Morderstwo wierszem napisane- 2 Wena twórcza to podstawa

 
  
Z początku ta nowina do mnie nie trafia, jak gdyby umysł się przed nią bronił. Dopiero po chwili dociera do mnie sens tych słów. Owija mnie chłód strachu, nie mogę złapać tchu. Wreszcie biorę głęboki wdech i wykrztuszam pytanie:
-Że co?
Umarła? Wciąż ignorując rozgniewaną mamę, wsłuchuję się w głos przyjaciela. Taka błahostka jak śniadanie, nie ma teraz żadnego znaczenia.
-Weź przychodź nad jezioro od strony dębu.- słyszę w słuchawce.- Zebrał się tu już spory tłum.
-Idę.
Blokuję telefon.
Rozglądam się po pokoju, nie wiedząc, co począć. Wpada mi do głowy jakaś myśl: „Ubierz się”. Tak... to dobry początek. Szybko chwytam wczorajsze, byle jak rzucone na fotel ubrania i przebieram się. Nawet nie zwracam uwagi na to, że zapomniałem paska. Wchodzę, a właściwie wbiegam do kuchni, gdzie wszyscy czekają tylko na mnie. Rodzice podnoszą brwi w zdziwieniu, widząc mnie ubranego i bladego na twarzy.
-Nawet nie myśl o wyjściu na dwór - grozi mi mama.- Jajecznicę trzeba jeść ciepłą, a jak...
-Muszę wyjść. Dostałem bardzo ważny telefon.
-Ale mnie to nie...
W końcu decyduję się powiedzieć to na głos... moje serce zaraz wybije mi żebro ze zdenerwowania.
-Moja koleżanka zginęła - przerywam jej w pół słowa, powodując grobową ciszę. Tylko na zewnątrz słychać szum wiatru lutowego poranka.
-Co?- bąka mama z niedowierzaniem.- Kto? Kiedy?
-Nie wiem nic. Cała wieś zbiega się pod dąb.- wyjaśniam i bez zbędnej zwłoki zakładam buty.- Muszę iść.
-Synu, wiesz kto to zrobił?- pyta mnie tata. Z jego twarzy znika zwykle pogodny uśmiech.
-Nie. Lecę. Cześć.
Otwieram szybko drzwi i pozwalam zimnemu powietrzu ogarnąć swoje ciało.
-Kurtkę załóż!- woła mama.
Bez skupienia biorę jakąkolwiek z wieszaka i zamykam za sobą drzwi. Wiatr od razu zmusza mnie do założenia kurtki. Okazuje się, że akurat ta należy do taty. Ale to nie czas na bawienie się w szczegóły.
Chwytam za klamkę furtki, która nie chce ustąpić. Zdenerwowany wskakuję na płot i przeskakuję na ulicę. Gdy ląduję, brak paska daje o sobie znać, kiedy spodnie komicznie mi spadają do kolan. Błyskawicznie podciągam je i, nie zważając na nic, szybkim krokiem udaję się w górę ulicy.
Szczerze powiedziawszy, oprócz szoku i smutku, czuję jeszcze coś... ciekawość. I wyrzuty sumienia z tego powodu. Nie znałem Kasi zbyt dobrze, właściwie nigdy nie zamieniłem z nią słowa. Jakoś mnie onieśmielała. Wiem jednak, że to, co się stało, jest straszne i obrzydliwe. Ale jednak ciekawe.
W tak zapomnianej przez czas, małej choć pięknej miejscowości jak Zagłowie, nigdy nic interesującego się nie dzieje. Tutaj dni mijają powoli i spokojnie. Każdy zna swoje miejsce i nikt się nie wychyla. Dawno temu wieś stała się jednak sławna, kiedy syn rodziny Zalewskich zaginął i nawet do tej pory go nie odnaleziono. Reportaże, śledztwa i wielkie poszukiwania sprawiły, że ludzie z miasta zaczęli zjeżdżać się do naszej mieściny. Ci, którzy ulegli temu czarującemu zakątkowi świata, zamieszkali na stałe. Z roku na rok rodzin przybywało, a wieś się rozrastała. I tak, z zaledwie 500 mieszkańców, zrobiło się ponad 600. To jednak nie zmieniło stylu życia; spokojnego niemalże jak w sennym transie. Ja, oraz duża większość moich znajomych, niemiłosiernie nudzę się w tym miejscu. Zawsze byłem pewien, że wyjadę w świat, gdyż w Zagłowiu nic mnie nie czekało. Tutaj świat się kończy, a zaczyna gdzieś indziej. Teraz jednak błogą sielankę przerwano. I to z wielkim hukiem. Dlatego jestem tak zaintrygowany. Dlatego muszę dowiedzieć się, kto zabił. To najprawdopodobniej jedyna i ostatnia interesująca rzecz, jaka wydarzy się w tej nudnej wsi.
Skręcam w uliczkę i przyśpieszam kroku.
Nigdy nie widziałem kogokolwiek martwego na żywo. Ale oglądałem wiele filmów i seriali, uodparniając się na widok krwi. Cenię sobie swoją odporność na odpychające obrazy, jak na swój młody wiek.
Zbliżam się do jeziora, lecz stojąc już tutaj, potrafię dostrzec największy dąb w Zagłowiu. Stanowi ono główny punkt spotkań moich przyjaciół. Widzę też małe grupki ludzi, idące wzdłuż brzegu jeziora. Nie przerywając marszu, kieruję się w tamtą stronę. Chwilę później mijam wysokie drzewo i docieram na rzadziej uczęszczane ścieżki. Od razu w oczy rzuca mi się tłum ludzi, stojący w kręgu. Niektórzy podopieczni dorosłych wyciągają telefony i robią zdjęcia czemuś, co znajduje się w centrum zainteresowania. Czy właśnie tam leży ciało? Czy tam znajdę martwą koleżankę?
Znikąd pojawia się Olaf.
-Jesteś. Siema.
Witam się z przyjacielem żołwikiem. Podekscytowany wyciągam głowę, stając na palcach i próbując coś zobaczyć.
-Co się stało?- pytam.
-Proszę się odsunąć od taśmy! –woła ktoś w środku kręgu ludzi.
-Niedobrze mi.- oznajmia nagle Olaf, a ja przestaję wyciągać głowę i zerkam na niego.
Olaf Niesławski ma pulchną twarz zdobioną pryszczami. Szare oczy, zwykle znudzone, teraz wyrażają przerażenie. Jego długie, brązowe włosy opadają do ramion. Rzeczywiście źle wygląda. Pobladł, a głos mu drży.
Ze względu na swoją wagę, Olaf był bardzo często wyśmiewany w podstawówce. Podczas, gdy ja cieszyłem się towarzystwem znajomych, on nie miał nikogo i coraz bardziej zamykał się w sobie. Pewnego dnia byłem świadkiem, jak znęcała się nad nim grupka chłopaków ze starszej klasy. Nie wytrzymałem i zareagowałem. Wpadłem pomiędzy moich kolegów i zabrałem Olafa z dala od nich. Sam nie wiem, dlaczego pomogłem takiemu dziwakowi. Ja? Ulubieniec klasy? No cóż. Chyba poczułem żal i chciałem mu pomóc. Jednakże moja pomoc nie została niedoceniona. Zwykle miałem problemy z niektórymi przedmiotami szkolnymi. Groziło mi niezdanie. Wtedy Olaf odpowiedział na moją pomoc i dzięki niemu przeszedłem do następnej klasy. A miałem naprawdę kiepską sytuację. Po wszystkim zaprosiłem go do domu i, o dziwo, świetnie się bawiliśmy. Olaf, mimo iż wyglądał na dziwaka, siedzącego z nosem w książkach, wydawał się być całkiem spoko. Mijały lata, aż w końcu zżyliśmy się. Nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Jesteśmy niczym bracia, którego Olaf nigdy nie miał. Jest to chłopak z rozbitej rodziny, wychowywany przez samotną matkę.
-Wiem, że jesteś dość...- zaczynam, ale on wpada mi w słowo.
-Miękki?
-Nie... eee... uczuciowy.- łągodzę, choć trudno mi po prostu nie nazwać go „miękką kluchą”.- Ale nie przejmuj się. Daj mi przejść. Muszę to zobaczyć.
Ciekawość mnie zżera. Jest silniejsza niż szok, czy smutek. Zamiast przeciskać się przez tłum gapiów, głośno komentujących wydarzenie, przechodzę przez krzaki i wychylam się nieco zza żółtej taśmy.
Jeżeli wcześniej sądziłem, że wypracowałem sobie odporność na straszne obrazy poprzez oglądanie podobnych scen w filmach, to się grubo myliłem.  To wszystko jest... tak realne, tak mocne, że nie potrafię tego nawet opisać.
Krew. Wszędzie. Wylała się niczym rzeka ze śmiertelnie okaleczonego ciała, spoczywającego w błocie. Długie blond włosy Kasi umoczyły się w brudzie oraz jej własnej krwi, która zdążyła już zaschnąć. Z pleców wystaje rękojeść noża. Osoba, którą jeszcze wczoraj widziałem w szkole, leży tutaj jak bezużyteczna kukiełka. Niewinna, wesoła dziewczyna brutalnie zadźgana nożem. Robi mi się słabo. Odwracam wzrok od tego makabrycznego obrazu i wracam pośpiesznie do Olafa, udając mniej przejętego, niż w rzeczywistości jestem. Tuż za mną rozlega się stanowczy głos policjanta:
-Proszę nie robić zdjęć!
-I jak?- pyta mnie z cieniem ciekawości na twarzy.
Biorę głęboki, uspokajający oddech.
-To... –serce bije mi głośno w piersi, niemalże zagłuszając myśli.- Kto mógłby to zrobić?
Oddycham ciężko. Głos mi drży. Olaf musiał to zauważyć, ale najwyraźniej postanawia nie zwracać uwagi na tę słabość.
-Jakkolwiek filmowo by to teraz nie zabrzmiało, wiedz, że podejrzewam kogoś, kto mógłby mieć poważny motyw.- oznajmia Olaf poważnie.
-Po co ktoś to zrobił? Po co?- mówię, już bardziej do siebie, niż do przyjaciela.
-Słuchaj, Feliks. Jedyna osoba w naszej szkole, która jest typowym ćpunem, to... ?- pyta mnie, rzucając znaczące spojrzenie.
Tak... w wielu filmach była podobna sprawa... i często mordercą okazuje się być chłopak, bądź kochanek.
-Fist?- odpowiadam cicho, wciąż nie mogąc w to wszystko uwierzyć.
-Proszę nam dać pracować!- krzyczy jeden z policjantów.- Odsunąć się od taśmy!
-Jaka wielka strata...
-To straszne, Boże!
-Zwierzę, które to zrobiło, powinno smażyć się w piekle!
-Wszystko wskazuje na Fista.- kontynuuje nieco bardziej spokojny Olaf, biorąc mnie za łokieć i prowadząc z dala od przejętego tłumu, w którym to przejęte dzieci nagrywają całą sprawę na telefon, pokazując ciało palcem.- Jakie ma zainteresowania, każdy wie. Że zazdrosny o Kaśkę, każdy wie. Może wczoraj wydarzyło się coś, co pchnęło go do takiego czynu? W końcu w sobotę wypadały walentynki...
-Może poćpał i sobie coś wmówił. Debil.- bąkam z gniewem, który zaczyna we mnie dominować.- Jeśli to prawda, zrobię wszystko, by trafił za kratki. Może tam mu naprawią chory mózg.
-Jakby go miał.- zauważa Olaf.
Wzdycham ponownie. Przecieram oczy i spoglądam na tłum gapiów. Niektórzy się rozchodzą, głośno komentując wydarzenia.
-Co z policją? Przesłuchują kogoś? A gdzie ten cały Fist?- pytam, czując jeszcze większy gniew na sam dźwięk tego przydomka.
-Zanim przybyłeś, policja rozmawiała z gapiami, ale niczego konkretnego się nie dowiedzieli, oprócz tego, że chodziła z Marczakiem. Właściwie nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. A Fista nie ma. Dwóch policjantów poszło do domu państwa Kozłowskich.- wzdycha ciężko.- Strasznie im współczuję.
Czuję się słabo. Nie wiem, czy z powodu braku śniadania, czy natłoku emocji... ale pojąłem, że jestem o wiele mniej odporny psychicznie, niż początkowo podejrzewałem. Zachowuję się teraz jak jeden ze świadków, w tym programie o policji. Żałosne.
-Co teraz?- zwracam się do Olafa.
Odpowiada mi po chwili ciszy, przerywanej odgłosami ludzi i rozkazami policji.
-Nie wiem. Jedno jest pewne.- odwraca się do mnie i mówi prosto w twarz.- Nudne życie tej wsi właśnie się skończyło.
 
Jakże się z tobą zgadzam, mój najdroższy przyjacielu.... gdybym tylko wiedział, że to morderstwo stanowi początek mojego końca...

 

Ninieszy fragmet stanowi rozdział 2 powieści pt. Morderstwo wierszem napisane.
Zapraszam do zapoznania się z rozdziałem pierwszym:
i kolejnymi, które już wkrótce ukażą się na portalu Więc Jestem!

REDAKTOR DZIAŁU 'TWORZĘ' Nazywam się Łukasz Drążek. Pochodzę z Boguchwałowic (niewielka wieś gminy Mierzęcice). Studiuję języki stosowane, angielski z językiem francuskim o profilu tłumaczenowym na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu. Piszę odkąd pamiętam. Książki, wiersze... Pisanie jest moją pasją. Tak jak wiele innych rzeczy. Marketing, psychologia, taniec (liczne choreografie), reżyseria i montaż filmów (kilkanaście filmów na moim kanale youtube), muzyka. Powracając jednak do pisania; mam na koncie 4 książki. Wszystkie zostały zaakceptowane przez wydawnictwa, jednakże publikację uniemożliwiły mi pieniądze, a właściwie ich brak. Niestety w tym kraju debiutant bez znajomości nie ma prawa istnieć. Niemniej jednak kocham pisać i nigdy nie chcę przestać tego robić. Tomik wierszy „Legendy o człowieku doskonałym” tworzyłem trzy lata. Ale to nic w porównaniu do powieści, które pisałem po 4 lata. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.