Od adolescenta do młodego dorosłego - przepoczwarzanie się w ramach relacji rodzinnych

Adolescencja jest notorycznie trudnym tematem, niezależnie od której strony by go nie ugryźć. Najłatwiej byłoby nazwać ją „okresem przechodzenia z dzieciństwa w dorosłość”, ale to wydaje się być rażącym uproszczeniem. Choć podręczniki do biologii podają, że trwa ona mniej więcej od 12 do 18 roku życia, to czynią tak dlatego, by nie komplikować sobie sprawy i skupić się na zachodzącym w tym okresie rozwoju biologicznym, który faktycznie z grubsza kończy się około 18. wiosny.

Bezdyskusyjnie w okresie dorastania pojawiają się też znaczące różnice w zachowaniu i emocjonalności. Są one spowodowane zachwianiem gospodarki hormonalnej - to też jest niepodważalne. Nerwowość, impulsywność, zmniejszenie roli autorytetów, poleganie na grupie rówieśniczej, kwestionowanie przyjmowanych dotychczas norm moralnych - te cechy, z perspektywy biologicznej, są tylko przejściowymi objawami, produktem ubocznym zwiększonego wydzielania hormonów płciowych, rychło kończącą się anomalią. Na to ostatnie psychologowie rozwojowi kręcą jednak nosem. Skoro “buntowniczość” adolescentów jest tak uniwersalna, to może ona sama w sobie ma jakąś rolę?

I owszem ma - osiągnięcie niezależności psychicznej, wyodrębnienie siebie z systemu rodzinnego jako autonomicznej jednostki. Autonomicznej, czyli nie “w pełni niezależnej”. Przecież dla większości ludzi rodzina odgrywa ważną rolę przez całe życie, nie tylko w dzieciństwie. Jednak nie pełnimy w niej stale tej samej roli - zajmujemy inną, partnerską, współodpowiedzialną.

Psychologia, na przekór biologom, stawia hipotezę, że powodowana hormonalną nerwowością próba “wyrwania się” spod wpływu rodziców nie tylko nie jest niepożądanym skutkiem ubocznym osiągania dojrzałości płciowej, ale jest kluczowa dla tego okresu.

Oczywiście - to pełne “oderwanie się”, jakiego pragnie młody adolescent, jest rozumiane przez niego bardzo dziecinnie, niedojrzale. Młodzian chce końca obowiązków i kontroli, ale nie przywilejów, jak wikt, opierunek czy kieszonkowe. Dla niego to kwestie “oczywiste”, jemu / jej się przecież należy! Zakrawający o śmieszność egoizm takiej postawy jest oczywisty dla każdego dorosłego… po części dlatego, że każdy samemu go kiedyś przechodził.

Dopiero po czasie to nagłe, gwałtowne targanie szesnastolatka przeradza się w partnerski szacunek dwudziestolatka. Adolescencki bunt jest konieczny, by dostrzec relacje rodzinne w nowym, pełniejszym świetle i ostatecznie zostać ich podmiotem zamiast przedmiotem. Gdyby nie głupawy egoizm wieku okołogimnazjalnego, skazani bylibyśmy na los 35-letnich, włoskich singli. Miejmy to na uwadze, szydząc w internecie z gimbazy - zawdzięczamy temu okresowi więcej, niż chcielibyśmy przyznać.

Jeśli jesteś uważnym czytelnikiem, to zauważysz, że w zawartym powyżej opisie jest pewna luka. Fizyczny, hormonalny mętlik targa nami gdzieś do 18 roku życia, a przecież napisałem, że adolescencja dokonuje się w okolicach dwudziestki.

Te dwa lata to tak zwany “okres późnej adolescencji”. Można pisać o nim wiele, dyskutować, czy to już dorosłość, czy nie. W kontekście relacji z rodzicami uważam, że jest wystarczający, by zacząć je “remontować”. I nie, nie zakładam tutaj, że są one w zupełnej ruinie (choć jeśli potrzebny jest remont generalny, to też jest to dobry okres na niego). To bardzo ciekawy proces, który w gruncie rzeczy jest szarą strefą dla psychologii. Relacjami między rodzicem a dzieckiem zajmuje się psychologia wychowawcza i pedagogika, relacjami między dorosłymi - psychologia komunikacji. Dziedzina “młodych dorosłych” ląduje więc gdzieś pomiędzy nimi.

Przed młodym człowiekiem stoi wtedy trudne zadanie udowodnienia, że jest gotowy na relację partnerską. Musi pokazać, że może brać odpowiedzialność za swoje życie i sam będzie podejmował teraz ważne decyzje, z których konsekwencjami zmierzy się też samodzielnie… lub poprosi o pomoc i wsparcie, jeśli go przerosną. Chce, by rodzicielska kontrola przestała obejmować jego zachowanie i oczekuje, że nakazy zmienią się w prośby… na które w większości będzie przystawał. Być w relacji równej, a nie skośnej, oznacza, że jest się za nią współodpowiedzialnym. Przymus faktycznie zanika - ale pojawia się chęć. Cóż, przynajmniej powinna się pojawić - inaczej nici z partnerstwa.

Ten okres jest też niezwykle trudny dla rodzica! Czy tego chcemy czy nie - zazwyczaj lata życiowego doświadczenia niosą ze sobą realną mądrość. Do tej pory starszyzna mogła na siłę karmić młodzież owocami tej mądrości. Teraz - musi do nich przekonywać i godzić się z ewentualną odmową, po czym obserwować, jak ich pociechy borykają się z problemami, przed którymi chcieli ich ochronić. Po ich stronie jest zmiana rozkazów w rady, zejście z ambony i zrezygnowanie z kaznodziejskiego, moralizatorskiego tonu. Oni sami tej mądrości nie znaleźli przecież w książkach, tylko w trudach - ciężko więc ich winić, że chcą uchronić swoje pociechy od stereotypowych “błędów młodości”.

Ten proces przechodzenia relacji z rodzicami z dziecięcych w dorosłe jest, jak widzicie, dość trudny i wymaga komunikacji płynącej z obu stron. Nie ma w nim obiektywnego “złotego środka” i nie ma recepty na wypracowanie kompromisu - będzie on inny dla każdego przypadku. Nie jest to jednak jakiś krańcowy, interpersonalny wysiłek, nie chcę byś tak o nim myślał. Choć trudny, to jest to proces naturalny. Trudnych relacji jest w życiu na pęczki, warto sobie je więc przetestować z rodziną. I choć nie każdemu uda się rozbudować swoje relacje z rodzicami, to niezwykle trudno jest ją zupełnie zburzyć. W końcu w rodzinie wybacza się najwięcej.

To, czego potrzeba, to obopólnej chęci do jej budowania. To nie może być heroiczny wysiłek jednej ze stron. Psychologowie rodzinni i systemowi zajmują się w końcu nie tylko parami i rodzinami z dzieckiem - pracują też nad relacjami między dorosłymi. Oznacza to, że powstają w tym procesie patologie, oczywiście! Ale oznacza to też, że można je korygować, wpływać na nie. Zupełnie niedojrzałym jest zakładać, że to po stronie rodzica leży cały ciężar utrzymywania kontaktu i bliskości z dzieckiem - ale równie niedojrzałym byłoby, gdyby nagle w pełni miał wziąć to na siebie młody dorosły.

Pewnie część z was czyta to i zastanawia się, gdzie samemu jest w tym procesie. Czy już ma “sztamę” z rodzicami, czy jeszcze jest wysysającym energię gówniarzem?

To dobrze. To oznacza, że myślisz i zastanawiasz się, na ile jesteś partnerem, czy dajesz z siebie odpowiednio dużo, ale też czy oczekujesz (i przyjmujesz!) w zamian. Każda forma relacji - od koleżeństwa po małżeństwo, wymaga pracy. Jak z ogródkiem - trzeba plewić. To bardzo zdrowe i naturalne, by czasem zastanawiać się nad jakością swojej relacji.

Może też czytać to inna osoba, która nie ma najmniejszego zarzutu względem siebie i której relacje są w najlepszym z możliwych stanów. Cóż, oznacza to, że masz przed sobą jeszcze sporo dorastania.

 Bibliografia:

  1. William W. Wilmot, Joyce L. Hocker, “Konflikty między ludźmi”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011
  2. Anna I. Brzezińska, “Psychologiczne portrety człowieka”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2013
  3. Kazimierz Obuchowski, “Galaktyka Potrzeb”, Zysk i s-ka 2000Artykuł powstał  w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego"

(IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach.

Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.

REDAKTOR DZIAŁU 'STUDIUJĘ' Kontakt: studiuje.wiecjestem@us.edu. (...)


Rozleniwiona depresja - zaburzenia dystymiczne

W psychiatrii mówi się o tym, że żyjemy w epoce depresji. Nie bezpodstawnie - według polskich badaczy na zaburzenia tego gatunku cierpi między 13 a 31% społeczeństwa. Wiadomo, że na skrajne wartości zawsze należy patrzeć z przymrużeniem oka, ale nawet jeśli przyjęlibyśmy najniższy z estymatów, to i tak oznacza to, że statystycznie 1 na 10 Polaków skrycie cierpi na przewlekły smutek.

O objawach depresji na pewno już słyszałeś. Oprócz wspomnianego przed chwilą obniżonego nastroju, tradycyjnie mówimy też o zaniżonej samoocenie, obniżonej sprawności psychicznej i fizycznej, utracie odczuwania przyjemności (tak zwana “anhedonia”), bezpodstawnym poczuciu winy oraz myślach i tendencjach samobójczych. Powyższe objawy są znane nie tylko z podręczników psychologicznych i portali tematycznych, ale też z przekazów kulturowych. Książkowe i filmowe przykłady depresji dużo bardziej zbliżyły się do jej klinicznego obrazu niż ma to miejsce z psychozami czy zaburzeniami osobowości. Dużo celebrytów i osób z pierwszych stron gazet dokonało publicznych “comming-outów” ze swoimi zaburzeniami afektywnymi, pomagając tym samym zwalczyć stereotyp o ich “nienormalności” i zachęcając, skrycie cierpiące osoby, do zasięgnięcia profesjonalnej pomocy. Dla kontrastu - schizofrenia czy autyzm wciąż czekają na przełamanie swoich tabu.

Jednym z podstawowych stereotypów, z jakimi musi zmierzyć się każdy, u kogo pojawiają się rzeczone problemy, jest zarzut, że “to po prostu smutek”. Choć tekst “weź się w garść” został już dość skutecznie zdyskredytowany kampaniami społecznymi i edukacją psychologiczną (która, choć wciąż daleka jest od ideału, zrobiła w Polsce duży krok do przodu), to jednym z najczęstszych pytań stawianych przez samych zainteresowanych lub ich rodziny jest: w którym miejscu kończy się “dół”, a zaczyna depresja? Jeszcze parę lat temu takie pytanie padało z ust nadętego cwaniaka powątpiewającego w zasadność istnienia pomocy psychologicznej w ogóle - dziś to najczęściej szczere zapytanie o to, jak najlepiej pomóc sobie lub bliskiej osobie. Brawo my.

By nie bawić się w “kopiuj-wklej” kategorii diagnostycznych z podręcznika do IDC-10, oraz nie dawać niepotrzebnej pożywki domorosłym diagnostom, napiszę tylko, że główna różnica tkwi w długości i intensywności objawu. Smutny, poniedziałkowy poranek, czy dwa tygodnie bez szczerego uśmiechu? Złość na siebie za zgubienie kluczy, czy nienawiść i przekonanie o zasługiwaniu na śmierć za bycie ohydną osobą? Opuszczone ramiona i smutek w oczach po śmierci ulubionego bohatera serialu, czy spowolniony, ociężały chód, któremu towarzyszy twarz opadnięta jak wosk spływający po świecy?

Nie chcę, byś w swoim myśleniu “przegiął” w drugą stroną: to nie tak, że tylko kiedy człowiek zmieni się z dnia na dzień w pozbawione ekspresji zombie możemy mówić o depresji. Próbuję pokazać, że właściwie wszystkie zachowania, które wchodzą w obraz zaburzeń afektywnych, w pewnym stopniu i w adekwatnych sytuacjach występują również u zdrowych ludzi. To natężenie odróżnia radość od manii i smutek od depresji. Dlatego tak ciężkim diagnostycznym orzechem do zgryzienia jest dystymia.

Dystymia, czyli z greki “zły stan umysłu”, to taka… podstępna, rozleniwiona depresja. Podobnie jak napisałem powyżej - właściwie nie ma żadnego objawu, który by ją jakoś jednoznacznie odróżniał. Człowiek na nią cierpiący jest smutny i myśli o sobie źle, a przyszłość maluje w czarnych barwach - czyli tak, jak czasem robi to zdrowa osoba i jak często robi to pacjent z depresją.

Różnica, i to znacząca, jest jednak w czasie. O depresji mówimy wtedy, gdy objawy utrzymują się przez dwa tygodnie. O dystymii - kiedy są obecne przez dwa lata. Nie, to nie jest błąd. By postawić diagnozę dystymii, czyli długotrwałego obniżenia nastroju, trzeba stwierdzić jego nienaturalnie niski poziom w co najmniej tak długim okresie. Jak zdążyłeś się domyślić - nie jest to możliwe, by ktoś aż tak długo miał depresję i nikt tego nie zauważył. Słuszna uwaga. Dystymia to jakby “depresja rozciągnięta w czasie”. Trwająca wyjątkowo długo, bez znaczących okresów poprawy, ale o niższej intensywności objawów. Faktycznie ich natężenie nie różni się zbytnio od zwykłego, “zdrowego” smutku. W dystymii nie ma absolutnego paraliżu lękiem i beznadzieję, jaki występuje w epizodach średniej i ciężkiej depresji - jest za to stały, utrzymujący się jak mgła smutek. Choć anhedonia, czyli wspomniany brak odczuwania przyjemności, nie jest absolutny, to jest wystarczający, by każdą radość zmienić w co najwyżej “meh”. Poczucie sensu i napęd psychomotoryczny ledwo zipie, ale zipie - nie ma więc rażących spadków w efektywności czy aktywności, które ułatwiłyby wskazanie problemu. Osoba w dystymii po prostu trwa. Jakość jej życia nie jest aż tak podła, by zmusić ją do zmiany, ale radość jest odczuwana zbyt sporadycznie, by stać się realnym motywatorem do wyrwania się z cienia. Natężenie objawów wystarcza, by znajomi i rodzina delikwenta zauważyli, że “znów jest smutny”, ale nie niepokoili się bardziej. Długi czas trwania, niejednokrotnie liczony w dziesięcioleciach, zaciera moment przejścia “normalności” w “chorobę”, a stałość i niezmienność jej przebiegu ostatecznie przekonuje samego pacjenta, że “tak już jest”.

Tutaj tkwi sęk problemów diagnostyczych, jakie przysparza nam F34.1. Zdecydowana większość cierpiących na tę przypadłość po prostu przestała traktować ją jak chorobę - zaakceptowała ją jako integralną część siebie. Nawet jeśli, szukając pomocy, osoba trafi do gabinetu lekarskiego, to zapracowany lekarz rodzinny może zupełnie inaczej potraktować kogoś, kto powie “panie doktorze, wydaje mi się, że mam depresję” od “proszę pana, jestem smutny” - nie wspominając o tym, że opis objawów dystymicznych bez kontekstu czasowego faktycznie przypomina bardziej zwykły smutek, niż zaburzenie afektywne.

Nie bez kozery dystymia przed długi czas nazywana była “osobowością depresyjną”, sugerując tym samym, że jej natura rzeczywiście tkwi w głębokich strukturach psychicznych. W aktualnej klasyfikacji chorób trafiła ostatecznie do kategorii “Trwałych zaburzeń afektywnych”, ku radości psychiatrów i terapeutów, którzy zajmują się jej leczeniem. Wyobraź sobie rozmowę, w której pacjent zwierza się, że ma poczucie, jakby ten stały smutek był jego integralną częścią… co lekarz z przekąsem potwierdza. Taki początek relacji terapeutycznej nie napawa mobilizującym optymizmem - którego, notabene, potrzeba szczególnie dużo przy leczeniu długo utrzymujących się zaburzeń. Jak takie leczenie wygląda?

Ponownie - niewiele różni się od podejścia względem depresji. Przede wszystkim stosuje się farmakoterapię. Oprócz jej bezpośredniego działania, jakim jest podniesienie i utrzymanie optymalnego poziomu neuroprzekaźników, ma ona też dodatkową rolę - przełamanie zastanego, krzepnącego wiele lat przekonania, że jedynym życiem, jakie czeka pacjenta, to życie w smutku. Psychiatrzy mają całą gamę różnych leków do wyboru, a ze względu na niskie nasilenie objawów nie muszą od razu sięgać po wysoki kaliber obciążony wieloma skutkami ubocznymi. Dodatkowo, kiedy leki zaczną już działać (co w przypadku zaburzeń afektywnych może potrwać nawet miesiąc!), a pacjent przyzwyczai się do zmian jakie w nim zachodzą, zaleca się uczestnictwo w psychoterapii, by dodatkowo wprowadzić zachowania i schematy myślenia gwarantujące brak remisji w przyszłości.

Przy okazji - kolejność “najpierw farmakologia, potem terapia” ma swoje naukowe uzasadnienie: dodatkowe zasoby psychiczne, jakie pojawiają się po zastosowaniu leków przeciwdepresyjnych, niejednokrotnie są konieczne, by wprowadzić zmianę. “Psychologowie” i “terapeuci”, którzy na starcie odrzucają stosowanie jakiejkolwiek “chemii”, powinni od razu zapalać ostrzegawczą lampkę z napisem “niekompetencja” i lub “szarlataneria”.

Szacuje się, że na dystymię cierpi między 3 a 6% społeczeństwa, ale ze względu na skryty charakter tego zaburzenia - te estymaty mogą być dalekie od prawdy. Pewnym jest jednak to: dystymia jest realnym, uciążliwym problemem, o którym publicznie mówi się niewiele lub wcale. O ile zatopiona w auto-nienawiści, twierdząca że “inni mają gorzej” ofiara depresji prędzej czy później przykuje uwagę swojego otoczenia, o tyle dystymik może liczyć wyłącznie na swój rozsądek - który, jak przy większości chorób i zaburzeń psychicznych, ciężko nazwać “zdrowym”. Pojawia się więc sakramentalne pytanie - gdzie i jak szukać pomocy?

Odpowiedź jest w gruncie rzeczy dość prosta. Jeśli, czytając ten artykuł, uważasz, że dotyczy on w dużym stopniu Ciebie i jeśli słowa “wiecznie smutny, ale nigdy nie zmiażdżony” dobrze Cię opisują - wiedz, że można to zmienić i że zasługujesz na tę zmianę. Nie daj się wkręcić w szprychy poradników samopomocy, pisanych przez ludzi bez wykształcenia albo własnych doświadczeń - wyciągniesz z nich tylko przeświadczenie, że smutek jest Twoim naturalnym stanem. A nie jest. Zamiast tego - przejdź się do najbliższej poradni zdrowia psychicznego. To zawsze najlepszy pierwszy krok. Do PZP nie trzeba skierowania, nie musisz więc tyrać do swojego lekarza rodzinnego, który może nie mieć dla Ciebie wystarczająco dużo czasu, tonąc w morzu katarów. Pamiętaj, żeby powiedzieć o tym jak długo się tak czujesz. Jeśli od zawsze - to powiedz “od zawsze”. Pierwsze kroki w leczeniu dystymii są takie same jak w przypadku depresji - nawet niskich lotów psychiatra przepisze Ci odpowiednie leki, bo to nie jest jakaś szczególna filozofia.

W znalezieniu najbliższej poradni pomoże ci wujek Google, a jeśli mieszkasz na Śląsku, możesz też skorzystać z naszej bazy instytucji pomocowych: http://wiecjestem.us.edu.pl/instytucje. Co prawda to w większości ośrodki interwencji kryzysowej, ale jeśli akurat adres Ci pasuje, to można zacząć też od nich.

Pamiętaj - życie jest jedno. Nie ważne ile lat żyłeś na pół gwizdka - pora wziąć głęboki oddech i dać na całego!

Artykuł powstał  w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego"
(IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach.

Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.

REDAKTOR DZIAŁU 'STUDIUJĘ' Kontakt: studiuje.wiecjestem@us.edu. (...)


Najważniejsza bezczynność, czyli jak bezsenność spędza nam sen z powiek

Sen to chyba najciekawsze z nudnych zjawisk w przyrodzie. Jasne, można wyszukać jeszcze mniej absorbujące oblicza natury, ale czy będą one równie pasjonujące?

Sen intryguje przecież pod wieloma względami. Występuje u wszystkich stworzeń posiadających ośrodkowy układ nerwowy, niezależnie od środowiska jakie zamieszkują.

Choć śpiący osobnik jest niezwykle narażony na niebezpieczeństwo płynąc z otoczenia, ewolucja nie wypracowała alternatywnego rozwiązania. Znamy szereg procesów jakie zachodzą w trakcie snu, a nawet kilka istniejących wyłącznie dlatego, by do niego doprowadzić, ale wciąż nie wiemy, po co właściwie jest on nam potrzebny, skoro nie istnieją fizjologiczne przeszkody, by te procesy działy się na jawie. Mimo, że rekord niespania to 968 godzin (tak, 40 dni!), to już po 24 godzinach czuwania można dostrzec niepokojące objawy przemęczenia, a po 72 delikwent zaczyna mamrotać do siebie i zachowywać się jak pijany.

Nie tylko całkowity brak snu może być szkodliwy - jego długotrwały niedosyt również. Racja, optymalny poziom 8 godzin snu na dobę wydaje się bardzo trudny do osiągnięcia, ale coraz więcej ludzi nie przesypia nawet 6-ciogodzinnego minimum! Oczywiście, nie dajmy się zwariować - pojedyncza, utopiona w morzu kawy, nieprzespana noc jeszcze nikogo nie zabiła, ale jeśli standardem stają się dla Ciebie 20-godzinne maratony czuwania, to polecam zainteresować się higieną odpoczynku. Deprywacja snu to nie tylko piach pod powiekami i wór kartofli przywieszony do policzków - to również zaburzenia metabolizmu, obniżony poziom hormonów, wydłużony czas reakcji, upośledzenie procesów pamięci czy problemy z erekcją.

Sen jest potrzebny. Jest też niezwykle przyjemny. „Uff, jak to dobrze, skończyłem już spać, mogę wreszcie wyrwać się spod tej ciepłej pierzyny i rozpocząć ten mroźny, grudniowy poranek!” - powiedziało zero osób kiedykolwiek. Nasze ciało domaga się regenerującego stanu nieświadomości i choć nie zawsze mądrym jest mu go od razu umożliwić, jak na przykład za kółkiem na autostradzie czy podczas ustnego egzaminu z psychometrii, to na pewno zawsze niemądrym jest go zupełnie ignorować.

Sen jest więc czynnością, która obiektywnie podnosi jakość naszego funkcjonowania, a subiektywnie jest niezwykle przyjemna - nie powinien więc sprawiać nikomu żadnych problemów. A jednak - wystarczy rzut oka na Międzynarodową Klasyfikację Chorób ICD-10, by znaleźć aż 16 kategorii dedykowanych zaburzeniom snu - nie licząc pewnie dziesiątek, w których są one objawem towarzyszącym, a nie osiowym!

Część z nich to zaburzenia o podłożu organicznym, jak wynikające z uszkodzeń układu nerwowego zaburzenia rytmu okołodobowego, bezdechy senne czy narkolepsje. Inne wynikają z zaburzeń psychicznych, wysokiego poziomu stresu lub pracy zmianowej.

Wszystkie jednak mają cechę wspólną - są uciążliwe i skutecznie obniżają jakość życia.

O ile jednak na padaczkowe lub nerwobólowe podłoża problemów ze snem niewiele można poradzić domowymi sposobami, o tyle na złą higienę snu już owszem.

Spośród wszystkich zaburzeń snu bezsenność stanowi aż 90%. Szerokie ramy definicyjne zaburzenia oraz jego współwystępowanie w przypadku innych jednostek chorobowych utrudnia co prawda jasne określenie epidemiologii, przez co waha się ona w literaturze od 4,4% do 50,5% populacji, ale sam fakt pojawiania się tak wysokiej liczby wskazuje na skalę zjawiska. Badacze argumentują, że te najwyższe szacunki pochodzą z badań samoopisowych, a nie z diagnozy klinicznej - która to z kolei stale utrzymuje deklarowaną ilość klinicznych bezsenników na poziomie między 4,4 a 6%.

Prowadzi to do słodko-kwaśnych wniosków. Kwaśnych, bo najwyraźniej przeszło 40% populacji uskarża się na problemy ze snem; słodkich, bo skoro zawodowi diagności się z nimi nie zgadzają, to musi oznaczać, że część z nich po prostu “kiepsko sypia” - i nie mam tutaj na myśli tylko jakości snu, ale też podejścia do jego higieny i efektywności.

Wydaje się więc, że jesteśmy pokoleniem somato-fuszery.

Musimy sobie to jednak wybaczyć - nasi odziani w przepaski biodrowe i uzbrojeni w dzidy praprzodkowie mieli ważniejsze rzeczy do wyewoluowania niż tolerancja na niesprzyjające snu środowiska. Ba, nawet nasi dziadkowie nie żyli w otoczeniu tylu źródeł światła, dźwięku i, generalnie rzecz ujmując, „dystraktorów”! Nic więc dziwnego, że nasze układy nerwowe nie miały czasu się odpowiednio przygotować, skoro jeszcze dwa pokolenia temu dzień wyznaczał kogut i księżyc, a nie tarcza zegara. Na wykształcenie przeciwstawnych kciuków mieliśmy setki tysięcy lat!

Skoro jednak przyszło nam żyć w tak przestymulowanym świecie, a na znaczącą zmianę genomu nie ma co liczyć w nadchodzących kilku tysiącleciach, pozostaje wziąć sprawy w swoje ręce.

Na szczęście, recepta na lepszy sen zadziała na zdecydowaną większość tych, którym jego brak doskwiera!

Recepta jaką jest: zdrowy rozsądek.

Nie dajcie się nabrać na reklamy leków nasennych ani nie popadajcie w lamenty nad swoim podłym, niewyspanym losem. Łatwo jest wkręcić się w szprychy błędnego koła paniki i Xanaxu - tym łatwiej, że “działy zdrowia” portali internetowych lubią nas straszyć chałupniczymi diagnozami, a producenci leków zarabiać na sprzedaży prostych, krótkowzrocznych rozwiązań.

Może więc zanim poprosisz lekarza, by przepisał Ci coś na potworną przypadłość insomniczą, spróbuj najpierw wprowadzić kilka zmian do swojej wieczornej rutyny…

1. Kofeina

Zawsze wydawało mi się oczywistym, że jeśli ktoś ma problemy ze snem, to powinien unikać stymulantów wszelkiej maści, szczególnie w godzinach wieczornych. Potem przestałem, kiedy mój znajomy uskarżający się na trudności z zasypianiem, powiedział mi, gdy zacząłem dopytywać, że wypija espresso do kolacji, “na wytrawienie”. Jego zaskoczenie na moje oburzenie - ubrane w słowa “no przecież to tylko mała kawa” - wywołało u mnie tę nienaturalnie długą przerwę przed kolejną wypowiedzią, w której to człowiek zastanawia się, czy większą wagę dla niego ma utrzymanie znajomości, czy satysfakcja z jadowicie sarkastycznej odpowiedzi.

Jeśli jeszcze się zastanawiasz, Czytelniku, to odpowiem wprost: nie, nie możesz pić kawy przed snem, jeśli liczysz na wartościowy odpoczynek.

Nie tylko kawy z resztą - chodzi przecież o kofeinę, zatem unikaj też: napojów energetycznych (duh…), wszelkiego rodzaju coli oraz, albo przede wszystkim, herbaty! Aż 40% światowego spożycia kofeiny pochodzi właśnie z naszego ulubionego, wieczornego napoju - po prostu nauczyliśmy się, że kawa pobudza, a herbata nie.

Ważne też, by zdawać sobie sprawę z tego, że choć efekt kofeinowego “kopa” utrzymuje się ok. przez dwie godziny, to faktyczne działanie tego środka psychoaktywnego trwa nawet do 6 godzin! Jeśli więc czytacie, że “wieczorem należy unikać kawy i mocnej herbaty”, to nie chodzi tutaj o godzinę 21, ale o 18! Warto o tym pamiętać, bo kofeinowe sny, choć mogą być ciekawe, są zazwyczaj płytkie, nerwowe i mało wartościowe dla odpoczynku - a przecież to właśnie o odpoczynek najbardziej chodzi.

2. Alkohol, leki nasenne i inne używki

Skoro już rzucamy truizmami w stylu “nie pij kawy, bo nie zaśniesz”, to pokuszę się o parę słów na temat alkoholu i innych środków - nie tylko “wyskokowych”.

Stara zasada, o której na pewno słyszałeś, to że “jedno piwo usypia”. Dużo ludzi bierze to sobie do serca. Część nawet za bardzo. Faktycznie, niewielkie dawki alkoholu działają relaksująco i usypiająco. Podobnie jak leki nasenne. Zachęcam jednak, by unikać takiego “samoleczenia” i postawić na dobrą higienę snu, a jeśli to nie pomoże - na lekarza specjalistę. Dlaczego?

Jednym z mechanizmów wzmacniających bezsenność jest strach przed nią. To dość zrozumiałe - jeśli ktoś ma problemy ze snem, to boi się, że znów one wystąpią, co uruchamia reakcję stresową organizmu wraz z całym jej asortymentem, czyli między innymi: pobudzeniem.

Jeśli więc okaże się, że “wieczorne piwko” albo przepisana przez znajomego lekarza rodzinnego “hydroksyzynka” pomoże w zaśnięciu, to jest duża szansa, że stanie się to nie tylko ze względu na bezpośrednie działanie alkoholu czy środka nasennego, ale też przez spokój, jaki niesie ze sobą świadomość, że “coś zażyłem/zażyłam”. Może się więc okazać, że zagonisz się w kozi róg i “pomaga mi zasnąć” zmieni się w “muszę ją mieć, by zasnąć”. Uzależnienie jest zawsze niebezpieczne - szczególnie, że leki nasenne to nic innego jak leki na uspokojenie, które tradycyjnie już zaliczamy do bardzo mocno uzależniających fizycznie.

O uzależniających właściwościach alkoholu chyba nie muszę przypominać, prawda?

Przy okazji warto wspomnieć o reszcie rzeczy, które umieszczasz w swoim ciele. Chyba nie zaskoczę Cię mówiąc, że narkotyki mocno utrudniają zasypianie? I nie mówię tutaj o bezpośrednich skutkach zażycia - mówię o deficytach zapasów neuroprzekaźników, które mogą utrzymywać się nawet do tygodnia po “pudrowanej” imprezie. Tematem tego artykułu nie są bezpośrednio używki, nie zamierzam też stereotypowo straszyć Cię gwarantem śmierci z przedawkowania, ale chyba dobrze żebyś wiedział, że po alkoholu czeka cię ból głowy i kac następnego dnia, a po narkotykach organizm odzyskuje równowagę jeszcze dużo dłużej.

3. Światło

Jak już pisałem powyżej - epidemia bezsenności wydaje się być bardzo ściśle związana z ilością światła jakie nas codziennie otacza. Tak, światła. Tylko, albo aż tyle. Widzisz, na utrzymanie rytmu okołodobowego w kluczowym stopniu wpływa produkowany w szyszynce hormon jakim jest “melatonina”. To jej zadaniem jest spowalnianie metabolizmu, hamowanie wydzielania innych hormonów i powodowanie uczucia senności. Melatonina, jak zapewne wiesz, wydziela się, gdy jest ciemno. Co prawda nie chodzi tutaj o egipskie, całkowite ciemności, jakie można znaleźć w komorach deprywacji sensorycznej, ale stopniowo zanikające światło wpływa na jej wydzielanie, tym samym skłaniając zmęczone oczy do ustąpienia powiekom.  Chyba zauważasz już problem, prawda? Ewolucyjne podłoża tego mechanizmu są dość, nomen omen, jasne. Kiedy zbliża się wieczór, dzień zaczyna szarzeć, nieogolony homo-sapiens zaczyna czuć się zmęczony i zwraca swoje kroki z powrotem do rodzinnej jaskini, gdzie ma większą szansę na uniknięcie rozszarpania przez nocnych łowców wszelakiej maści. Kładzie się spać, a z pierwszymi promieniami słońca budzi się, by ze zdwojoną energią wrócić do swych codziennych obowiązków, oddalających widmo śmierci głodowej. Zwróć uwagę, że nasz homo-sapiens nie siada do kolacji przed telewizorem, nie myje zębów przed rozświetlonym lustrem, ani nie odpisuje na maile, leżąc w łóżku.

Oczywiście nierealnym jest zupełnie unikać sztucznego oświetlenia w dzisiejszych czasach, ale można je skutecznie ograniczać. Spróbuj nie korzystać z komputera na godzinę przed snem. Nie zasypiaj przed telewizorem, nie odpalaj ostrego światła wieczorem. Tablet i telefon, które same w sobie nie świecą może przerażająco jasno, ale za to z definicji prosto w oczy, zamień na książkę - podreperujesz tym samym statystyki polskiego czytelnictwa i zyskasz niezastąpiony w towarzystwie straszak na bufonów, jakim jest pytanie “A co ostatnio czytałeś?”

Jeśli nie masz wystarczająco silnej woli, albo możliwości, by wieczorami przejść w tryb off-line, możesz spróbować rozwiązania połowicznego. Naukowcy dowiedli, że największy wpływ na nasz hormon snu ma światło niebieskie - istnieją więc aplikacje, które… usuwają niebieski kolor ze spektrum, jakim bombarduje Cię Twój wyświetlacz. Oczywiście, to tylko teoria i nie ma mocnych dowodów na to, że takie rozwiązanie działa na dłuższą metę, ale piszę o tym, bo może ktoś z was będzie chciał taki wynalazek przetestować?

4. Łóżko

Ta zasada jest często ciężka do wprowadzenia w życie, szczególnie jeśli jesteś studentem i wynajmujesz pokój lub mieszkasz w akademiku. Chodzi o to, by łóżko służyło do spania i tylko do spania!... (oraz, ewentualnie, innych łóżkowych aktywności dedukowanych temu miejscu). Zasada jest dość prosta - jeśli przyzwyczaisz swój organizm do pracy/zabawy w danym otoczeniu, to będzie on kojarzył tę przestrzeń z aktywnością, a nie odpoczynkiem, a więc ciężej będzie Ci przekonać się, że pora spać. Zdaję sobie z tego sprawę, że szczególnie młodym ludziom nie jest łatwo wydzielić oddzielny kąt, a co dopiero całe pomieszczenie na sypialnię, ale jest kilka rzeczy, które możesz zrobić… Przede wszystkim: ścielić łóżko! Powiedzenie “jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” ma w sobie dużo więcej, niż myślisz. Jeśli przez większość dnia przebywasz w pomieszczeniu, w którym śpisz, a Twoje łóżko jest jednocześnie Twoją kanapą i jadalnią, to możesz przynajmniej postarać się to “zakamuflować” przed samym sobą. Nie siedź cały dzień w poduchach - schowaj je, naciągnij narzutę, zakup kilka obśmiewanych poduszek dekoracyjnych. Spróbuj przystroić łóżko tak, by była znacząca różnica między “trybem-dzień” a “trybem-spanie”. Zobaczysz, to daje duże efekty już po paru dniach!

Nie wspominając o względach estetycznych. Jesteś dorosły/a, na litość boską. Ściel łóżko.

5. Sport i zdrowe jedzenie

Ostatni z punktów, który chcę poruszyć, dotyczy nie tylko snu. Być może przewróciłeś teraz oczyma, bo ruch i dieta jest podawana właściwie w każdym artykule dotyczącym zdrowia, ale taka jest prawda - ludzki organizm lepiej działa, jeśli zażywa sportu i nie jest karmiony śmieciami. Również w łóżku.

Jeśli masz wieczorami za dużo energii i nie wiesz jak ją spożytkować - idź pobiegać! Porób przysiady! Przespaceruj się godzinkę! Przejdź swój budynek z dołu do góry i z powrotem! Poruszaj się, by się zmęczyć - lepiej się wtedy śpi! A jak już się zmęczysz, to nie wrzucaj w siebie za dużo jedzenia! Szczególnie unikaj cukrów, napojów słodzonych, pączków i tak dalej - nie dość, że cukry proste pobudzają jak kofeina, co utrudnia zasypianie, to jeszcze wprawiają organizm w “huśtawkę glukozową”, czyli wahania poziomu glukozy we krwi, które z kolei mogą Cię wybudzić w środku nocy potwornym głodem.

Podsumowując:

Raz jeszcze powtórzę: kluczem do zdrowego snu jest zdrowy rozsądek. Jeśli brakuje Ci energii - postaraj uregulować sobie sen, kładź się o ustalonej godzinie, nie wlewaj w siebie za dużo kawy i postaraj się zrelaksować na wieczór. Jeśli to nie pomoże - nie załamuj się. Co prawda ten tekst stara się pokazać, że jest sporo rzeczy, które można zrobić na własną rękę, ale jeśli Tobie to nie pomoże, to nie wstydź się zwrócić się do specjalisty. Chroniczne zmęczenie to nie lada problem - a dzisiejsza medycyna całkiem nieźle sobie z nim radzi. Zrób sobie jednak przysługę i nie sęp recept od lekarza rodzinnego - przejdź się do poradni zdrowia psychicznego lub umów się na spotkanie z psychiatrą; możliwe że na Twoje kłopoty wystarczy krótkie przeszkolenie z autohipnozy lub trening relaksacyjny.

Dobranoc!

Bibliografia:

  1. “Epidemiology of insomnia”, Anna Wojtas, Sławomir Ciszewski, w “Psychiatria, tom 8, nr 3”, 2011, Via Medica ISSN 1732–9841
  2. “Rozpowszechnienie subiektywnej bezsenności w populacji polskiej”, Zbigniew Nowick,Karol Grabowski, Wiesław J. Cubała, w “Psychiatr. Pol.” 2016; 50(1): 165–173, ISSN 2391-5854
  3. http://www.icd10.pl/

Artykuł powstał  w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego"
(IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach.

Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.

 

REDAKTOR DZIAŁU 'STUDIUJĘ' Kontakt: studiuje.wiecjestem@us.edu. (...)


  • Opublikowane 28 Październik, 2016

Pomoc psychiatryczna - wywiad z lekarzem psychiatrą

Na pytania:

  • W jaki sposób można korzystać z pomocy psychiatrycznej? Czy konieczne jest skierowanie od lekarza rodzinnego?
  • W jakich miejscach (na terenie Katowic) można  szukać bezpłatnej pomocy? Jak długo oczekuje się na wizyty?
  • Czy można podjęć leczenie zaburzeń psychicznych, będąc osobą uzależnioną? Gdzie szukać pomocy w przypadku uzależnienia?
  • Na jakich zasadach można korzystać z pomocy psychiatrycznej i psychologicznej na NFZ? Czy istnieje jakiś limit ilości sesji terapeutycznych?
  • Czy chcąc pójść do psychologa w przychodni zdrowia, trzeba mieć skierowanie?
  • W jakich sytuacjach młodzi ludzie powinni zdecydować się na konsultację z lekarzem psychiatrą?
  • Jakie są warunki korzystania z pomocy psychiatrycznej w  Biurze Wsparcia Studentów?

odpowiada lekarz psychiatra Monika Lebda-Wyborna, specjalista współpracujący z Centrum Obsługi Studentów Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Film powstał  w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego" (IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach. 

Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.


Nie depresja, nie schizofrenia, ale...

Jeśli trafiłeś na ten artykuł, to znaczy, że tematyka zdrowia psychicznego nie jest Ci obca… a nawet jeśli by była, to pewnie wiesz, co to depresja, domyślasz się czym jest mania i masz mgliste pojęcie o tak zwanych „schizofreniach” (choć może dopiero teraz dowiadujesz się, że pisze się to przez “n” a nie “m”).

Psychozy, choć zazwyczaj niezbyt wiernie oddane, wielokrotnie stawały się przedmiotem literatury czy filmu – „Piękny umysł”, „Wyspa tajemnic” czy „Pi” (swoją drogą: najczyściej oddający obraz kliniczny schizofrenii film jaki znam!) to tylko przykłady, które cisną mi się na usta; jestem pewien, że po chwili zastanowienia podałbyś ich dużo więcej. Mam też nadzieję, że potrafisz oddzielić wizję zaintrygowanych scenarzystów od potwornej natury choroby, z jaką muszą mierzyć się cierpiący na nią ludzie. Łatwo jest pokazać krótki, kilkutygodniowy epizod wypełniony halucynacjami i intrygami - dużo trudniej przedstawić łamiący duszę lęk, jaki im towarzyszy, poczucie zatracenia siebie, nieświadomość granicy między fikcją a rzeczywistością, galopadę słów uniemożliwiającą złożenie składnego zdania we własnej głowie, kwestionowanie swoich własnych uczuć i myśli, i to wszystko latami, dzień w dzień. Lubimy myśleć, że nasz umysł to nasza twierdza, że nawet w pełni sparaliżowani bylibyśmy sobą. Przerażenie faktem, że wcale tak nie musi być, to jeden z powodów, dla których tak chętnie sięgamy po thrillery psychologiczne.

Z kolei depresja, czy też inne zaburzenia jej pokrewne, na tyle często pojawia się w mediach, internecie czy, ze względu na epidemiologię, naszym otoczeniu, że wręcz nie sposób o niej nie usłyszeć i nie mieć jakiejś własnej wizji tej choroby. Nawet jeśli lekko lekceważąco myślisz o niej jako o „nienaturalnie dużym smutku”, to mylisz tylko trochę. Choć termin „depresja” jest w ostatnich czasach odrobinę nadużywany, i nawet kilkudniowy smutek albo wahania nastroju spowodowane zmianą pogody chętnie wrzucamy do tego worka, to zdajemy sobie sprawę z powagi problemu. Najczarniejsze estymaty mówią aż o 30% prawdopodobieństwie na przejście epizodu depresyjnego w swoim życiu - bardzo duża jest więc szansa na to, że znasz kogoś w swoim otoczeniu, kto się z nimi boryka lub borykał. Choć na polu „wychodzenia z szafy” z zaburzeniami psychicznymi jest jeszcze sporo do zrobienia, to ciężar taboo depresji bardzo zelżał. Coraz więcej ludzi ma odwagę się przyznać do swoich problemów i opowiedzieć o swoich doświadczeniach, tym samym pokazując ogrom cierpienia, z jakim musieli się mierzyć. Stały, bezpodstawny smutek ogniskuje się w losowych rzeczach - co prawie zawsze prowadzi do zmiażdżenia własnej samooceny, wręcz nienawiści względem siebie. Brak odczuwania przyjemności potęguje beznadzieję, bo nic nie jest w stanie skutecznie odciągnąć myśli od mroku. Lękliwość i stałe zmęczenie prowadzą do realnego obniżenia skuteczności fizycznej i psychicznej - co z kolei potwierdza przekonanie o swojej niskiej wartości. Depresja to nie tylko smutek, ale też potęgujący go system sprzężeń zwrotnych.

Jednak ten tekst nie dotyczy ani depresji ani schizofrenii. Jeśli chcesz o nich poczytać - znajdziesz w internecie mnóstwo rzetelnych materiałów, na przykład na naszej stronie.

Chciałem Ci tylko przypomnieć, że zarówno depresja, jak i schizofrenia, to poważne choroby same w sobie. Nie potrzebują dodatkowych czynników pogarszających sprawę, radzą sobie doskonale w pojedynkę.

Niemniej jednak istnieje jednostka chorobowa, która perfidnie łączy ich „dobrodziejstwa”. Mam na myśli zaburzenie schizoafektywne.

Co kryje się pod tą filmową nazwą? Choć Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób umieściła je między różnymi rodzajami zaburzeń psychotycznych, to jej kliniczny obraz bardziej przypomina zaburzenie afektywne niż czystą schizofrenię. Objawy wytwórcze, jak omamy i urojenia, są wtórne do wyjątkowo silnych objawów osiowych depresji lub, w przypadku zaburzenia schizoafektywnego dwubiegunowego, manii. Innymi słowy - nie dość, że pacjent wpada w szpony skrajnie nasilonych objawów zaburzeń nastroju, które same w sobie wymagałyby natychmiastowej hospitalizacji, to jeszcze zaczyna słyszeć głosy i dostrzegać intrygi utwierdzające go w zaburzonej wizji rzeczywistości.

Upraszczając: zaburzenie schizoafektywne to depresja i schizofrenia w jednym.

Ze względu na przeplatanie się objawów jednego i drugiego, ta jednostka chorobowa budzi pewne kontrowersje. Część diagnostów uważa, że zaburzenia schizoafektywne to po prostu schizofrenia - w końcu zaburzenia nastroju obecne są u przeszło 80% pacjentów z tą diagnozą, a urojenia nihilistyczne lub winy przeplatają się z wielkościowymi nawet u Napoleonów i Jezusów. Inni psychiatrzy utrzymują, że epizody ciężkiej depresji lub manii same w sobie powodują na tyle silne zaburzenia myślenia, że bez problemu można uznać je za zespoły urojeniowe - choć w gruncie rzeczy nimi nie są.

Ostatecznie jednak przekonywujące wyniki badań, w połączeniu ze skutecznością opartego o nie leczenia, ugruntowały pozycję zaburzeń schizoafektywnych w klasyfikacjach zaburzeń. Zarówno europejski ICD-10 jak i amerykański DSM-IV zgadzają się, że to, co odróżnia je od zwykłych epizodów depresyjnych to obecność objawów wytwórczych. Jeśli jednak te ostatnie dotyczą czegoś innego niż nastroju pacjenta, lub są niezgodne z jego nastrojem (na przykład urojenia wielkościowe przy skrajnych objawach depresji) - diagnozujemy epizod psychotyczny lub schizofrenię danego rodzaju.

Jak pomóc osobie cierpiącej na zaburzenie psychoafektywne?

Cóż, przede wszystkim istnieje bardzo niewielka szansa, że kiedykolwiek się z nią spotkasz. O ile inne „popularne” choroby czy zaburzenia wręcz szokują procentami populacji jakich dotyczą, o tyle ciężko wskazać jakieś rzetelne statystyki dotyczące zaburzeń schizoafektywnych. Brockington i Leff w swoich badaniach z 1979 r. ocenili, że dotyczą one około 4,5% pacjentów szpitali psychiatrycznych - co daje średnio 5,7 chorego na 100 000 generalnej populacji. Nawet jeśli weźmiemy poprawkę na błędne diagnozy schizofrenii i depresji, to i tak jest to bardzo niewielka liczba.

Jeśli jednak już spotkałbyś kogoś, kto pasowałby do tego opisu - proszę, nie baw się w diagnostyka. O rozróżnieniu między podobnymi do siebie jednostkami chorobowymi decyduje lekarz po co najmniej kilku dniach obserwacji na oddziale psychiatrycznym - więc to, co możesz dla „podejrzanego” w Twoim otoczeniu zrobić, to czym prędzej go w takim oddziale umieścić. Prawda jest taka, że niezależnie od tego jaką diagnozę postawi lekarz, nie powinieneś mieć problemu z dostrzeżeniem, że coś jest na rzeczy. Objawy w obrazie zaburzeń schizoafektywnych nie są „subtelne” i „do przeoczenia”. Jeśli mówimy o obniżeniu nastroju - to mamy na myśli absolutne wyłączenie, twarz ściągniętą do dołu, widoczne spowolnienie psychomotoryczne, kontakt bliski zeru - obraz nędzy i rozpaczy. Jeśli z kolei mamy do czynienia z epizodem maniakalnym - to jest to mania na całego; jeśli dotyczy ona osoby, którą znasz, to gwarantuję Ci, że zauważysz, że coś jest nie tak. Osoba w manii zachowuje się jak po wzięciu ecstasy albo innego, silnego stymulanta. W obu tych przypadkach stan jest dla podmiotu bardzo niebezpieczny - w pierwszym delikwent może chcieć sobie coś zrobić, w drugim - zrobić sobie coś przypadkiem, na przykład dać mieszkanie pod zastaw za bilety na Majorkę.

To, że ktoś przy tym dodatkowo opowiada Ci, że słyszy głos swojego zgniłego sumienia lub przekonuje, że CIA chce go dorwać za bycie okropną osobą, nie powinno zbytnio wpłynąć na świadomość, że trzeba mu pomóc.

Pamiętaj - ciężka depresja lub mania ciągnie ze sobą realne zagrożenie życia lub zdrowia! Jest absolutnie uzasadnionym wezwać w takiej sytuacji pogotowie ratunkowe!

Bibliografia:

  1. Rzewuska M., “Farmakoterapia w psychiatrii i neurologii” , 2001, 4, 322-360,
  2. Brockington LF., Kendel R.E., Wainwright S.: “Depressed patients with schizophrenic or paranoid symptoms”. Psychological Medicine 1980Artykuł powstał  w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego"

    (IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach.

    Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.

REDAKTOR DZIAŁU 'STUDIUJĘ' Kontakt: studiuje.wiecjestem@us.edu. (...)


Psychologiczne reakcje na stres traumatyczny – PTSD i ASD

Stres to nieodłączny kompan naszego życia. Może się pojawić wszędzie: w domu, w pracy, na uczelni, w sytuacjach społecznych. Nie można kompletnie się od niego uchronić. Na szczęście w większości przypadków jesteśmy w stanie sobie z nim radzić – czasami trochę lepiej, niekiedy trochę gorzej… w każdym razie, w większości nadmienionych wyżej sytuacji prędzej czy później jesteśmy w stanie opanować swoje emocje. Gorzej jest, kiedy nagle coś nas zaskoczy…

Kiedy zetkniemy się z BARDZO silnym i nieoczekiwanym stresem, nasze życie może zmienić się na zawsze. Specjaliści mówią tu o tzw. traumie, czyli urazie psychologicznym, który został wywołany działaniem zagrażających zdrowiu czy życiu czynników zmieniających funkcjonowanie człowieka na stałe. W mediach i kulturze masowej zwykło się nadużywać tego słowa, kojarząc je np. z nieszczęśliwą miłością czy jakimś drobnym incydentem. Jednak to za mało, by oddać specyfikę traumy. Prawdziwy stres traumatyczny odnosi się do poważnego uszczerbku – sytuacji, kiedy zachodzi uzasadniona obawa o życie czy zdrowie. I wcale nie musi być to uczestnictwo w jakimś wypadku czy wydarzeniu; czasem wystarczy uzyskanie informacji o zagrożeniu zdrowia lub życia. Odnosząc się do tych informacji, można uznać poważną diagnozę lekarską (np. nowotworu) za traumę, ale przykładowo utrata pracy, mimo że jest bardzo emocjonującym przeżyciem, już nie może być określona tym mianem. Mówiąc o ekstremalnym stresie, najczęściej przytacza się sytuacje wojenne i akty terroryzmu. Nie jest to błędem lecz trzeba pamiętać, że jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Wszelkie katastrofy żywiołowe, zdarzenia drogowe, napady rabunkowe lub na tle seksualnym - to sytuacje bliższe przeciętnemu człowiekowi. Są groźniejsze, gdyż mogą przytrafić się każdemu. Dlatego warto wiedzieć, co nieco o mechanizmach działania psychiki po doznaniu krzywdy.

Inną odmianą trudnej sytuacji jest stres przewlekły, spowodowany przez trwającą przez dłuższy czas okoliczność, jaką może być chociażby konieczność przebywania w zupełnie nieznanym środowisku (dobrym przykładem będzie tutaj przeprowadzka do innego miasta czy rozpoczęcie studiów). Na ten rodzaj stresu jesteśmy narażeni nawet częściej niż na sytuacje ostrego stresu opisane powyżej. Trzeba pamiętać, że narażenie na taki ciągły stres o niskim natężeniu również może spowodować zaburzenia czynnościowe. Mówiąc o samym funkcjonowaniu, trzeba jeszcze nadmienić, że reakcje na doznawany stres mogą być wielorakie. Zależne są nie tylko od długości jego trwania, ale także od jego nasilenia i wrażliwości danej osoby (jej cech osobowości). Reakcje czasami są krótkotrwałe i pojawiają się tuż po zaistniałym wydarzeniu. Innym razem aktywują się dopiero po pewnym czasie, ale za to są bardzo uporczywe i nawracające. W niniejszym artykule zaprezentowane będą wybrane zaburzenia psychologiczne dotyczące doświadczania silnego stresu.

Ostra reakcja na stres

Pierwszym z nich jest Ostra reakcja na stres (ang. ASD – acute stress disorder). Tym mianem określa się stan szoku czy kryzysu zachodzący zaraz po doświadczonej traumie. Stres jest tu rozumiany jako przeżycie krótkiej, ekstremalnej sytuacji przekraczającej nasze możliwości radzenia sobie. Ostra reakcja na stres pojawia się szybko, dosłownie do kilku sekund po incydencie i trwa zwykle do kilku godzin (bardzo rzadko może przeciągnąć się do kilku dni). Człowiek, który doznał takiego stresu zostaje oszołomiony – dochodzi do trudności w odbieraniu otoczenia za pomocą zmysłów, czasami nawet do zaburzeń orientacji. Osoba taka postrzega otaczający świat, jako nierealny, jakby ze snu. Doświadczając szoku, może mieć trudności z przypomnieniem sobie, co było jego przyczyną i jak się znalazła w danym miejscu. Takim lukom pamięciowym towarzyszy intensywny lęk, który dodatkowo może prowadzić do stanu totalnego znieruchomienia, nazywanego przez psychologów stuporem dysocjacyjnym. Pokrzywdzony nagle sztywnieje i nie jest w stanie się samodzielnie poruszać. Często towarzyszy temu zaburzenie mowy, a czasami także oddychania. Z drugiej strony, może też dość do wykonywania nagłych, nieskoordynowanych ruchów mających na celu ucieczkę od źródła zagrożenia. Takie zachowanie może okazać się jeszcze groźniejsze od stuporu, gdyż może prowadzić do niebezpiecznych sytuacji. Osoba pod wpływem ostrego stresu jest nieostrożna i nieświadoma otoczenia. Weźmy za przykład ofiarę wypadku komunikacyjnego – uciekając z miejsca wypadku, istnieje prawdopodobieństwo że wbiegnie pod koła nadjeżdżających pojazdów.  

Wyżej wspomniany lęk wiąże się z silnymi fizjologicznymi reakcjami: drżenie rąk i nóg, spłycenie oddechu, przyspieszenie akcji serca, a nawet chwilowe wyłączenie zmysłu słuchu lub wzroku. W okresie po wydarzeniu traumatycznym, oprócz lęku mogą wystąpić także: rozpacz, depresja, a nawet złość i agresja słowna. Należy wiedzieć, że wszystkie z powyższych objawów mogą ulegać wycofaniu lub nasilać się, jednak nie utrzymują się przez dłuższy okres. Najbardziej podatni na wystąpienie tego zaburzenia są ludzie, którzy w momencie doznania stresu byli w stanie wyczerpania fizycznego, a także Ci, których organizm słabiej sobie radzi ze stresem z powodów fizjologicznych, np. osoby starsze. Ostra reakcja na stres zależy także od indywidualnych predyspozycji danej osoby, takich jak temperament, skłonność do nadmiernej ekspresji emocji czy warunków, które zapewnia jej otoczenie (chociażby brak wsparcia ze strony rodziny czy przyjaciół).

W celu udzielenia pomocy ofierze zdarzenia traumatycznego należy w miarę możliwości jak najszybciej przeprowadzić krótką interwencję kryzysową poprzez nawiązanie kontaktu z poszkodowanym, wysłuchanie go i okazanie zrozumienia. Osobie doświadczającej stresu trzeba ułatwić rozładowanie napięcia i lęku, ułatwić panowanie nad sobą. Najlepiej jest rozpocząć działania mające na celu uspokojenie pokrzywdzonego jeszcze na miejscu zdarzenia. Jest to istotne głównie ze względów prewencyjnych, gdyż silny stres niesie za sobą ryzyko rozwinięcia się w przyszłości cięższego zaburzenia - zespołu stresu pourazowego.

Zespół stresu pourazowego

Zespół stresu pourazowego, zwany także „symptomem PTSD” (ang. post-traumatic stress disorder) to grupa objawów występujących w reakcji na szczególnie przerażające lub katastroficzne zdarzenie. Nie jest jednak tak, że każda osoba, która przeżyje jakąś traumę, od razu nabywa PTSD. Co prawda są wydarzenia, które z większą dozą prawdopodobieństwa wywołają u nas to zaburzenie, ale trzeba pamiętać, że na jej rozwinięcie się mają wpływ indywidualne predyspozycje przeżywającej stres osoby. Najbardziej narażone na PTSD są osoby zestresowane, na co dzień przeżywające dużo stresu – na przykład ciągłe narażenie na utratę zdrowia i życia w pracy (np. strażaka). Zagrożone są także osoby szczególnie wrażliwe i o niskiej samoocenie. Istotny jest też temperament, osobista interpretacja trudnego wydarzenia, wiek, a nawet pora dnia (gdy jesteśmy zmęczeni, nasze zasoby maleją drastycznie). Potencjalne przyczyny leżące u podłoża powstania PTSD, są identyczne jak te dotyczące ostrej reakcji na stres. Mogą to być zarówno pojedyncze epizody jak i powtarzające się wydarzenia. Nie ma znaczenia także intencjonalność bodźca stresującego. Czy to nagły wypadek, który w jakiś sposób nas zaskoczył, czy wszczęcie bójki gdzie sami jesteśmy stroną inicjującą – nie ma to znaczenia dla PTSD, które może pojawić się w każdym z tych przypadków zależnie od tego, jakie emocje temu towarzyszyły. Przykładowo weźmy pod uwagę funkcjonowanie ofiar trudnych incydentów, np. gwałtu czy rabunku. Ofiary zwykle odczuwają poczucie winy, biorą na siebie odpowiedzialność za wyrządzoną krzywdę, snując przypuszczenia, że gdyby zachowywały się inaczej lub wybrały inną drogę powrotu do domu, nie zostałyby napadnięte. Zła interpretacja wydarzenia i przeżywanie silnych emocji zwiększa ryzyko pojawienia się zaburzeń psychicznych po traumatycznym wydarzeniu.

Warto podkreślić, że pośrednimi źródłami PTSD mogą być także sytuacje, których jest się tylko świadkiem. Do najczęstszych należy obecność przy śmierci lub ranieniu innych ludzi, w szczególności tych bliskich. Innymi są np. ataki terrorystyczne czy nawet bierne uczestnictwo w konflikcie zbrojnym.

Teraz parę słów o przebiegu samego zaburzenia. W przeciwieństwie do ASD, to zaburzenie najczęściej pojawia się z opóźnieniem i trwa z reguły dłużej niż zwykła reakcja stresowa. Co więcej, powracające objawy PTSD mogą utrzymywać się przed długie lata, a w bardzo ostrych przypadkach – nawet przez całe życie. Objawy PTSD mogą przypominać depresję. Charakterystyczne jest nadmierne zmęczenie (naurastenia). Pojawia się ono po wysiłku fizycznym lub umysłowym. Dodatkowo mogą się pojawiać koszmary senne, w których powraca się myślami do wydarzenia traumatycznego. Co za tym idzie, może dojść do insomnii czyli bezsenności. Cierpiący na PTSD często doznają napadów lęku, a także emocji złości czy rozpaczy. W wyniku silnych przeżyć, w momencie takiego napadu istnieje też ryzyko popełnienia samobójstwa. Dlatego nie lekceważmy tych objawów u siebie i bliskich. Nie zostawiajmy samej osoby, której przydarzyła się tragedia. Nawet jeżeli odnosimy wrażenie, że to ona się od nas odwróciła. Zaproponujmy spotkanie ze specjalistą. W ten sposób możemy uratować jej życie i uchronić przed przeżywaniem dramatu w samotności.

Leczenie i pomoc w przypadkach ASD i PTSD

W leczeniu ostrej reakcji na stres (ASD) i zespołu stresu pourazowego (PTSD) wykorzystuje się zarówno pomoc psychologiczną jak i farmakoterapię związaną ze stosowaniem leków przeciwlękowych i przeciwdepresyjnych. ASD i PTSD wymagają użycia kilku metod leczenia, ponieważ oprócz sfery fizycznej choroba dotyka systemu wiary i sensu, więzi międzyludzkich i zawodowych. Z uwagi na wagę problemu tych zaburzeń, stosowanie silnych, i tym samym bardziej uzależniających leków przeciwlękowych, odbywa się przez krótki czas i to pod kontrolą specjalisty. Długoterminowo wykorzystuje się różne metody psychoterapii, mające na celu oswojenie z przeżytymi doświadczeniami. Przykładem terapii wykorzystywanych w leczeniu stresu pourazowego są: terapia poznawczo-behawioralna, terapia psychodynamiczna oraz rodzinna.

Bibliografia:

  1. Klasyfikacja zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania w ICD-10. Kraków-Warszawa: Uniwersyteckie Wydawnictwo Medyczne „Vesalius”, 1998
  2. Jerzy W. Aleksandrowicz, Psychopatologia zaburzeń nerwicowych i osobowości, Kraków, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2002
  3. Terelak, J. F. Człowiek i stres. Warszawa - Bydgoszcz: Oficyna Wydawnicza Branta, 2008.
  4. Sęk, H. i Cieślak, R. (red.): Wsparcie społeczne, stres i zdrowie. Wydawnictwo Naukowe PWN. Warszawa, 2004.

Artykuł powstał  w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego"

 

(IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach.

Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.


  Kontakt: bartlomiej.kochanowski@gmail.com Absolwent Wydziału Pedagogiki i Psychologii UŚ, kierunek Psychologia ze specjalnością psychologii kliniczno-sądowej oraz pracy i organizacji   Psycholog transportu z uprawnieniami do badań kierowców – ukończone studia podyplomowe w Szkołe Wyższej Psychologii Społecznej w Katowicach   Trener umiejętności psychospołecznych Doświadczenie zawodowe: Konsultant ds. Szoleń i Rozwoju HR Psycholog w Śląskiej Fundacji Obywatelskiej LEX CIVIS - prowadzenie konsultacji psychologicznych, szkoleń adaptacyjnych, profilaktyka zdrowia psychicznego, udzielanie wsparcia psychologicznego. (...)


  • Opublikowane 6 Październik, 2016

Śląski Festiwal Nauki Katowice 2016

Serdecznie zapraszamy na Śląski Festiwal Nauki Katowice 2016, który rozpocznie się już 13 października na katowickim Rynku. To wyjątkowe wydarzenie nie tylko w skali województwa, ale też kraju. Nauka i technika, prezentacje, pokazy i warsztaty, kultura i sztuka razem w jednym miejscu. Młodzi naukowcy i studenci przedstawią nam świat nauki, jakiego jeszcze nie znamy, podzielą się swoją wiedzą, opowiedzą o ciekawych badaniach, którymi się zajmują, zaprezentują wynalazki.  Elementem Festiwalu będą równie pokazy taneczne mi.in. tańców ludowych połączone z poznaniem historii każdego z nich. Podczas wydarzenia będzie też można zapoznać się z ofertą edukacyjną uczelni i ich poszczególnych wydziałów. W programie wydarzenia zaplanowano m.in. pokazy hologramów, programowania robotów z LEGO, prezentację prototypu drona do oprysku jako alternatywnego rozwiązania w rolnictwie, jak również stoisko pokazowe, przy którym będzie można poznać tradycyjne sposoby wyrobu piwa. Uczestnicy festiwalu będą mieli również możliwość między innymi: złożyć drukarkę 3D, wziąć udział w warsztatach szyfrowania i rysowania poezji na planszach komiksu, dowiedzieć się więcej na temat Robina Hearta i innych robotów medycznych, odkryć czy Szekspir czuł bluesa i po co Iron Manowi kostium.

13 października zapraszamy na katowicki rynek, a w dniach 14-15.10.2016 do Międzynarodowego Centrum Kongresowego w Katowicach..

Szczegółowe informacje dostępne są na stronie: www.slaskifestiwalnauki.pl.


  • Opublikowane 3 Październik, 2016

Co spina Ciebie? - Weź udział w badaniu ankietowym studentów

W ramach kampanii "Co nas spina" Centrum Obsługi Studentów Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach serdecznie zaprasza studentów Uczelni do udziału w ankietowym badaniu psychologicznym. Już teraz wielu studentów korzysta z bezpłatnej pomocy psychologicznej oferowanej w ramach pracy Centrum. Wyniki badania pozwolą nam jeszcze lepiej dostosować ofertę wsparcia do Waszych potrzeb!

By wziąć udział w badaniu:

  1. Zaloguj się na swojej konto w systemi USOS
  2. Wybierz opcję Wypełnij Ankietę
  3. Odpowiedz na pytania i wypełnij metryczkę. BADANIE MA CHARAKTER ANONIMOWY.

lub kliknij w link: https://ankieter.us.edu.pl/surveys/247/

Wyniki badania zostaną opublikowane w zbiorczym raporcie, który pozwoli nam usprawnić i lepiej dostosować ofertę wsparcia psychologicznego do potrzeb studentów! Raport z badania prowadzonego w ramach trzeciej edycji kampanii dostępny jest na stronie:

http://www.wiecjestem.us.edu.pl/co-nas-spina-3?n=raport-z-badania-dotyczacego-stanu-zdrowia-psychicznego-studentow-w-wojewodztwie-slaskim

Badanie prowadzone jest w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego"
(IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach. 

Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.


Zespół lęku uogólnionego

Jedna z najbardziej podstawowych potrzeb człowieka jest związana z poczuciem bezpieczeństwa. W celu zapewnienia sobie komfortu podejmujemy różne zachowania: unikamy niektórych miejsc czy osób, wstrzymujemy się od działania w momentach niepewności, przewidujemy sytuacje problemowe. W dużej mierze kierujemy się wtedy emocjami zwykle używanymi do określenia sytuacji, w której człowiek się czegoś boi. Oczywiście mowa tutaj o strachu i lęku, które w rozumieniu potocznym są odbierane synonimicznie. Psychologowie jednak rozróżniają te dwa terminy, traktując je, jako odmienne stany emocjonalne. Odmienność polega gównie na tym, że strach pojawia się w obliczu realnego zagrożenia, natomiast lęk ma charakter irracjonalny, wynika bowiem z wyobrażonego niebezpieczeństwa albo przewidywanego zagrożenia. Poza tym komponentem poznawczym, pozostałe trzy składniki lęku i strachu są tożsame. Zarówno w jednym i w drugim przypadku pojawia się reakcja fizjologiczna organizmu w odpowiedzi na grożące niebezpieczeństwo. Towarzyszą temu zmiany w wyglądzie zewnętrznym: mimika, bladość skóry czy rozszerzenie źrenic. Wzrost adrenaliny niesie za sobą napięcie mięśniowe i szybszy oddech. W sferze emocjonalnej pojawia się niepokój i przeczulenie, a w zachowaniu może pojawić się spadek apetytu, rozdrażnienie czy wręcz agresja. Reasumując, włącza się mechanizm organizmu „walcz albo uciekaj”. Jest tylko jeden problem – w wypadku lęku obiekt, od którego ofiara powinna się wyzwolić, uniknąć go lub zaatakować, jest pozbawiony konkretnej formy. Z tego powodu Lęk jest najbardziej rozpowszechnionym objawem występującym w nerwicach, psychozach i zaburzeniach nastroju. Niniejszy artykuł będzie się odnosił do sytuacji, w której lęk przejmuje nad nami kontrolę i utrudnia funkcjonowanie.

Zespół lęku uogólnionego (ang. GAD – Generalized Anxiety Disorder), zwany też po prostu lękiem uogólnionym, to zaburzenie psychiczne z obszaru zaburzeń lękowych. Objawia się patologicznym strachem przed niesprecyzowanym zagrożeniem. Osoba dotknięta tą przypadłością nieustannie się zamartwia, tworzy katastroficzne scenariusze. Najczęstszą tematyką takich „czarnych myśli” są problemy finansowe i zagrożenie chorobami. Co ciekawe, osoba chora nie jest w stanie sprecyzować konkretnie, jaka straszna rzecz miałaby się przydarzyć - jedynie przeczuwa, że może stać się coś złego. Przez cały czas odczuwa stany poczucia zagrożenia, strach przed tym, co przyniesie przyszłość. Cierpiący na GAD są nad wyraz czujni – doszukują się w swoim środowisku zagrożeń tak bardzo, że ich koncentracja uwagi i funkcjonowanie w życiu codziennym ulegają znacznemu pogorszeniu. Mogą zamykać się w domu, nie być w stanie załatwić żadnej sprawy, nie pójść do pracy, rezygnować ze spotkań z przyjaciółmi, spacerów, jakiejkolwiek formy rozrywki. Każda sytuacja może wydawać się niebezpieczna. Nie można cieszyć się życiem, bo wyimaginowana katastrofa jest tuż, tuż.

Niezwykle charakterystyczne wśród osób pod wpływem lęku uogólnionego jest funkcjonowanie społeczne. By móc normalnie żyć, muszą oni czuć się bezpiecznie, a to daje im tylko obecność ważnych osób, np. rodziców, którzy dbali o usunięcie wszelkich zagrożeń z otoczenia. Chory w ich otoczeniu odpręża się, jest w stanie nawiązywać kontakty towarzyskie i dobrze się bawić. Natomiast w momencie braku członka rodziny w otoczeniu sprawa się komplikuje. Symptomy zaostrzają się, a chory może często wydzwaniać do bliskich i pytać, czy są bezpieczni, próbować na odległość kontrolować ich wydatki, by uchronić ich przed stratą finansową, pytać o zdrowie itp. Takie nieproporcjonalne do sytuacji zachowania sprawiają, że cierpiący na GAD staje się coraz bardziej osamotniony. Katastroficzne myśli i smutek związany brakiem możliwości przeciwdziałania sprzyja wypadaniu z ról społecznych, wyobcowaniu. W połączeniu z ciągle nasilającymi się objawami fizjologicznymi może to doprowadzić do kolejnych zaburzeń, np. depresji.

Oprócz stałego uczucia napięcia oraz zamartwiania się, jest wielce prawdopodobne, że pojawią się inne charakterystyczne objawy jak bóle głowy, brzucha, nudności, zaburzenia snu, uczucie zmęczenia, kłopoty z koncentracją, napięcie mięśniowe czy długotrwała drażliwość. Właśnie te czynniki odróżniają GAD od zwykłego zamartwiania się. Przecież chyba każdemu z nas zdarzyło się być w sytuacji, kiedy o coś lub kogoś się martwił. Niekiedy jednak takie zamartwianie powtarza się i towarzyszy wszystkim niemal sytuacjom, a ponadto nie ma racjonalnych podstaw i poważnie utrudnia codzienne życie. W takim przypadku lęk staje się poważną chorobą, która wymaga przeciwdziałania.

Jakie są przyczyny zespołu lęku uogólnionego?

Przy szacowaniu prawdopodobieństwa ujawnienia się lęku uogólnionego u konkretnej osoby, trzeba wziąć pod uwagę kilka czynników. Pierwszym z nich są uwarunkowania biologiczne, takie jak zaburzenia neurologiczne dotyczące niedoboru neuroprzekaźników czy też w skutek ciągłego pobudzenia układu hamowania w mózgu, który odpowiada za pojawienie się uczucia strachu w momentach zagrożenia.

Inną ważną sprawą jest samo środowisko i wyuczone nawyki, które mogą się wykreować już we wczesnym dzieciństwie. Przykładowo, rodzice mogą nieświadomie hamować rozwój dziecka przez stosowanie nadmiernych kar i zakazów, przez co przejmuje ono ten sam wzorzec zachowania i także zacznie się bać wszystkiego i wszystkich. Oczywiście samo złowrogie, pełne niebezpieczeństw otoczenie również może wpłynąć na rozwinięcie się zaburzenia. Będąc narażonym na częste stresory, dochodzi do zjawiska wzniecania. Polega to na tym, że w skutek częstych sytuacji problemowych, do odczuwania lęku potrzebne są coraz słabsze bodźce. Neurony są pobudzane coraz łatwiej. Działa to tak samo, jak wydeptanie nowej ścieżki na trawniku – im częściej daną drogą chodzimy, tym szersza się ona staje.

Trzecim czynnikiem jest sfera poznawcza, czyli jak odbieramy to, co się dzieje wokół nas, co myślimy o sobie i innych. Przykładowo, źródłem lęku możemy być my sami - poprzez nierealistyczny obraz samego siebie. Czując się gorszymi niż inni, przestajemy angażować się w ważne sfery życia jak praca czy relacje z bliskimi. Przestajemy ufać, że nasze kompetencje są wystarczające do zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Podobnie jest z indywidualnym odbiorem rzeczywistości ulegającym spaczeniu – np. kiedy oceniamy za zagrożenie coś, co jest niegroźne. Podsumowując, koncepcje psychologiczne, przy pomocy których próbuje się wyjaśniać pochodzenie zaburzenia GAD, podkreślają m.in. rolę nieadekwatnych oczekiwań wobec rzeczywistości, dysfunkcjonalne przekonań o sobie i świecie, poczucie braku kontroli i nieprzewidywalności.

Jak można sobie radzić z GAD-em?

Na początek trzeba zdać sobie sprawę z podłoża pojawiającego się lęku. Często trudno uświadomić sobie, kiedy stan, którego doświadczamy, jest zależny od sytuacji zewnętrznej, a kiedy zaczyna się już zaburzenie. Jeśli przez długi czas borykamy się z problemami, które powodują u nas lęki, może warto zastanowić się czy nie przekracza to naszych możliwości radzenia sobie. Szansę na pełne zrozumienie, co się z nami dzieje da nam tylko i wyłącznie wizyta u psychologa lub psychiatry, którzy po wysłuchaniu symptomów dokonają właściwej diagnozy. Zaleca się zasięgnięcie specjalistycznej pomocy zwłaszcza wtedy, gdy pojawią się co najmniej trzy charakterystyczne wymienione powyżej objawy i trwają one przez okres co najmniej 6 miesięcy. Należy pamiętać, by nie bagatelizować objawów, gdyż wczesne rozpoznanie GAD pozwala na złagodzenie lęku.

Samo leczenie polega na oddziaływaniu terapeutycznym ukierunkowanym na obiektywne przyjrzenie się dotychczasowym doświadczeniom, a następnie na zmianie sposobu myślenia w reakcji na konkretne sytuacje życiowe. W niektórych przypadkach może również dojść do połączenia oddziaływania psychologicznego z farmakoterapią, mającą na celu obniżenia reakcji fizjologicznych – w szczególności w początkowej fazie leczenia. W dalszym planie leczenia, w celu obniżenia poziomu odczuwanych emocji, osoba poddana psychoterapii powinna nauczyć się odróżniać sytuacje, na które ma wpływ, od tych niezależnych od niej. Uzyskując kontrolę nad sobą i rzeczywistością, ułatwia się podejmowanie kolejnych wyzwań i funkcjonowanie na co dzień.

Podsumowując niniejszy artykuł, chciałbym jeszcze raz podkreślić, że emocje pełnią ważną rolę w codziennym życiu. Strach i lęk w uzasadnionych przypadkach pozwalają na uniknięcie niebezpieczeństwa i zaskoczenia, a także ułatwiają planowanie działań. Trzeba jednak kierować się zasadą, „co za dużo, to niezdrowo” i w momencie, gdy lęk przejmuje nad nami kontrolę, nie należy tego lekceważyć. Wczesna diagnoza i szybko podjęte leczenie mogą znacznie złagodzić nasilenie występującego lęku, ułatwić kontakt z innymi ludźmi i czerpanie radości ż życia.

Bibliografia:

  1. Briers S. (2011). Pokonaj depresję, stres i lęk, czyli terapia poznawczo-behawioralna w praktyce. Warszawa: Samo Sedno.
  2. Cierpiałkowska L., (2007). Psychopatologia. Waszawa: Wydawnictwo Naukowe „Scholar".
  3. Aleksandrowicz J. W. (2002). Psyhopatologia zaburzeń nerwicowych i osobowości. Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.
  4. Wells A., (2010). Terapia poznawcza zaburzeń lękowych. Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Artykuł powstał  w ramach realizacji projektu "Co nas spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego"
(IV edycja) organizowanej przez Fundację Inicjatyw Akademickich  oraz Uniwersytet Śląski w Katowicach.

Projekt współfinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego.

  Kontakt: bartlomiej.kochanowski@gmail.com Absolwent Wydziału Pedagogiki i Psychologii UŚ, kierunek Psychologia ze specjalnością psychologii kliniczno-sądowej oraz pracy i organizacji   Psycholog transportu z uprawnieniami do badań kierowców – ukończone studia podyplomowe w Szkołe Wyższej Psychologii Społecznej w Katowicach   Trener umiejętności psychospołecznych Doświadczenie zawodowe: Konsultant ds. Szoleń i Rozwoju HR Psycholog w Śląskiej Fundacji Obywatelskiej LEX CIVIS - prowadzenie konsultacji psychologicznych, szkoleń adaptacyjnych, profilaktyka zdrowia psychicznego, udzielanie wsparcia psychologicznego. (...)


Rozwiązanie wszystkich problemów czy problem sam w sobie?

Samo słowo „eutanazja” jest negatywnie konotowane. Najczęściej kojarzy się ze starszą, schorowaną osobą szukającą ucieczki od dalszego cierpienia. Tymczasem problem eutanazji nie dotyczy tylko osób starszych. Ba! Nie dotyczy on także tylko osób cierpiących fizycznie. Coraz częściej okazuje się, że o śmierć proszą ludzie, którzy są w katastrofalnej kondycji psychicznej (np. po tragicznym wydarzeniu, które miało miejsce w ich życiu). Jak jednak powinna być traktowana decyzja o poddaniu się zabiegowi eutanazji? Czy powinno się ją uszanować, czy może traktować jako pomoc w samobójstwie?

Co to jest eutanazja?

Samo pojęcie „eutanazja” pochodzi z języka greckiego i oznacza tyle co „dobra śmierć” (eu – dobry, thanatos – śmierć). W wielu encyklopediach czy słownikach znaleźć można informację, że eutanazja to pozbawienie życia osoby chorej, która sobie tego życzy. Sam zaś sposób dokonania eutanazji dzieli się na bierny (zaniechanie dalszego leczenia pacjenta) i czynny (przyspieszenie jego śmierci). W tym drugim przypadku najczęściej stosowany jest zastrzyk trucizny (poprzedzony podaniem środka nasennego, jak np. w Holandii). Co ciekawe, w taki sam sposób wykonywana jest kara śmierci w USA.

Czy to w ogóle jest legalne?

Okazuje się, że w niektórych państwach tak. Najbardziej liberalne przepisy dot. „pomocy lekarza w umieraniu” obowiązują w Belgii. To właśnie tam eutanazja została zalegalizowana w 2002 roku. Od tego momentu jej popularność, jeśli jest to właściwe określenie w tej kwestii, ciągle rośnie. W roku 2015 zanotowano tam rekordową liczbę osób (2021), które zdecydowały się na tę formę śmierci. W Belgii zasadniczo każdy może być poddany eutanazji. Jest to kraj, w którym nie funkcjonują żadne obostrzenia dot. minimalnego wieku, jaki musi zostać osiągnięty, aby dokonać tego zabiegu (jest on dozwolony niezależnie od wieku). Oczywiście, aby skorzystać z tego prawa, potrzebne są pewne przesłanki medyczne. Warunkiem jest udowodnienie, że cierpienie fizyczne i/lub psychiczne chorego jest stałe i niemożliwe do złagodzenia. Na eutanazję potrzebna jest także zgoda trzech lekarzy.

Wiele kontrowersji wywołała jednak sprawa dot. wydania pozytywnej decyzji na przeprowadzenie eutanazji dla 24-latki mieszkającej w Belgii. Kobieta cierpiała na depresję i odmawiała leczenia. Z tego powodu zdecydowała się zakończyć swoje życie w jak najbardziej legalny sposób. Sama o sobie mówiła, że pragnie śmierci od dzieciństwa. Jej życzenie zostało spełnione. Jednak należy się zastanowić, czy cierpienie psychiczne to wystarczający powód, aby pożegnać się z tym światem? I czy w ogóle osoba cierpiąca na depresję może podjąć tak ważną decyzję? Może należałoby zapewnić takiej osobie konsultacje z psychologiem? Czy to wszystko nie zmierza już w kierunku legalnie popełnianego samobójstwa?

W Holandii eutanazja dopuszczalna jest od 12-ego roku życia, ale do ukończenia 16 lat potrzebna jest zgoda opiekuna prawnego. Zasady umożliwiające skorzystanie z tego prawa są podobne do tych belgijskich (należy wykazać, że cierpienie fizyczne i/lub psychiczne jest stałe i niemożliwe do złagodzenia; decyzja o poddaniu się zabiegowi eutanazji musi zostać podjęta dobrowolnie).

Poza tym eutanazja zalegalizowana jest w Albanii i Luksemburgu, kilku stanach USA (np. w Stanie Oregon mówi się o „prawie do godnej śmierci”, ale przysługuje ono tylko osobom dorosłym, u których badania wykazały, że pozostało im nie więcej niż pół roku życia).

Szerokim echem w społeczeństwie amerykańskim odbiła się sprawa, a raczej wiele spraw sądowych, dotyczących jednego z lekarzy, doktora Jacka Kevorkiana (nazywanego również „Doktor Śmierć”). Co ciekawe, aby nie zostać podejrzanym o odbieranie życia pacjentom bez ich zgody, konstruował tzw. maszyny śmierci. Urządzenia te były tak zaprojektowane, aby nawet najmniej sprawny fizycznie chory mógł odebrać sobie życie samodzielnie. Sama obsługa aparatury nie była skomplikowana. Wystarczyło wciśnięcie odpowiedniego przycisku, by uruchomić cały mechanizm. Śmierć następowała po dożylnym podaniu przez maszynę środka nasennego, a następnie trucizny. Przypadek tego lekarza jest warty uwagi - w wielu stanach zapoczątkowana została dyskusja na temat eutanazji. Odbyło się nawet referendum w sprawie propozycji legalizacji „pomocy w umieraniu”. Pomysł został jednak odrzucony. Sam zaś lekarz po wielu sprawach sądowych, których wyniki były różne (np. odebranie uprawnień do wykonywania zawodu lekarza w niektórych stanach) skazany został przez Sąd Najwyższy stanu Michigan w roku 1999 na karę pozbawienia wolności. Wyrok dotyczył podania przez Kevorkiana trucizny sparaliżowanemu pacjentowi. Cały przebieg tego zabiegu został sfilmowany, co było podstawą oskarżenia. W roku 2007 doktor został zwolniony z dalszego odbywania kary. Warunkiem zwolnienia było zobowiązanie się lekarza, że nie będzie już uczestniczył w procesach eutanazji. Zatrważający jest jednak fakt, że w większości przypadków mówi się tylko o asystach tej osoby przy ww. zabiegach. Czy podsunięcie choremu aparatury, która zabija, można nazwać asystą? Czy jego zachowanie to już nie pewnego rodzaju nadużycie?

A jak to wygląda w Polsce?

W naszym kraju głośno o eutanazji zrobiło się w roku 2007. Właśnie wtedy do sądu trafił pierwszy w Polsce wniosek o wydanie zgody na zakończenie życia chorego. Mowa tu o Januszu Świtaju z Jastrzębia Zdroju. Mężczyzna uległ wypadkowi drogowemu, w wyniku którego przerwany został rdzeń kręgowy. Po tym tragicznym wydarzeniu pan Janusz został sparaliżowany; oddycha za pomocą respiratora. Jest on jednak w pełni sprawny umysłowo. Obecnie, jak informuje na swojej stronie internetowej, pracuje w fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko” jako internetowy analityk rynku osób niepełnosprawnych oraz fundraiser (czyli osoba zajmująca się pozyskiwaniem funduszy na cele społeczne). Ponadto pan Janusz, wg informacji podanych w jednym z materiałów filmowych TVN-u, od 2013 roku studiuje psychologię na Uniwersytecie Śląskim. „Czasami, jak człowiek jest załamany i czuje się niepotrzebny, to wystarczy się do niego uśmiechnąć. Czasami wystarczy go kopnąć. A czasami wystarczy go o coś poprosić.” [1].

Z prawnego punktu widzenia eutanazja w Polsce jest czynem karalnym, o czym informuje § 1 artykuł 150 obecnie obowiązującego Kodeksu karnego („Kto zabija człowieka na jego żądanie i pod wpływem współczucia dla niego, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.” [2]).

Co na to wszystko opinia publiczna?

Jak podają badania wykonane przez CBOS w roku 2005 samo pojęcie „eutanazja” ma dla Polaków charakter pejoratywny. Z tego też powodu ok. 48% respondentów na bezpośrednie pytanie „Czy, ogólnie rzecz biorąc, popiera czy też nie popiera Pan(i), zjawiska jakim jest eutanazja?” wyraziło swoją dezaprobatę. Natomiast na pytanie bardziej opisowe, które nie zawierało terminu „eutanazja”, brzmiące „Czy w przypadku nieuleczalnie chorego, którego cierpieniom nie można ulżyć, prawo powinno zezwalać na to, aby na prośbę jego i jego rodziny lekarz mógł skrócić życie pacjenta za pomocą bezbolesnych środków, czy też nie powinno?” prawie połowa (ok. 50%) ankietowanych odpowiedziała „tak” lub „raczej tak”. Na to samo pytanie zadane 4 lata później, w roku 2009, odpowiedzi twierdzącej udzieliło już 61% badanych. Z kolei w roku 2013 odnotowano 53% osób, które opowiadały się za przyspieszeniem śmierci nieuleczalnie chorych wyrażających takie życzenie.

Czy ten problem dotyczy także i mnie?

Oczywiście, że tak! Problemem eutanazji powinien być zainteresowany każdy z nas. W większości przypadków jednak świadomość o całym procesie tegoż aktu śmierci jest niewielka, co można wywnioskować chociażby z wyników badań przeprowadzonych przez CBOS (np. analizując odpowiedzi na pytanie dotyczące tego samego zagadnienia, ale zadane w nieco inny sposób). Każdy musi zadać sobie pytanie sam. Czy jest to praktyka przez niego/nią akceptowalna czy też nie. Nie można jednak pozostawać w tej kwestii obojętnym, bo w obliczu starzejącego się społeczeństwa na pewno coraz częściej zagadnienie to będzie poruszane. Szczególną uwagę poświęcić należy także przypadkom podobnym jak ten z Belgii. Czy aby na pewno eutanazja w tym i innych krajach nie jest już traktowana jak sposób na legalne popełnienie samobójstwa?

Zachęcam do obejrzenia dokumentu dot. eutanazji:

https://www.youtube.com/watch?v=VPyftkueS4U

Bibliografia:

  1. Aumonier, N.; Beignier, B.; Letellier, P. (2003). Eutanazja. Warszawa: Instytut Wydawniczy Pax.
  2. Barnard, Ch. (1996). Godne życie, godna śmierć: wybitny kardiolog o eutanazji i samobójstwie. Warszawa: Agencja Wydawnicza Jacek Santorski & Co: "CIS".
  3. Pietrzykowski, T. (2007). Spór o eutanazję. Katowice: Wydawnictwo Sonia Draga sp. z o. o..
  4. Israël, L. (2002). Eutanazja czy życie aż do końca. Kraków: Wydawnictwo WAM.
  5. Kielanowski, T. (1980). Rozmyślania o przemijaniu. Warszawa: Wiedza Powszechna.
  6. Nazar-Gutowska, K. (2015). Pojęcie i rodzaje eutanazji. W: M. Mozgawa (red.), Eutanazja (s. 13-33). Warszawa: Wolters Kluwer SA.

Źródła internetowe:

http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/eutanazja;3899253.html
http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/eutanazja-w-belgii-rekordowa-liczba-eutanazji,614318.html
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/w-belgii-eutanazja-jest-coraz-bardziej-popularna-stala-sie-juz-smiercia-jak-kazda/zk75fs
http://www.switaj.eu/news.php
http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2005/K_101_05.PDF
http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2009/K_142_09.PDF
http://wyborcza.pl/1,76842,13170225,CBOS__Ponad_polowa_Polakow_sklonna_zaakceptowac_eutanazje.html?disableRedirects=true

Cytaty:

[1] Wypowiedź Anny Dymnej w materiale video TVN z dnia 10.10.2013 r. (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/chcial-eutanazji-teraz-janusz-switaj-zaczyna-studia,361672.html)
[2] Ustawa z dnia 6 czerwca 1997 r. Kodeks karny. Art. 150 § 1.

Absolwent filologii germańskiej - specjalność: tłumaczeniowa w zakresie języków specjalistycznych, obecnie student studiów II stopnia na kierunku: Filologia germańska - specjalność: tłmaczeniowa w zakresie języka prawniczego i ekonomicznego. Kontakt: artur_wasiela123@interia. (...)


Strony

Subscribe to Więc jestem RSS

Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.