczucie własnej wartości, bo pozwala on wnioskować o swoich wysokich kompetencjach i zdolnościach.
  3. Korzystna autoprezentacja – chcemy przekonać otoczenie, że jesteśmy wartościowymi osobami i pokazać się z jak najlepszej strony.

Formy samoutrudniania

Istnieje wiele zachowań, które są wykorzystywane jako strategia samoutrudniania. Można je ogólnie zaklasyfikować do trzech kategorii: strategie behawioralne, strategie niebehawioralne (demonstracyjne) i symboliczne (percepcja utrudnień w sytuacji zadaniowej).

Behawioralne strategie polegają na działaniu w sposób utrudniający osiągnięcie sukcesu. Możemy wprowadzać do zadania zewnętrzne inhibitory sukcesu, po to by zmienić sytuację zadaniową, co pozwoli na dogodną interpretację osiągniętego w danych zadaniu wyniku. Takim zachowaniem będzie np. picie alkoholu, przyjmowanie środków farmakologicznych, niewykładanie wysiłku podczas wykonywania zadania, niewkładanie wysiłku w przygotowania do zadania, odkładanie przygotowań na ostatnią chwilę, wybór bardzo trudnego zadania, wybór nieodpowiedniego partnera do zadania, czy też ułatwianie zadania rywalowi.

Oczywiście poza wprowadzaniem przeszkód, samoutrudnianie może też być związane z spostrzeganiem utrudnień w sytuacji zadaniowej. Jest to symboliczna strategia samoutrudniania i jest związana z odpowiednim interpretowaniem sytuacji, to znaczy takim, które będzie korzystne z własnej perspektywy. Osoba stosująca tę strategię będzie przekonana o negatywnym wpływie pewnych warunków na wykonanie zadania (np. pogody, temperatury, pory roku, hałasu, godziny, oświetlenia), o niesprawiedliwości w ocenie zadania, o jego trudności, albo też o niekompetencji partnera, z którym wykonuje zadanie.

Niebehawioralne strategia samoutrudniania polega na demonstrowaniu swoich wewnętrznych słabości. Te słabości, które mogą być wykorzystywane w sytuacjach zadaniowych to:

  • Dolegliwości somatyczne – choroba, zawroty głowy, ból brzucha
  • Defekty psychologiczne – nieśmiałość, hipochondria, depresyjność,
  • Stan emocjonalny – lęk, stres, złość, pogorszenie nastroju
  • Różne obciążenia – trudne dzieciństwo, traumatyczne wydarzenia życiowe

Ujawnianie ich w pewnym stopniu deprecjonuje osobę, ale tylko w obszarach niewiele dla tej osoby znaczących i takie zachowanie jest dla niej w ostatecznym rachunku korzystne, ponieważ dzięki temu broniona jest globalna samoocena. Źródłem ewentualnej porażki stają się wtenczas deficyty w tych nieznaczących obszarach, natomiast brak porażki prowadzi do myślenia, że mimo posiadanych deficytów jest się zdolnym do sukcesu.

Samoutrudnianie poprzez demonstrowanie lęku jest korzystne przystosowawczo, ponieważ jednostka czuje się mniej odpowiedzialna za ewentualną porażkę, a jednocześnie nie obniża to jej szans na sukces. Badacze sugerują, że osoba stosująca taką strategię samoutrudniania sądzi, że lęk ma wpływ na wykonywane zadanie. Przypuszczalnie samoutrudnianie nie polega na intensyfikacji lęku, ale na większym dostrzeganiu go. Strategia samoutrudniająca w postaci demonstrowania lęku prawdopodobnie jest wykorzystywana zarówno przez kobiety jak i przez mężczyzn, choć w początkowym okresie badań dotyczących tej formy samoutrudniania sądzono, że jest to charakterystyczne dla kobiet. 

Skuteczność samoutrudniania

Samoutrudnianie jest korzystne ze względu na ochronę własnej samooceny. Wydaje się być wygodnym sposobem radzenia sobie w sytuacjach zadaniowych, w których jesteśmy niepewni własnej samooceny i tego, jaki rezultat osiągniemy. Czy to oznacza, że samoutrudnianie się opłaca? Nie, ponieważ całą naszą energię poświęcamy samoutrudnianiu, a przestajemy koncentrować się na zadaniu. Marnujemy czas, który moglibyśmy poświęcić na dążenie do celu. W mniejszy lub większy sposób zmniejszamy swoje szanse na osiągnięcie sukcesu, na którym przecież nam zależy. Nawet jeśli osiągniemy sukces, mimo stosowania strategii samoutrudniania, to tak naprawdę nie wiemy czemu to zawdzięczamy.Istnieje także ryzyko, że mimo stosowania strategii samoutrudniania nasza samoocena i tak się obniży. Będziemy w stanie wyjaśnić sobie i innym powody naszej porażki, ale czy fakt, że zamiast przygotowywać się do egzaminu, poszliśmy z przyjaciółmi do kina, nie spowoduje, że będziemy na siebie źli za własne lenistwo i nieodpowiedzialność? Czy w oczach innych będzie to dobre wytłumaczenie i czy na tym polega korzystna autoprezentacja? Wyniki badań pokazują, że samoutrudnianie jako technika autoprezentacji charakteryzuje się niewielką skutecznością.

W obliczu przedstawionych powyżej informacji jasne staje się dlaczego tak chętnie angażujemy się w działania, które pozornie są nieracjonalne, szukamy sobie wymówek, odkładamy ważne obowiązki na ostatnią chwilę i żalimy się, że wykładowca niesprawiedliwie nas ocenił. Robimy to w sytuacjach, które wywołują niepewność dotyczącą własnej samooceny. Gdy jest ona zagrożona, to naturalną konsekwencją jest próba jej obrony poprzez zastosowanie strategii samoutrudniania, która ma nam pomóc w tym, byśmy we własnych oczach, a także w oczach innych ludzi prezentowali się jako wartościowe osoby. Jednakże w oczywisty sposób zmniejszamy swoje szanse na sukces. Warto zadać sobie pytanie o to, co jest dla nas ważniejsze: niestaranne wykonanie zadania i posiadanie wyjaśnienia dla ewentualnej porażki czy rzetelne przyłożenie się do zadania i większe szanse osiągnięcie sukcesu?

Bibliografia:

  1. Szmajke A. (1996). Samoutrudnianie jako sposób autoprezentacji: czy rzucanie kłód pod własne nogi jest skuteczną metodą wywierania korzystnego wrażenia na innych? Warszawa
  2. Doliński D., Szmajke A. (1994). Samoutrudnianie dobre i złe strony rzucania kłód pod własne nogi. Olsztyn
  3. Szmajke A.,Doliński D. (1993). Niepewność i lęk jako techniki antycypacyjnego samoutrudniania. W: M. Dymkowski, Niepewność samowiedzy jako regulator zachowania (48-71), Wrocław
  4. Kiełbińska G. (1993). Wytworzona niepewność szczegółowych przekonań o sobie a aktywizacja strategii antycypacyjnego samoutrudniania. W: M. Dymkowski, Niepewność samowiedzy jako regulator zachowania (73-84), Wrocław  
     

 

BYŁA REDAKTOR DZIAŁU "MYŚLĘ"   Kontakt: sandra.jargielo@gmail. (...)


  • Opublikowane 4 Styczeń, 2012

Brene Brown: Potęga wrażliwości

Brene Brown analizuje ludzkie stosunki – naszą zdolność do współodczuwania, kochania, poczucie przynależności. We wzruszającym, zabawnym wystąpieniu na TEDxHouston dzieli się głębokimi spostrzeżeniami dotyczącymi wyników swoich badań – tych, które sprawiły, że wyruszyła w osobistą podróż, aby poznać samą siebie oraz aby zrozumieć człowieczeństwo. Mowa, którą warto się podzielić.

 Uwaga: POLSKIE NAPISY 


Miłość – tym razem psychologicznie

Głupia, szalona, pierwsza, platoniczna, ślepa. Czy można wyobrazić sobie lepszy temat na artykuł niż właśnie miłość?

Poeci często opisują silne, pozytywne uczucie do drugiej osoby jako coś wyjątkowego, a nawet magicznego. Dla neurobiologów sprawa wygląda jednak o wiele bardziej banalnie. Według nich za szalone porywy serca odpowiadają bowiem zachodzące w mózgu procesy chemiczne. Stan zachowania to sprawka takich substancji jak dopamina i serotonina. Natura „wyposażyła” nas w miłość, byśmy mogli realizować się jako „zwierzęta społeczne”, wchodzące w bliskie związki w celu bardziej efektywnej opieki nad potomstwem.

Czy oznacza to, że miłość jest tylko grą rozgrywaną przez chemikalia w naszych głowach? Choć ujęcie takie przekonująco wyjaśnia nagłość i gwałtowność odczuć towarzyszących doświadczeniu zakochania, nie wyjaśnia jednak wszystkiego. Po kilku latach komórki nerwowe przyzwyczajają się do podwyższonego stężenia neuroprzekaźników i nie reagują już tak samo intensywnie. Dlaczego więc wokół nas jest tak wiele trwałych i przynoszących satysfakcję związków kochających się ludzi? Pewnych wyjaśnień dostarcza w tej kwestii teoria amerykańskiego psychologa Roberta Sternberga, opisującego miłość jako zjawisko złożone z trzech elementów: namiętności, intymności i zaangażowania. Każdy z nich cechuje się inną siłą i trwałością, inne są także ich funkcje.

Trójskładnikowy przepis na miłość

Namiętność jest tym elementem miłości, który w bliskich związkach międzyludzkich pojawia się najwcześniej i szybko osiąga apogeum swojej intensywności. Gdy ludzie zakochują się w sobie, zaczynają doświadczać rzeczy niezwykłych, takich jak na przykład specyficzne odczucia fizjologiczne. Powszechnie spotykany na tym etapie jest bezkrytyczny stosunek do partnera i brak zainteresowania innymi osobami, które w odmiennych warunkach zostałyby uznane za atrakcyjne. Gdy rządzi nami namiętność, często tęsknimy oraz jesteśmy skłonni do zaborczości i pasji podobnych tym, jakimi charakteryzował się sienkiewiczowski Bohun. Nieco później pomiędzy dwojgiem ludzi pojawia się intymność, dzięki której związek wchodzi w fazę romantycznych początków. Do fascynacji fizycznej dołącza zainteresowanie sferą psychiczną partnera – jego osobowością, zainteresowaniami i światopoglądem. Wykształca się również zaufanie, przejawiające się nie tylko w gotowości do powierzania drugiej osobie swoich tajemnic, ale również dzielenia się własnymi obawami i informowania o swoich słabościach, problemach czy dylematach. Intymność nie rozwija się tak szybko i gwałtownie jak namiętność. Jest też znacznie mniej „automatyczna”. Kiedy do intymności i namiętności dołącza zaangażowanie, według Sternberga mamy do czynienia ze związkiem kompletnym. Cechuje go nie tylko fizyczne i psychiczne poczucie więzi między partnerami, ale również podejmowanie działań świadczących o wzajemnej odpowiedzialności i chęci budowania wspólnej przyszłości. Zaangażowanie wzrasta wolno, ale stabilnie, a jego apogeum może się utrzymywać przez długi czas.

Związek kompletny z racji opierania się na wszystkich trzech składnikach miłości można uznać za jej idealną formę. Życiem nie kierują jednak baśniowe reguły i dlatego kompletne stadium miłości ma swój kres. Z czasem poziom namiętności pomiędzy dwojgiem ludzi obniża się. Wciąż obecne intymność i zaangażowanie tworzą teraz związek przyjacielski, który może trwać bardzo długo (niekiedy nawet do końca życia) i dostarczać jego uczestnikom wiele satysfakcji. Niewykluczone też, że w związku takim sporadycznie wybuchać będą nowe porywy namiętności przypominające o tym, co pomiędzy partnerami działo się kiedyś. Gdy „na placu boju” pozostanie jedynie zaangażowanie (związane na przykład z wychowywaniem dzieci, prowadzeniem wspólnej firmy czy zobowiązaniami prawnymi) związek przyjmuje formę pustą i utrzymywany jest niejako „na siłę”. Stadium to jest zwiastunem rychłego końca związku. W sytuacji, gdy relacja pomiędzy dwojgiem ludzi składa się wyłącznie z namiętności i zaangażowania, mówić można o związku niedorzecznym. Pojawiająca się gwałtownie i pozbawiona wszelkiej racjonalności namiętność jest zbyt słabym fundamentem, by budować na niej poważne deklaracje pociągające za sobą długofalowe konsekwencje, na przykład prawne.

Związek pod lupą

Charakterystyka miłości oparta o pojęcia namiętności, intymności i zaangażowania może niektórym burzyć dotychczasowe podejście do tego uczucia, albo wręcz zniechęcić do angażowania się w bliskie relacje. Po co przywiązywać się do innych ludzi i składać im trudne do zrealizowania obietnice? Przecież to, co w miłości najlepsze szybko znika, zostawiając jedynie szereg zobowiązań i rutynę składających się na „prozę życia”. Z rezultatów badań sondażowych zaprezentowanych przez Davida G. Myersa wynika jednak, że wchodzenie w bliskie relacje międzyludzkie dostarcza korzyści czyniących nasze życie bardziej satysfakcjonującym. W grupie osób pozostających w związkach małżeńskich, w porównaniu do osób nigdy nie będących w takim związku, rozwiedzionych lub pozostających w separacji, można zaobserwować najwyższy odsetek ludzi bardzo szczęśliwych. Ponadto wśród małżonków odnotowuje się niższe wskaźniki depresji niż w grupach rozwodników i osób pozostających w związkach nieformalnych. Jak widać, związek o długim stażu może uczynić życie ludzkie bardziej komfortowym, nawet pomimo spadku natężenia pewnych jego aspektów. Z drugiej strony można zapytać, czy ludzie szczęśliwi nie są po prostu z reguły bardziej skłonni do budowania stałych, długotrwałych relacji partnerskich.

Stare porzekadło mówi, że przeciwieństwa się przyciągają. Czy jest to jednak prawdą z punktu widzenia psychologii? Otóż niekoniecznie. Okazuje się bowiem, że wspólne zainteresowania, podobny światopogląd i wartości są jednym z najistotniejszych czynników przyczyniających się do wzrostu poziomu zadowolenia ze związku. Po szybko przemijającej fascynacji innością przychodzi wszak moment refleksji nad tym, ile naprawdę łączy nas z daną osobą i czy chcemy związać się z nią na dłużej (a może nawet na całe życie?). Innym powodem, dla którego warto wybierać partnerów w pewnym stopniu do nas podobnych jest fakt, że związek jest w pewnym sensie transakcją polegającą na dawaniu i otrzymywaniu. Według Davida M. Bussa czynnikiem istotnie wpływającym na ludzki poziom zadowolenia z życia jest subiektywne poczucie wysokich kompetencji w danym obszarze i otrzymywane w związku z nimi społeczne uznanie oraz podziw. Utrzymywanie bliskich relacji (w tym relacji partnerskich) z ludźmi o podobnych zainteresowaniach zwiększa nasze szanse na bycie docenionym za to, co potrafimy lub wiemy. W momencie gdy osoby z otoczenia nie dostarczają nam takich komunikatów, uznajemy siebie za „szarych” i nijakich. Pociąga to za sobą spadek samooceny oraz obniżenie się poziomu zadowolenia z życia. Istnieją przesłanki by w spadku poczucia własnych kompetencji upatrywać czynnika zwiększonego prawdopodobieństwa zapadania na zaburzenia nastroju, takie jak depresja. Czy nie lepiej więc dla własnej higieny psychicznej szukać „drugiej połówki” wśród tych, których interesuje to samo co nas?

Zarówno trójskładnikowa teoria Sternberga, jak i relacyjne ujęcie miłości stoi w sprzeczności z popularnymi, przesyconymi romantyzmem poglądami na temat tego uczucia, zachęcającymi do samopoświęcenia i szukania szczęścia w realizacji potrzeb partnera. Z psychologicznego punktu widzenia w dobrym związku jesteśmy zarazem i altruistami, i egoistami. Będąc otwartym na potrzeby drugiego człowieka, nie można zapominać o własnej satysfakcji. W przeciwnym razie gorące uczucie szybko może się przerodzić w zlepek niespełnienia, frustracji i wzajemnego niezrozumienia.

A co, jeśli jeszcze nigdy nie byliśmy zakochani i nic nie zapowiada by stan ten miał się wkrótce zmienić? Tym, którzy utracili już nadzieję na miłość słowa otuchy niesie Erich Fromm, uznający miłość za sztukę podobną do muzyki albo malarstwa. Na wzór Sokratesa, znany psychoanalityk uważał, że aby wchodzić w relacje miłosne najpierw należy zdobyć wiedzę o tym, czym jest sama miłość. Według Fromma, warunkiem koniecznym doświadczania prawdziwej miłości w stosunku do drugiego człowieka jest umiejętność ograniczania narcystycznych uczuć do samego siebie. Inna osoba ma być dla nas podmiotem, a nie przedmiotem służącym podwyższaniu własnego statusu lub samooceny. Chcąc kochać należy zastanowić się więc nad tym, czy chce się mieć partnera, czy raczej z nim być.

Podsumowanie

Bez względu na to jak wiele o miłości zostanie powiedziane, trudno marzyć o całkowitym wyczerpaniu tego tematu. Na podstawie tego, co zostało napisane wcześniej sformułować można jednak kilka punktów, służących pomocą we własnych zmaganiach z uczuciami:

  1. Chcąc przeżyć miłość trzeba otworzyć się na drugiego człowieka. Miłość pojawia się tam, gdzie osoba-ja nawiązuje kontakt z osobą-ty.
  2. Choć miłość wymaga wsłuchania się w potrzeby partnera nie oznacza to, że mamy się dla niego w całości poświęcać. Uciekając przed własnym egoizmem nie należy wszak pielęgnować egoizmu cudzego.
  3. Miłość zmienia się w czasie i żaden jej etap nie trwa wiecznie. Wiara w baśniowe scenariusze nie tylko nijak się ma do prawdziwego życia, ale również jest najprostszą drogą do frustracji.

Literatura:

  1. Buss D. M. Ewolucja pożądania, GWP, Gdańsk 2003.
  2. Fromm E. O sztuce miłości, Rebis, Poznań 2007.
  3. Nettle D. Szczęście sposobem naukowym wyłożone, Prószyński i S-ka, Warszawa 2005.
  4. Wojciszke B. Psychologia miłości, GWP, Gdańsk 2009.

 

Kontakt: lukasz.jach@us.edu.pl Wykształcenie: magister psychologii, asystent naukowo-dydaktyczny w Zakładzie Psychologii Zdrowia i Jakości Życia Instytutu Psychologii UŚ   Zainteresowania naukowe: psychologia jakości życia, psychologia ewolucyjna, psychologia ekonomiczna Zainteresowania pozanaukowe: towarzyskie gry planszowe i karciane, modelarstwo, muzyka, literatura     Publikacje: Jach, Ł. (2012). Poczucie dobrostanu psychicznego studentów w kontekście posiadanych zasobów finansowych i społecznych. "Psychologia Ekonomiczna", 1, s. 58-74. Jach, Ł., Moroń, M. (2011), „Herbatka z ekspertem” – o sposobach prezentowania eksperckiej wiedzy naukowej w porannych programach telewizyjnych na przykładzie treści o charakterze psychologicznym, E-wydawnictwo (artykuł pokonferencyjny) dostępny: http://www.e-wydawnictwo.eu/Document/DocumentPreview/378. Jach, Ł., Sikora, T. (2010). (...)


Okresy studiów

Duchowość

Duchowość dotyczy każdego z nas - nie tylko w wymiarze religijnym, lecz szczególnie w osobistym - chcemy się rozwijać, poszukiwać sensu, istoty swojego istnienia, dowiadywać się gdzie leżą prawdy dotyczące wielu otaczających zjawisk.

Fenomen transseksualizmu

Miałem pięć lat, kiedy pierwszy raz zrobiło mi się niewygodnie. Musiałem przeżyć kolejnych 10, żeby dowiedzieć się, że istnieje transseksualizm. Przez kolejne pięć we mnie miałem piekło na ziemi... Z którego nikomu się nie spowiadałem. Jak tłumaczyć sobie dwunastoletniemu, pragnienia ciała i umysłu? Jak tłumaczyć sobie siedemnastoletniemu, czegoś na co nie mają jednoznacznej odpowiedzi naukowcy, lekarze i wszyscy inni którzy o wiele wcześniej pytali?! (...)Jak tłumaczyć sobie coś, co w dzieciństwie nie ma znaczenia, potem się w ogóle nie rozumie co się dzieje, a potem... tak bardzo się nie chce być "innym", tak bardzo chce się być "normalnym". Jak tłumaczyć sobie ciągłe ucieczki, przed sobą, przed myślami, pragnieniami, ucieczka przed ciałem. Jak tłumaczyć tą niespójność? To pomiędzy?!!! To Ja!” (http://c-est-la-vie.blog.pl/archiwum/?rok=2006&miesiac=2)

Fenomen istnienia dwóch płci od zawsze pasjonował ludzkość. Już starożytni starali się wyjaśnić przyczyny tej dwoistości, dociec jej źródeł. Dziś nasza wiedza na ten temat jest już spora, ale wciąż niekompletna. Płeć człowieka to kwestia bardzo złożona, o której decyduje nie tylko budowa ciała, czyli obecność pierwszo-, drugo- i trzeciorzędnych cech płciowych. Współcześnie można nawet mówić o tym, że każdy człowiek ma nie jedną, lecz co najmniej kilka płci, które w większości przypadków, (choć nie zawsze) pozostają ze sobą w zgodzie. Płeć opisuje się na podstawie kryteriów czysto biologicznych takich jak:

  • płeć chromosomalna, czyli inaczej genotypowa, wyznaczana przy zapłodnieniu przez obecność odpowiednich chromosomów XX u kobiet lub XY u mężczyzn;
  • płeć gonadalna, zdeterminowana obecnością gruczołów płciowych, jąder bądź jajników;
  • płeć hormonalna, oznaczana przez czynność wewnątrzwydzielniczą jąder lub jajników wytwarzających androgeny i estrogeny we właściwych danej płci proporcjach;
  • płeć wewnętrznych oraz zewnętrznych narządów płciowych;
  • płeć fenotypowa, określana przez budowę ciała dojrzałego człowieka;
  • płeć metaboliczna, dotycząca odrębności systemów enzymatycznych u obu płci, wiążącej się z działaniem hormonów płciowych;
  • płeć mózgowa, ujawniająca się w zróżnicowaniu mózgu, widocznym przede wszystkim w zakresie budowy podwzgórza i przysadki mózgowej oraz na kanwie kryteriów, na które wpływ mają czynniki społeczno-kulturowe:
  • płeć socjalna (metrykalna, prawna), ustalana tuż po urodzeniu na podstawie budowy zewnętrznych narządów płciowych dziecka;
  • płeć psychiczna, określana poprzez poczucie przynależności do danej płci, a więc poprzez identyfikowanie się osobnika z płcią męską lub żeńską, kształtowane między innymi w procesie socjalizacji.

Proces różnicowania się płci zachodzi stopniowo w życiu prenatalnym. Jest wieloetapowy, a jego prawidłowy przebieg zależy od poprawnego oddziaływania wielu czynników. W tak wieloaspektowej i skomplikowanej procedurze nie trudno o wystąpienie błędów i, w efekcie, niezgodności między poszczególnymi elementami determinującymi płeć. Mogą powstawać więc różnego rodzaju zaburzenia, na przykład obojnactwo czy aberracje liczbowe chromosomów. Jednak najbardziej interesujące z punktu widzenia psychologii są problemy związane z najmniej znanymi mechanizmami płciowości, mianowicie z kryterium powstawania poczucia płci psychicznej, czyli tożsamości płciowej. Jej kształtowanie się determinują bowiem nie tylko czynniki biologiczne, ale także społeczno-kulturowe.

W momencie przyjścia na świat, tylko na podstawie wyglądu zewnętrznych narządów rozrodczych, dziecko zostaje uznane odpowiednio za chłopca lub dziewczynkę. Ten fakt, niczym działająca z ogromną siłą samospełniająca się przepowiednia, przesądza o tym, jak jest ono traktowane i wychowywane. Jak piszą Imieliński i Dulko, tworzy się w ten sposób niewidzialna, ale zawsze obecna i mocna sieć przynależności do jednej płci. Ta presja społeczna jest tak silna, ponieważ w procesie utożsamiania się z określoną płcią biorą udział między innymi mechanizmy naśladownictwa i identyfikacji, zakładające obecność innych ludzi jako wzorców. W większości przypadków w ten sposób formuje się płeć psychiczna odpowiadająca biologicznej. Człowiek wygląda, zachowuje się i wykazuje cechy charakterystyczne dla jednej z płci. Zdarza się jednak, że dzieje się inaczej.

Czasami w toku rozwoju jednostkowego psychiczne poczucie płci okazuje się sprzeczne z anatomicznymi znamionami ciała. Mamy wtedy do czynienia z zespołem dezaprobaty płci (polega on na tym, że człowiek nie akceptuje własnych cielesnych znamion płci, ani też płci oznaczonej w metryce urodzenia), którego jedną z postaci jest transseksualizm. Charakteryzuje się on brakiem akceptacji płci biologicznej, a także wynikających z niej socjalnej, metrykalnej i prawnej oraz utożsamianiem się z płcią przeciwną. Transseksualiści nie czują się tymi, na których wyglądają, nie identyfikują się z własnym ciałem. Ta rozbieżność sprawia, że dążą oni do akceptacji swojej osoby przez innych, w roli zgodnej z płcią zakodowaną w ich świadomości. Imieliński i Dulko piszą: „Transseksualista ma stałe, nieodparte pragnienie bycia osobą płci przeciwnej, co realizuje poprzez sposób ubierania się i zachowanie oraz pełnienie ról społecznych (w tym seksualnych) zgodnych z psychicznym odczuwaniem płci”. Własne ciało wzbudza w transseksualistach wstręt, odbierają je jako obce, jakby znaleźli się w nim przez pomyłkę. Stąd ich często granicząca z desperacją, chęć „zmiany płci” i znalezienia się we właściwej dla siebie powłoce.

Na użytek kliniczny wprowadzono rozróżnienie terminologiczne na transseksualistów typu kobieta-mężczyzna (K/M), czyli osoby o budowie ciała żeńskiej i psychicznym poczuciu przynależności do płci męskiej oraz transseksualistów typu mężczyzna-kobieta (M/K), którzy posiadają męską budowę ciała, ale psychicznie czują się kobietami. Jak zwracają uwagę eksperci, istotą zjawiska transseksualizmu jest zaburzenie identyfikacji płciowej, na którą „składa się zespół wszystkich możliwych wariantów zachowania danego człowieka, wynikających z pełnienia przez niego określonej roli płciowej oraz z psychicznego poczucia przynależności do tej, a nie innej płci”. To właśnie odróżnia go od dewiacji seksualnych, które objawiają się głównie zakłóceniem roli płciowej, czyli tej części identyfikacji płciowej, którą manifestujemy na co dzień innym, a która jednocześnie należy do repertuaru zachowań uznawanych przez społeczeństwo za właściwe dla danej płci. Osoby charakteryzujące się takim właśnie nieprzystosowaniem seksualnym, w przeciwieństwie do transseksualistów, nie kwestionują swojej przynależności do danej płci, często nawet ostentacyjnie ją podkreślając. Transseksualiści zaś czują się zwyczajnymi kobietami/mężczyznami i posiadają znamienne dla nich cechy za wyjątkiem właśnie tych anatomicznych. Dlatego też, w większości odczuwają oni pociąg seksualny do osób o tej samej co oni płci biologicznej, przy czym uważają go za w stu procentach heteroseksualny.

Mimo postępów nauki, wciąż nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, jakie są przyczyny tego niezwykłego zjawiska jakim jest transseksualizm. Biorąc pod uwagę fakt, że osoby cierpiące na to zaburzenie zwykle już od najmłodszych lat wykazują jego oznaki, można stwierdzić, że prawdopodobnie ma ono swoje źródła w czynnikach działających jeszcze w życiu prenatalnym, jak i zaraz po narodzeniu: „Różnicowanie i rozwój identyfikacji i roli płciowej jest wytworem zależności pomiędzy zaprogramowanymi w okresie prenatalnym różnicami płciowymi w zakresie budowy ciała, funkcji hormonalnych i funkcji centralnego układu nerwowego, a pourodzeniowymi, wczesnodziecięcymi wpływami społecznymi i środowiskowymi”. Nie umniejszając znaczenia czynników społecznych, takich jak traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, nieprawidłowe, zaburzone relacje rodzinne (zaborczość, nadopiekuńczość matki i emocjonalna obojętność, niedostępność ojca), czy też poważnych błędów wychowawczych (na przykład gdy płeć dziecka nie odpowiada oczekiwaniom rodziców, co wpływa na ich stosunek do niego), większość badaczy stoi na stanowisku, że rozwój identyfikacji płciowej człowieka jest zdeterminowany biologicznie. Przeważa pogląd, że kształtowanie się płciowości przebiega etapami w okresie życia płodowego i obejmuje formowanie się płci fizycznej, rozwój orientacji seksualnej i wreszcie wytwarzanie się subiektywnego poczucia przynależności do konkretnej płci.

Wyniki badań sugerują, że transseksualizm może być konsekwencją nieprawidłowości występujących w ośrodku mózgowym odpowiedzialnym za to ostatnie. Zespół Dicka Swaaba z Holenderskiego Instytutu Badań nad Mózgiem przeprowadził analizy, w których stwierdzono istnienie strukturalnej różnicy między mózgami normalnych mężczyzn i mężczyzn transseksualnych. Badania wykonywane post mortem wykazały, że niewielki obszar mózgu, leżący w obrębie podwzgórza, noszący nazwę BSTc (jądro łożyskowe prążka krańcowego), jest mniejszy u kobiet niż u mężczyzn. Następnie stwierdzono, że wielkość owego obszaru u męskich transseksualistów odpowiada wielkości charakterystycznej dla kobiet. Prawdopodobnie BSTc jest obszarem mózgu odpowiedzialnym za formowanie się subiektywnego poczucia przynależności do konkretnej płci, a jego poprawne funkcjonowanie uzależnione jest od odpowiednich proporcji oddziałujących na niego androgenów i estrogenów. Jeżeli zostanie poddany działaniu zbyt dużych lub zbyt małych stężeń tych hormonów, może dojść do wykształcenia się poczucia przynależności do płci odmiennej niż biologiczna, a więc do transseksualizmu.

Od dawna wiadomo, że określone dawki odpowiednich hormonów są niezbędne do zainicjowania maskulinizacji początkowo zawsze „żeńskiego” płodu, a więc do zapoczątkowania różnicowania się płci. Niewłaściwe ich ilości powodują zaś, że biologiczne kobiety/mężczyźni wykazują cechy charakterystyczne dla płci odmiennej. Prawdopodobna wydaje się więc także hipoteza o ich roli w kształtowaniu się psychicznego poczucia przynależności do określonej płci i wszelkich odchyleń w tym zakresie.

Literatura

  1. http://c-est-la-vie.blog.pl/archiwum/?rok=2006&miesiac=2
  2. Dulko S., Imieliński K., Przekleństwo Androgyne. Transseksualizm: mity i rzeczywistość, PWN, Warszawa 1988.
  3. Jeglińska A., Jegliński W. W obcym ciele... [w:] Wiedza i życie, nr 7/1997.
  4. Jessel D., Moir A. Płeć mózgu, PIW, Warszawa 2007.

Wyparte emocje

Emocje, uczucia – terminy bliskie nam wszystkim. Każde zdarzenie, które ma jakąś wagę w życiu człowieka posiada zabarwienie emocjonalne. Większość działań, które podejmujemy napędzane jest przeżywanymi przez nas uczuciami. Istnieje jednak mechanizm określany w psychologii jako wyparcie, opisujący sposób w jaki usuwamy ze świadomości nasze myśli, wspomnienia, impulsy, fantazje, pragnienia, a także uczucia. Szereg badań wskazuje na szkodliwy wpływ tłumienia emocji zarówno na funkcjonowanie psychospołeczne, jak i funkcjonowanie organizmu człowieka.

Tygrys i szef

Każde pobudzenie emocjonalne ma swoje odzwierciedlenie w reakcji organicznej. Podczas odczuwania gniewu, smutku, radości wytwarzają się swoiste dla każdej z tych emocji hormony i neuroprzekaźniki. Już w latach dwudziestych XX wieku fizjolog dr Walter Cannon odkrył mechanizm "walki lub ucieczki", który opisuje fizjologiczną reakcję organizmu na stres (a więc pobudzenie emocjonalne). W momencie odczuwania gniewu czy strachu nasz organizm przygotowuje się do działania: krew odpływa z narządów wewnętrznych, zwiększa się stężenie glukozy we krwi, niezbędnej do pracy mięśni, uwalniają się hormony stresu - kortyzol i adrenalina. Reakcja ta umożliwiała naszym przodkom przygotowanie się do walki lub ucieczki przed zagrożeniem. Niestety, obecnie w cywilizowanym świecie bywa ona nieprzystosowawcza: dla naszego organizmu nie ma znaczenia, czy stoimy oko w oko z tygrysem, czy czujemy przerażenie na widok zbliżającego się do nas despotycznego szefa - reaguje tak samo, mimo tego, że w pierwszej sytuacji należy działać, a w drugiej zachować spokój i rozwagę. Wpływem emocji, stresu i ogólnie naszej psychiki na funkcjonowanie organizmu zajmuje się dział medycyny - psychosomatyka. Dziedzina ta bada szereg związków pomiędzy tym co odczuwamy a chorobami somatycznymi. Okazuje się, że tłumienie czy wyparcie emocji mocno łączy się z naszym zdrowiem.

Cóż to jest? Jak to działa?

Tłumienie emocji jest jak najbardziej naturalnym mechanizmem obronnym naszej psychiki. Czasem to, co nas spotyka jest tak bolesne i nie do zniesienia, że "blokujemy" nasze uczucia, gdyż przeżywanie ich mogłoby spowodować dezintegrację osobowości, a mówiąc językiem potocznym "popadnięcie w szaleństwo". To dlatego często na pogrzebach najbliższa rodzina zmarłego "trzyma się dobrze" w porównaniu do przyjaciół i dalszych krewnych. Tłumienie automatycznej reakcji może dać człowiekowi dodatkowy czas na poradzenie sobie z tym, co czuje. Jest to zdrowe, obronne działanie umysłu, pomocne i funkcjonalne, lecz niestety tylko na krótką metę.

Problem pojawia się w momencie, gdy osoba bez końca tłumi swój gniew czy smutek, gdy jest to jej sposób funkcjonowania. Osoba taka często mówi sobie i innym, że "wszystko jest w porządku", że "nic się nie stało" i "mnie to nie rusza", gdy tak naprawdę to potencjalne zdarzenie wpłynęło na nią w znacznym stopniu. Z czasem przestaje sobie uświadamiać, że odczuwa silne emocje w pewnych sytuacjach, jednak wciąż pojawia się fizjologiczna reakcja organizmu świadcząca o mocnym pobudzeniu. Organizm odczytuje to jako zagrożenie, niebezpieczeństwo, przygotowuje się do walki lub ucieczki. Z każdą emocją, której człowiek nie będzie miał okazji wyrazić, rośnie jego napięcie, co z kolei wywołuje negatywne pobudzenie emocjonalne i błędne koło zamyka się. Przypomina to trochę szybkowar, w którym rośnie ciśnienie, gdzie emocje stanowią zbierającą się parę wodną. W końcu występują wybuchy złości czy innych negatywnych emocji w sytuacjach całkowicie neutralnych. Co ciekawe, tłumione uczucia dalej kojarzone są nie tylko z bodźcem, który je wywołał, ale także z całą sytuacją, w której bodziec ów wystąpił. Dr Don Colbert w swojej książce "Zabójcze emocje" opisuje taki przypadek: "Jedna z moich pacjentek wyznała mi, że wpada w gniew za każdym razem, gdy czuje zapach mięty. Święta Bożego Narodzenia były dla niej trudnym okresem - oznaczały długie cukierki i zapach mięty. Skąd te niemiłe skojarzenia? Opowiadając mi o swoim życiu, kobieta ta ujawniła, że była regularnie molestowania seksualnie przez wuja. Podczas tych napaści, odwracała wzrok i patrzyła na słoik miętówek stojący na stole obok kanapy."

O skłonności do tłumienia emocji świadczą nie tylko nieadekwatne reakcje na neutralne bodźce. Istnieją postawy charakterystyczne dla ludzi stosujących ten mechanizm obronny odpowiadające uczuciom, które wyparli (typologia dr Don Colbert):

  1. Perfekcjonizm - ludzie tłumiący emocje starąją się robić wszystko "idealnie", aby nie narazić się na odrzucenie i krytykę.
  2. Pragnienie kontroli - starają się także kontrolować każdy aspekt swojego życia i osób im bliskich, aby wyparte emocje nie miały szans się ujawnić.
  3. Zwątpienie w siebie i pomniejszanie swoich zasług - w okresie dzieciństwa często wychowywali się w środowisku, w którym czuli się się niedoceniani lub odrzuceni. W rezultacie wytworzyła się u nich niska samoocena i poczucie niskiej wartości.
  4. Cynizm i krytycyzm - odwracają od siebie uwagę - kierują ją na innych, by uniknąć dalszego odrzucania, zranień lub emocjonalnego stresu.
  5. Promiskuityzm - niskie poczucie własnej wartości i stłumione emocje sprawiają, że starają się zadowolić wszystkich. Osoby takie mogą stać się rozwiązłe, pragnąc doświadczyć uczucia bezpieczeństwa, którego nie zaznali jako dzieci lub pragnąc zrekompensować sobie odrzucenie przez byłego małżonka.

Ponadto tłumienie emocji niejednokrotnie wiąże się z objawami somatycznymi, takimi jak ból głowy, drżenie rąk, bóle pleców, bezsenność i tym podobne. Współczesna psychosomatyka wskazuje na rolę wypartych uczuć w powstawaniu chorób wieńcowych czy rozwoju choroby nowotworowej.

Mechanizm nauki

Dlaczego jednak uczymy się tłumić emocje? Co sprawia, że niektórzy stosują ten szkodliwy mechanizm obronny przez całe swoje życie? W większości wypadków "nauka" tego mechanizmu ma miejsce w dzieciństwie i w okresie dojrzewania. Rodzice, rodzeństwo, krewni, nauczyciele - osoby bliskie dziecku, będące dla niego autorytetami często przekazują mu, że nie należy w pełni komunikować swoich emocji. Chłopcy przecież "nie powinni płakać", dziewczynki "nie powinny się wściekać". Początek tego procesu jest świadomy - dzieci muszą nauczyć się opanować strach lub powstrzymać łzy, gdy ktoś je urazi - lecz potem staje się nieświadomy i niemal automatyczny. Ważną rolę pełnią też wydarzenia traumatyczne i stresogenne środowisko rodzinne. Do czynników ryzyka zaliczają się: depresja lub długotrwała choroba fizyczna któregoś z rodziców, wzrastanie w klimacie nadmiernego niepokoju (wojna, rozwód, krańcowe ubóstwo), alkoholizm, skrajna surowość, brak uczucia.

Emocje, które zostały stłumione dążą do ich wyrażenia. Taka jest natura emocji - trzeba je odczuć i przeżyć. Im głębiej je "zakopiemy", tym bardziej wpływać będą na nasze funkcjonowanie, a często także na nasze zdrowie. Na szczęście istnieje szereg możliwości, by pomóc sobie je uświadomić, by móc je przeżyć na nowo. Jedną z takich możliwości jest psychoterapia Gestalt, podczas której w bezpiecznych warunkach można przeżyć i poczuć to, czego nigdy nie dane nam było wyrazić. Gdy tłumiąca emocje osoba nauczy się rozumieć co przeżywa, co czuje w danej chwili, w danej sytuacji, może zacząć to kontrolować, a wtedy zyskuje też kontrolę nie tylko nad swoimi emocjami, ale także sygnałami z ciała i reakcjami. Tak jak kiedyś powiedziała moja znajoma "wszyscy jesteśmy skrzywdzonymi dziećmi, które musiały radzić sobie we własnym małym świecie. Gdy tylko zrozumiemy nasze Wewnętrzne Dziecko zrozumiemy także samych siebie." Takie podejście umożliwia rozwój emocjonalny i lepsze funkcjonowanie w, jakże trudnym czasami, środowisku społecznym.


Strony

Subscribe to Więc jestem RSS

Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.