Notatnik

Jestem na klifie. Wzgórze za mną porośnięte jest drzewami, których gałęzie, zwisając, tworzą tunel zakończony finezyjnie zdobioną bramą. Wiatr smaga me oblicze. Słyszę bębny. Wybijają rytm wojenny. Mój rytm.

Siedzę nad przepaścią. Spoglądam w mrok. Ciemność przyciąga mnie. Momentami czuję jak zatapiam się w nią. Mimowolnie oddaję jej swą cząstkę. Pozwalam jej opleść moje serce.

Czasem zastanawiam się, jaką rolę przyjdzie mi odegrać w tym wiecznym konflikcie, gdzie rwana przez dwie siły miotam się, nie wiedząc, dokąd mam iść.

Często spoglądam w lustro. Widzę w nim me odbicie. Czasem zagłębiam się w moje oczy. Próbując odgadnąć, dojrzeć co się w nich kryje. Co jest tam, na dnie. Którędy iść?

W lustro jak zwykle spojrzałam. Widzę tam mnie. Złą. Mroczną. Nienawistną. Pogardliwą. Nieczystą. Pyszną. Spotykam alter – siebie. Zastanawiałam się, czy to jestem prawdziwie ja, czy tylko moje wyobrażenie, czy w imię buntu ja, którą na przekór całemu światu bym chciała być?

Ona spogląda na mnie, śmiejąc się. Jej uśmiech stał się od jakiegoś czasu pobłażliwą mieszanką pogardy, zachęty i satysfakcji. Spogląda na mnie, wiedząc, że jest blisko by wydostać się z lustra. Miejsca gdzie obserwujemy się nawzajem. Umieściłam ją tam, ponieważ, kiedy chcę - wyciągam i przywdziewam. A gdy się przestraszę albo nie mam sił, zdejmuję jak stary łach. Lustro to jedyne miejsce, gdzie mogę ją utrzymać. Skąd nie ucieknie.

Jednak ostatnio jest inaczej. Czuję, że wzbiera na sile, bezczelnie wdziera się w mój świat. Wykorzystując moją słabość, przejmuje kontrolę. Nie wiem czy jest mną, czy ja jestem nią. Ale ciągle widzę, jak walczymy.

Siedzę na skraju klifu. Niebo zasnute szarymi chmurami, które pędzą w sobie tylko znanym kierunku. Wiatr cichy smaga mą twarz, szarpie włosy. Zakrywam twarz.

Spoglądam w dal. W miejsca za otchłanią. Tam jest ląd. Suchy, spękany, zawładnięty pustką. I ona tam jest. Ta, która walczyć ze mną chce i z którą ja walczę co dzień. Ona tam czeka, zbierając siły. Czeka na mój ruch. Czeka na mój błąd. Widzę jej oczy z daleka, które świdrują mnie na wskroś. Ma za sobą wojsko. Cała masa wszelakiej maści plugastwa, aż po horyzont. Zimno przeszywa me kości.

Moja zbroja już nie lśni. Niejedną walkę stoczyłam razem z nią. Jest zużyta, ale wciąż lojalnie przy mnie trwa. Obok mnie leży mój wierny miecz. Nie zakładam na głowę hełmu. Mam na skroniach diadem. Włosy rozszarpał wiatr. Czekam.

Wtem czuję, że to już czas. Że nadeszła ta chwila, na którą czekałyśmy. Wstaję. Za sobą nikogo. Żadne wojsko nie chciało za mną iść, nie chciało walczyć za mnie. Jestem sama choć czuję siłę stu mężów.

Ląduje obok mnie orzeł. Piękne pióra mimo braku promieni Słońca błyszczą się swoim światłem. Szarawy odcień pierza przypomina stal. Spogląda na mnie, wyczekując znaku. Zabieram miecz. Poprawiam diadem. Siadam na jego grzbiet. Ruszamy w dal, w dół, w mrok nieprzenikniony.

Przez moment, gdy zlatywaliśmy z klifu, wydawało mi się, że otchłani nie ma, że gdzieś tam w dole czeka skała, której jedynym zadaniem było bym się o nią rozbiła.

Wiatr ucichł, jakby chowając się przed czymś. Gdzieś między skałami przysiadł, wyczekując. Mimo to czuję pęd powietrza na twarzy. Zbroja do tej pory ciężka stała się prawie niewyczuwalna. Jak gdyby stopiła się z moją skórą, jakby była częścią mnie.

Lądujemy. Jakieś sto metrów przede mną stoi całą chorda plugastw, które wyhodowałam na swojej piersi. Pośrodku nich stoi ona – ja. Widzę, jak jej oczy się śmieją na tę walkę. Czuję… nie czuję nic. Wiem tylko, że muszę to przetrwać. Muszę wygrać.

Zauważyłam niedawno, że ból: ostry, jątrzący się, w pewnym momencie, to chyba moment mojego limitu, zaczyna sprawiać mi przyjemność. Czy to dobrze?

Zbliżamy się do siebie. Podchodzimy powoli. Widzę, jak delektuje się tą chwilą. Chyba lubię chwile przed konfrontacją, kiedy zmysł się wyostrza. Słyszę, jak chorda za nią zaczyna ryczeć. Te opętańcze krzyki sprawiają, że włos się jeży, zimno zalewa serce, strach wkrada się za piedestał umysłu.

Stoimy naprzeciwko siebie. Zadziwiające, jak dokładną kopią mnie jest. Tylko ten wzrok pełen nienawiści, pogardy i pychy. Czuję, że ona widzi już swoje zwycięstwo. Widzę to w jej oczach. Swąd wygranej dociera do mych nozdrzy.

Zdejmuje płaszcz i rzuca go za siebie. Teraz dopiero mogę zobaczyć ją w całej swej okazałości. Jest idealna. Taka jaka zawsze chciałam być. Smagła, gibka, powabna sylwetka. Blond włosy, zaplecione w warkocz sięgający ziemi. Czarna skurzana kurta idealnie podkreślająca talię. Skórzane spodnie przylegające do nóg i buty niczym glany na wysokim obcasie.

Nie prezentuję się przy niej zbyt dobrze. Toporna zbroja zakrywa wszelkie oznaki kobiecej sylwetki. Włosy do ramion potargane w pyle wiatru. I ten śmieszny, srebrny, toporny diadem. W ręku trzymam miecz.

Spoglądając na nią, jak wielokrotnie to czyniłam, gdy jeszcze była w lustrze, dopada mnie wątpliwość. Czy to jest to, co pieczołowicie budowałam? Skrywałam gdzieś na dnie? W lustrze? Czy o to tak wielokrotnie walczyłam? Widzę w jej oczach niepokój, chyba dociera do niej zapach wątpliwości. Chorda za nią jakby przygasła. Gdzieś znikają straszne twarze, okrzyki zamierają, bębny cichną. Zaczynam sobie chyba zdawać sprawę, że nie jestem nią. Nigdy nie byłam. Że była jakimś moim wyimaginowanym tworem, który pojawiał się zawsze, gdy czułam ból. Rozdzierał rany na nowo, wgryzając się w nie. Że ja tak na prawdę nigdy taka być nie chciałam. Owszem wydawało mi się, że taka właśnie będę nieskazitelna. Że właśnie taka mogę coś osiągnąć. Że tylko takiej mogę się sobie podobać.

Widzę jak przez jej twarz przebiega rysa. Zupełnie jak na spękanej porcelanie. Widzę strach w jej oczach. Próbuje coś do mnie powiedzieć, ale jej głos, niewyraźny już, do mnie nie dociera. Dobywam miecza. Podchodzę te kilka kroków. Wszystko ucichło, jakby czekając na ten moment. Przebijam ją na wylot. Patrząc prosto w twarz, widząc w jej oczach gasnący blask życia. Czyżbym to ja była tą, która ją stworzyła? Która dała jej życie? Dała jej miejsce w swym sercu, gdzie mogła egzystować?

Nagle otacza mnie jasność, która razi w oczy. Padam na ziemię rażona falą jak po wybuchu. Jednak coś się zmieniło. Dotykam już nie spierzchniętej ziemi, już nie nagiej skały lodowej. Przecieram oczy, blask zniknął. Dotykam trawy?!

Otwieram oczy. Leżę na miękkiej trawie, witającej mnie soczystą zielenią. Nie ma plugastwa, nie ma jej, nie ma zbroi ani miecza. Nade mną drzewo rozpościera swe ramiona, jakby chcąc mnie przytulić. Poznaję to miejsce. To mój ogród.

Nagle zrywam się i biegnę do domu. Przeskakuję kolejne stopnie schodów na piętro. Wpadam do pokoju. Spoglądam w lustro. I widzę siebie. Wpatruje się w taflę zwierciadła. Zupełnie jakby mgła opadła. Widzę siebie. Zniknęła ona. Zostałam tylko ja.

Zawieszona pomiędzy dwoma światami, studentka IV roku nauk naiwnie trudnych. Pasjonatka kryminału życia codziennego, amatorka gier: MOBA i RPG, córka gazdy. Mimo iż, nie cierpi głupoty ludzkiej, zajmuje się jej śledzeniem w wolnych chwilach. Kocha życie, jednak zdarzają się momenty i takie, kiedy nie ma dla niej najmniejszego znaczenia. Potrzepana choleryczka z warkoczem. Autorem grafiki jest Carne Griffiths (pobrano ze strony:  www.facebook.com/veriapriyatno/photos/a.10151297873909903.529573. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.