Mieszkanie

I

Późne, jesienne popołudnie. Dzień był pochmurny. Wracającemu do domu Markowi towarzyszył deszcz i silny, zimny wiatr. Szedł przez park, który w chwilach trudnych działał kojąco oraz pobudzał wszystkie, nawet najdawniejsze wspomnienia. Z liści spadały pojedyncze krople deszczu; pod jednym z drzew młoda matka rozmawiała z czteroletnim dzieckiem:

- Mamo, a skąd się bierze deszcz?

- Z chmurek, Kochanie. Aniołki płaczą, gdy widzą cierpienie ludzi

- To tak dużo ludzi cierpi?

- Tak, synku. Każdy kryje w sobie cierpienie.

- A tatuś nas kocha jeszcze?

- Kocha - powiedziała. Następnie przytuliła dziecko do serca i cicho zapłakała.

Marek mknął dalej wąską alejką, chcąc jak najszybciej dotrzeć do domu. Przy końcu drogi ujrzał pijaka leżącego na ławce; był to czterdziestoletni, tęgi mężczyzna ubrany w ciemną jesionkę, porwane spodnie z materiału i zaplamione buty. Podszedł do niego i szturchnął delikatnie, by sprawdzić czy wszystko w porządku. Delikatnie się poruszył, więc Marek poszedł dalej w swoją stronę, nie oglądając się już na nikogo. Wykonał jednak kilka kroków i usłyszał rozpaczliwy, bełkotliwy głos niedawno spotkanego pijaka:

- Nic już nie ma! Sam jestem na tym podłym świecie – tu przerwał, by przełknąć spływające łzy, które już go dławiły. Po chwili milczenia mówił dalej:

-Boże jaki człowiek jest marny w tym świecie. Nikogo już nie mam, nikogo poza tym deszczem, wiatrem i cholerną butelką wódki, która z każdym dniem mnie zabija, przywołując parszywe wspomnienia. Ludzie umierają przez choroby, katastrofy, okrucieństwo, a ja zdechnę przez gówniane wspomnienia!

Jęczał jak porzucone, zagryzione zwierzę, które już nie ma ratunku i tak jak to zwierzę czuł nadchodzący koniec, powolny i bolesny.

Szybkim krokiem Marek zbliżał się do mieszkania, skąd dobiegał głośny dźwięk telefonu. Gdy wszedł już do środka, spokojnie podniósł słuchawkę.

- Halo

- Marek, halo, Marek to Ty? Z tej strony Kuba. Jak się trzymasz? Wszystko w porządku?

- Tak, wszystko dobrze, dziękuję.

- Gdzieś ty się podziewał? Dzwonię i dzwonię…

- Byłem w pracy, nie musisz się tak martwić.

- Och, a ty znowu swoje. Nie zamęczam Cię już. Gdybyś jednak…

- Wiem, gdzie szukać pomocy. Do zobaczenia.

Odłożył słuchawkę i położył się na łóżku. Mieszkanie jego było niewielkie, ciasne i ciemne. Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdowała się malutka kuchnia, po prawej stronie łazienka, zaś z lewej pokój. Wewnątrz unosił się dziwny, duszący zapach, którego nie sposób było się pozbyć. Trudno też powiedzieć, że Marek lubił to miejsce. Był tu właściwie tylko gościem, który zbiera siły przed następnym, być może jeszcze cięższym dniem.

Nie minęło kilka minut i ktoś zaczął pukać do drzwi i silnie poruszać klamką, która zresztą nieprzyjemnie skrzypiała. Mężczyzna otworzył, a jego oczom ukazała się młoda, dwudziestodwuletnia dziewczyna imieniem Izabela. Oczy miała niebieskie, brwi małe i cienkie, oblicze łagodne. Wzrostem również nie grzeszyła: mierzyła zaledwie 155 cm, aczkolwiek, jak twierdzili mieszkańcy kamienicy, dodawało jej to uroku. Marek spojrzał na nią z obojętnością i ruchem ręki zaprosił do środka. Weszli do kuchni, Izabela zajęła miejsce przy stole tuż obok ściany, Marek natomiast usiadł przed nią i chwilę siedzieli w milczeniu, które zakłócały krople deszczu uderzające o parapet. Po chwili Izabela się odezwała:

- Mareczku, wiem że ci ciężko, ale musisz dać sobie pomóc. Odtrącanie ludzi to nie jest wyjście – powiedziała delikatnym głosem, jakby niepewnie.

-Iza, a co mam zrobić według ciebie? Mija już drugi miesiąc i nic się nie zmienia. Chodzę do pracy, wracam i plątam się po tej klitce, w której nawet już miejsca nie mam – odpowiedział z żalem w głosie, próbując jednocześnie zgrywać twardziela.

-Ale nie możesz tak… Wszyscy się martwią o ciebie, o twoje zdrowie. Jesteś cieniem samego siebie, wyschnięty na patyk, nie dojadasz. Zobacz co się stało z mieszkaniem. Jak ty chcesz się podnieść, skoro tak łatwo rezygnujesz z życia, z siebie?

Marek spojrzał na nią i obojętnie się uśmiechnął. Znowu milczeli chwilę, po czym powiedział:

-A na cóż mi to mieszkanie? Po co mam jeść? Iza, ja nawet głodu nie czuję od dwóch miesięcy, rozumiesz? Gdybym wziął kromkę chleba i zjadł, to pewnie bym zwymiotował po chwili.

-Myślisz, że takiego właśnie by cię chciała oglądać? Obojętnego, zrezygnowanego? Co się stało, to się nie od stanie i pora to przyjąć do wiadomości. Bóg ci ją zabrał i widocznie tak musiało być…

-Milcz – przerwał jej – tak musiało być? Jak mam przejść do normalnego życia, skoro wszystko mi ją przypomina!? Głupia koszulka, łóżko, fotel, wszystko… Nigdy nie będę umiał przyjąć do wiadomości, że ona to zrobiła, że dała się pociągnąć w tę cholerną, ciemną otchłań!

Przerwał i z jego brązowych oczu popłynęły łzy. Podszedł do okna i chwilę patrzył na deszcz, jednak krople łez przysłaniały cały widok. Usiadł z powrotem przy stole i oparł głowę na rękach.

- Marku…

-  Nic nie mów. Idź proszę, chcę zostać sam.

- Jak chcesz, Marek. W razie potrzeby wiesz, gdzie mnie szukać. Dobranoc.

Wyszła w milczeniu. Marek chwilę szlochał, następnie wstał i z wściekłością zrzucił wszystko ze stołu. Tyle to wszystko warte! Jesteś i cię nie ma – myślał, idąc już w stronę pokoju.

Była już godzina dwudziesta trzecia. Mężczyzna położył się na łóżku i próbował usnąć, lecz bezskutecznie. Głośny płacz dochodzący z zewnątrz przyprawiał o dreszcze, a jęczenie psa wywoływało tylko łzy bezsilne i bolesne. Deszcz z każdą chwilą słabł, Marek przewrócił się na prawy bok i zamykając oczy, pragnął chociaż na chwilę w tym sennym amoku zapomnieć o wszystkim, nawet o tym, że żyje.

II

Marek wolnym ruchem otworzył drzwi swojego mieszkania. Wewnątrz było ciemniej, było niemal jak w trumnie i zdawało mu się, że słyszy głos, ale jakiś dziwny szum zakłócał mu dokładne zrozumienie. W głowie mu huczało, czuł przeszywający ból w klatce piersiowej i nie wiedział, co było jego przyczyną. W końcu głos stał się wyraźniejszy i dało się zrozumieć co mówi ów tajemniczy głos:

- Marku, tutaj, chodź szy…- tu nastąpiła długa pauza, która wzbudziła w nim jeszcze większy niepokój.

- To Ty? Boże… przecież Ty nie żyjesz – powiedział zaskoczony i szybkim krokiem pobiegł do łazienki, skąd dochodził głos.

Drzwi jak na złość były zamknięte, szarpał je, kopał, bluzgał po cichu i na razie nie mógł nic zrobić.

- Marku… - znów usłyszał niski głos, ale już cichszy, zrezygnowany. Jeszcze raz szarpnął mocno drzwi i w końcu otworzył. Wszedł do małego pomieszczenia i zamarł z przerażenia, czuł jak przeszedł go prąd od stóp do głów, był jakby sparaliżowany, chciał się poruszyć, jednak nie mógł. Podszedł do wanny a tam była ona, nieżywa, niemal po szyje zanurzona w krwistej wodzie, miała otwarte oczy, ale już go nie widziała. Głowa jej opadła, a woda stała się czysta. Marek oparł czoło na delikatnej dłoni dziewczyny i zamknął oczy.

W Tym momencie się obudził i dotarło do niego, że to był tylko sen; był spocony i rozpalony. Poszedł do łazienki upewnić się, czy na pewno nie działo się to na jawie i wrócił do łóżka. Popłynęło mu mimowolnie kilka łez i znowu zasnął, zasnął, słysząc gdzieś z zewnątrz płacz małego dziecka.

III

O godzinie szóstej Marek wolnym ruchem wstał, zjadł kromkę chleba i przemył twarz zimną wodą. Mimo jesiennej aury słońce świeciło jaskrawo i oświetlało niewielki pokój, w którym znajdował się mężczyzna. Chwilę patrząc w lustro, nałożył długą, szarą kurtkę i wyszedł na zewnątrz. Szedł szybko, jakby przed czymś uciekał, jakby chciał coś za sobą zostawić, może ten cały ból, który w sobie nosił, a może to słońce, które złośliwie podążało za nim? Tego nie wiedział nikt i nie mógł wiedzieć. Głowę miał spuszczoną, nie zwracał w ogóle uwagi na przechodzących ludzi i na samochody, które co chwila przejeżdżały mu przed nosem. Gdy doszedł do skrzyżowania, zobaczył małego, rudego chłopca sprzedającego gazety, więc podszedł i z obojętnością (a może i nie?) zagadnął do niego:

- Co tam sprzedajesz, młody?

- Dzisiejsze gazety. Chce pan jedną – spytał zapalczywie wesoły rudzielec.

-A daj, zobaczymy, co w świecie słychać - Odpowiedział po cichu Marek

- To będzie złoty pięćdziesiąt

- Masz dwa. Reszty nie trzeba

- Dzięki! Dobry napiwek na początek dnia. A pan coś niewyraźnie dziś wygląda, Panie Marku – stwierdził z wesołością, ale i z jakąś troską chłopiec.

- Ja? A nie nie. Wszystko w porządku. Głowa mnie trochę boli, to wszystko.

- Głowa? Fiu fiu, to widzę, że wczoraj było grubo, hm? Ale przyzwyczai się pan. Mój ojciec to już ma taką wprawę, że bólu nie czuje!

- Twardy zawodnik. No nic, uciekam. Serwus mały.

- Do zobaczenia!

 Szedł w stronę knajpy, gdzie często zachodzi w drodze powrotnej z pracy. Słońce wznosiło się coraz wyżej i nic nie zapowiadało, że z upływem dnia zniknie za chmurami. Do celu było coraz bliżej. Ludzie rzucali Markowi różne spojrzenia: a to współczujące, a to prześmiewcze, a to takie, a to owakie, a to jeszcze inne, a to jeszcze jeszcze inne. Zauważył to w końcu sam bohater i przystanął na chwilę, opierając się o poręcz. ,,Czy naprawdę aż tak strasznie wyglądam? Najpierw ten chłopiec, teraz ci ludzie? Gdzie mam się w końcu schronić’’ – myślał. W tym momencie zerwał się nieco wiatr. Jego uderzenie poczuł na policzku, jakby ktoś wymierzył mu cios z otwartej dłoni. Potrząsnął szybko głową i ruszył dalej. Doszedł do knajpy, zanim wszedł jednak zajrzał przez szybę. Było pusto, przy barze siedziało tylko kilku facetów i piło piwo. Wszedł zatem, usiadł przy stoliku znajdującym się koło okna, zdjął kurtkę i czekał aż podejdzie kelner, by mógł złożyć zamówienie. Siedział nieruchomo, czasem dochodziły do niego tylko słowa, na podstawie których można było wywnioskować, że rozmawiano o wczorajszym meczu:

- Tak wtopić, to się w głowie nie mieści! – powiedział grubym głosem pierwszy

- Niedługo to będziemy drżeć przed San Marino, panowie – dorzucił drugi

- Eeee no, nie było chyba tak źle, co? – spytał trzeci cichym głosem

- Pewnie, że nie było źle. Było Tragicznie! Ale ja już nie raz mówił wam, że jak długo te leśne dziadki będą w związku, tak długo będziemy oglądać dupy innych – znowu rzekł ten pierwszy.

Bagatela – pomyślał Marek i zanurzył wzrok w tętniącym życiem mieście. Tu dzieciaki kopały piłkę, tam ludzie biegli do pracy, jeszcze dalej jakiś młody muzyk przygrywał na gitarze, wszystko to było żywe, prawdziwe, zupełnie inne życie niż to, które jest tu w jego wnętrzu. Samochody przejeżdżały obok, a on siedział, ludzie przechodzili obok, a on siedział, ptaki przelatywały obok, a on siedział, siedział w miejscu podczas gdy wszystko inne szło do przodu swoim torem. Lepszym lub gorszym ale szło. Wpatrywanie przerwał mu kelner, stojący przy nim.

- Co podać? – spytał szczuplutki, niespełna może dwudziestoletni chłopaczek

- Dwa piwa niech pan da – odpowiedział obojętnie Marek

- Coś do zjedzenia?

- Nie nie. To wszystko.

Kelner poszedł zrealizować zamówienie, a Marek dalej patrzył za okno, tam w dal gdzie go nie ma, bo nie może być, bo jakże ma pasować do życia ktoś, kto jest tu tylko ciałem? Patrzył ślepo przed siebie, słuchając muzyki dobiegającej z radia:

Czy jest gdzieś taki ktoś
Kto jest samotny tak, jak ja - nie wiem
Czy jest gdzieś taki ktoś
Kto czuje to, co czuję ja(…)

Kołatające myśli przerwało mu delikatne klepnięcie w ramię; Marek nie obejrzał się, a już obok niego siedział Kuba – niewysoki szczupły mężczyzna o delikatnym, wręcz dziewczęcym obliczu i ciemnych oczach. Nos miał krótki, włosy jasne, niemal złociste i brwi schodzące w kierunku nosa.

- Cześć bracie, co dobrego - spytał prędko Jakub.

- Jak było tak jest – odrzekł odpychająco Marek.

- No co z Tobą, stary? Masz urlop i tu siedzisz? – ciągnął dalej przyjaciel.

- A co mam robić?

Tu kelner przerwał rozmowę podając piwo w niewielkim kuflu. Marek spojrzał w jego kierunku i od razu zapłacił za zrealizowane zamówienie.

- A dla pana coś będzie? – spytał kelner Jakuba

- Nie, dziękuję. Najwyżej pana zawołam w razie potrzeby.

Kelner odszedł i nastało chwilowe milczenie, które topiło się w coraz większym szumie panującym w knajpie. Słońce powoli chowało się za chmurami, a ruch uliczny nasilał się z każdą chwilą; już nie było widać tylko gromadki dzieci ganiających za piłką i ludzi przechadzających się alejkami. Tłok mieszał się z dymem wydobywającym się z rur samochodów i fabryki znajdującej kilka ulic dalej. Milczenie przerwał Kuba:

- Pytasz co masz robić… Wszystko jest lepsze od stania w miejscu. Wiem, dwa miesiące to nie dużo, ale pomyśl: Czy ona się cieszy patrząc na ciebie w takim stanie?

- Patrząc? Skąd patrząc do cholery? – spytał Marek, patrząc w ciemne oczy przyjaciela.

- No z nieba, Marku, z nieba. Przecież…

- Jakiego znowu nieba?! Zastanów się, o czym ty do mnie mówisz, człowieku – warknął z jakimś tygrysim zapędem, zbliżając swoją twarz do twarzy Kuby – Nie ma żadnego nieba i jej też tu nie ma! Nie ma jej tu, nie ma jej tam. Nigdzie jej nie ma, rozumiesz?

- Co ci się stało? O ile dobrze pamiętam, to…

- Tak, wierzyłem, byłem katolikiem, ale to się zmieniło. Gdzie jest miłość twojego Boga? Czy ty kochając swoją żonę, zabierasz jej na zawsze siostrę, brata, kogoś z rodziny? Ja wiem, na każdego przychodzi czas, ale ona miała dwadzieścia cztery lata! Czytałeś dzisiejszą gazetę? Dwie osoby znowu popełniły samobójstwo. Jeśli tak wygląda świat według Bożego zamysłu, to ja chyba naprawdę byłem głupi, że dałem się w to wciągnąć.

- Stary… wiem, że nie jest ci łatwo. Nikomu by nie było, ale postaraj się z tego wyjść. Wróć do domu, odpocznij, poukładaj myśli. Przed tobą szmat czasu – odpowiedział Kuba z drobnym wahaniem.

- Jakiego domu… Jakiego domu, Kuba – tu przerwał na chwilę, przełknął ślinę niczym gorzką pigułkę i mówił dalej - to już nie jest moje mieszkanie, rozumiesz? Słyszałem różne bajki, że dom to jest azyl dla człowieka i oaza spokoju; ja się pytam gdzie ten spokój? Wchodzę do tych cholernych czterech ścian i niczego nie jestem pewien, moje poczucie bezpieczeństwa – którego i tak zresztą mam resztkę – znika z każdym krokiem w głąb tej nory. Nie mogę spać spokojnie, śnią mi się koszmary, zasypiam z łzami w oczach, które już parzą moje policzka i budzę się co chwila w nocy sprawdzić czy to, co widzę we śnie, jest prawdą. Boję się przechodzić z pokoju do kuchni, bo mam wrażenie, że ona tam będzie… martwa, wisząca..

Znowu nastało milczenie. Marek spuścił głowę i dało się zauważyć, że dusi łzy w sobie, jednak jego smutek ginął martwo w głosach i krzykach z zewnątrz. Kuba, który był przy nim w każdym momencie jego życia, nie wiedział co ma powiedzieć. On, jego najbliższy przyjaciel nie wiedział, co powiedzieć. Spojrzał za okno wziął kufel piwa, wypił do dna i począł mówić zdecydowanie.

- Marek, na litość Boga! Bracie, nie możesz dać się złamać. Cierpienia nie unikniesz, przez nie musisz przejść i innego wyjścia nie masz. Myślisz, że ona by chciała, żebyś tak tu siedział, gnił i zaprzepaszczał swoje życie? Wiem, jak boli śmierć bliskiej osoby, bo sam straciłem przyjaciela: zginął w katastrofie górniczej. Ciągle widzę jego popaloną twarz, obandażowane ciało i dwójkę płaczących dzieci, które nie mogły nawet go przytulić, ponieważ czuł taki ból, jakby coś palącego przykładali mu do ciała – tu przerwał na chwilę i położył mu rękę na ramieniu i zacisnął. Popatrzył Markowi w oczy – Wiem, że człowiek w obliczu tej podłej dziwki jest bezsilny, ale co my możemy, bracie?

- Mogłem temu zapobiec… - powiedział, niemal płacząc, Marek

- Nie mogłeś! Nie mogłeś być przy niej dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie mogłeś przewidzieć jej myśli, nie jesteś jasnowidzem. Wyglądało wszystko dobrze: uśmiechała się, była rozmowna, studiowała; nic nie wskazywało na to, że się powiesi – zbliżył twarz do twarzy Marka – Każdy upada, liczy się to, jak po upadku będziesz wstawać.

-Muszę iść, Kuba. Trzymaj się stary, do zobaczenia – odrzekł cicho i podał rękę Kubie.

Wstał od stolika, zostawił pieniądze kelnerowi i poszedł do wyjścia. Szedł w strugach deszczu, który ni stąd ni zowąd zaczął padać. Wracał ulicą do domu; krople silnie uderzały o beton, a niebo pokryły szare chmury, które niemal w całości pochłonęły miasto. Mimo wczesnej godziny było ciemno, tylko samochody oświetlały drogi i ulice, wzdłuż których człapał Marek. Krople topiły brudy na alejkach i przeszywały jego wnętrze niczym piorun, który łamie drzewa, i żywioł porywający wszystko, co stanie na jego drodze. Nie spieszył się. Stawiał powolnie krok za krokiem, celebrując każde przejście przez ulicę szarą, brudną, zmoczoną od kałuż. Był już blisko swojej dzielnicy; z każdym krokiem było coraz bardziej pusto i szaro. Stanął pod swoim oknem, które raz się zamykało i raz otwierało od siły wiatru. Stał i wpatrywał się w nie jak żebrak szukający jedzenia, lecz on nie szukał jedzenia, nie czekał na nie – czekał na dzień, który wszystko zmieni, który uwolni go od cierpienia, czekał niczym na anioła chcącego oddać swoje skrzydła; chciał się unieść chociaż na chwilę nad dachami, nad kominami fabryk, nad ptakami, nad całą materią. Chciał się wznieść ponad ludzkie cierpienie i je pokonać.

IV

Godzina ósma. Słońce powolnie wyglądało zza chmur, a liście pokryły niemal całe ulice i zmoczone od deszczu lepiły się do butów. Mimo wielkiego tłoku było spokojnie; jedni udawali się do pracy, drudzy już od kilku godzin byli na nogach. Najwcześniej wstawali pracownicy fabryki. Jak mówiono o nich: byli to ludzie prości i w swej prostocie czyści, niewadzący nikomu; nie było zgrzytu między nimi, każdy się rozumiał już niemal bez słów - znali każdy swój ruch powolny i szybki, każdy gest wolny i mimowolny, a wszystko to sprawiało, że nie było między nimi czegoś, co by powodowało jakikolwiek konflikt. O ósmej wszyscy robili sobie 10 minut wytchnienia na zjedzenie śniadania. Kuba współpracował głównie z Krzyśkiem i Zbyszkiem i z nimi najczęściej spędzał przerwy.

- Te, Kuba, a gdzie się podziewa nasz Mareczek, wiesz coś?- spytał z ciekawością ,,Zbychu’’

- A pieron go wie. Widziałem go ostatni raz tydzień temu w barze i od tamtej pory gdzieś przepadł – odpowiedział Kuba

- Może wyjechał gdzieś do rodziny, czy gdzie? – ciągnął Krzysiek

- Nie miał nikogo, chłopaki. Był tu sam jak drzewo posadzone gdzieś na wzgórzu – stwierdził Kuba.

Chwile milczeli, jedząc grubo ukrojone kromki chleba i przepijając ciepłą herbatą z termosu. Ciszę, rozchodzącą się po całym jednym piętrze fabryki przerwał Kuba:

- Myślę, że się już nie dowiemy, co się z nim dzieje

- Czemu? – spytał Krzysiek

- To niewolnik już. On nie jest niewolnikiem pracy tylko, lecz już własnego mieszkania, życia i siebie samego.. On zapomniał, co wolność znaczy, co szczęście znaczy, co spokój znaczy. Jest więźniem, któremu ktoś nałożył kajdany na ręce i nogi. A może, daj Boże, będzie lepiej i wyjdzie na prostą chłopak?

- Oby, panowie, oby – skończył Zbyszek.

Wielu się zastanawiało, co działo się z Markiem. Nikt nie potrafił znaleźć odpowiedzi i znaleźć jej nie mógł. Tylko on, tylko Marek wie, co mu w głowie siedzi – tak mawiali w pracy. Słońce ginęło z każdą godziną i znów nastawała ciemność; ruch na ulicach malał i zostawiał pustkę, która pochłaniała każde ludzkie szczęście, każdy, nawet niewielki uśmiech.

Mijał dzień za dniem i nikt nie znajdował odpowiedzi: Czy Marek wyjechał i zaczął żyć od nowa, z dala od przeszłości, czy w tej przeszłości utonął jak dziecko w wodzie, które nie umie pływać? Po kilku następnych tygodniach domysły i dywagacje ucichły niczym grzmoty burzowe. Została tylko niewiedza, pusta niewiedza, która z każdym dniem pochłaniała już coraz mniej osób.

 

Nazywam się Marcin Kozak i jestem studentem socjologii. W wolnych chwilach staram się pisać i tym właśnie chciałbym się z Wami podzielić:) Nigdy nie wiem, co o sobie napisać, dlatego najlepiej będzie jak stworzycie sobie mój obraz na podstawie, tego co tworzę. Z góry dziękuję za poświęcenie chwili na przeczytanie. Jeśli ktoś byłby zainteresowany znajomością, wymianą poglądów, to zostawiam emaila: mkozak_92@o2. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.