Farmakologizacja społeczeństwa

„Lekarstwo bywa gorsze od choroby.”
Francis Bacon

 

Pęd za doskonałością oraz silna chęć przekroczenia możliwości własnego organizmu – to wyznaczniki życia we współczesnym świecie. Próby sprostania wyzwaniom naszych czasów powodują masową konsumpcję różnego rodzaju „cudownych” preparatów. Dziś doping nie ogranicza się jedynie do sportu. Ludzie sięgają w stronę farmakologii, by zmniejszyć ilość potrzebnego snu do minimum, by poprawić własną sprawność seksualną, by ich mózgi pracowały bez jakichkolwiek limitów czasu, by walczyć z czasem i z nieuchronnie pojawiającymi się oznakami starości na ciele, czy wreszcie po to, by czuć się po prostu zadowolonym. Klaruje się tu obraz „nadczłowieka”, którego status ciężko osiągnąć bez wspomagania... Leki przestały być po prostu lekami. Teraz pełnią dodatkową funkcję, można posunąć się wręcz do stwierdzenia – funkcję „dopalaczy”. Wkraczamy w epokę, w której farmakologia będzie mogła zaradzić dosłownie wszystkiemu. Czy będziemy potrafili się temu oprzeć?

Jak to się zaczęło?

Coraz bardziej krytykuje się różnorakie instytucje medyczne za rosnące uzależnienie od farmakologii. Przytłacza dziś człowieka nieodparte wrażenie, iż medycyna odchodzi od dbania o dobro pacjentów, a skłania się coraz bardziej do działania w imię interesu własnego i... swoich sponsorów. Początkowo wiele instytucji pozostających w służbie medycyny pełniło pożyteczne funkcje, kierując się głównie podnoszeniem jakości usług i tym, co najlepsze dla ludzi. Wszystko zmieniło się jednak po drugiej wojnie światowej. Transformacja ta polegała na upolitycznieniu problematyki związanej z ochroną zdrowia. Bardzo wyraźnie widać tendencję tę na przykładzie Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego (ang. American Medical Association, AMA). AMA powstała na przełomie XIX i XX w. W owym czasie na amerykańskim rynku można było kupić tysiące rozmaitych produktów leczniczych i dzieliły się ona na dwie kategorie. Z jednej strony wiele małych producentów sprzedawało swoje syropy, eliksiry i zioła bezpośrednio wszystkim zainteresowanym, z tym, że receptury i składniki owych substancji pozostawały tajemnicą ich drobnych wytwórców. Z drugiej strony funkcjonowali wielcy producenci. Produkowali oni mikstury chemiczne, zwane „lekami etycznymi” i sprzedawali je „hurtowo” aptekarzom prowadzącym następnie sprzedaż detaliczną. Co ważne, żadni sprzedawcy ani producenci nie musieli w owym czasie udowadniać przed władzami, że ich leki są bezpieczne lub skuteczne. W takiej sytuacji Amerykańskie Towarzystwo Medyczne wzięło na siebie zadanie oceny dostępnych na rynku specyfików. Utworzono w tym celu „dział propagandy”, który obserwował rynek „patentowych” medykamentów. Takie działanie miało chronić Amerykanów przed zakusami „znachorów i oszustów”. AMA publikowało rezultaty swoich badań w fachowych czasopismach, a najlepszym z lekarstw przyznawano certyfikat jakości. Sytuacja w zakresie obrotu lekarstwami zmieniła się diametralnie wraz z przyjęciem przez Kongres w 1938 roku ustawy pod nazwą „Food and Cosmetic Act”. Od tego momentu zgodnie z prawem producenci leków musieli wykazywać przed Urzędem ds. Żywności i Leków (ang. Food and Drug Administration, FDA), że ich produkty są bezpieczne (nie musieli jeszcze wtedy udowadniać, że są one skuteczne). Kolejny krok w kierunku ograniczania dostępu do leków uczyniono w 1951 roku, kiedy Kongres przyjął poprawkę o nazwie Durham-Humphrey Amendment. Zgodnie z jej zapisami większość nowych leków stała się dostępna wyłącznie na receptę. Od teraz do lekarza trzeba było chodzić nie tylko po pierwszą receptę, ale również po każdą kolejną w ramach dalszej terapii tym samym specyfikiem. Dzięki nowemu prawu lekarze zyskali absolutnie uprzywilejowaną pozycję względem tzw. zwykłych ludzi. Zaczęli kontrolować dostęp do antybiotyków i wszystkich nowych leków pojawiających się na amerykańskim rynku. Kolejne akty prawne regulujące rynek leków dla „dobra obywateli” wytworzyły sytuację, w której interesy finansowe lekarzy i firm farmaceutycznych zbiegły się. AMA bardzo szybko zaadaptowało się do nowej rzeczywistości. Zezwoliło na zamieszczanie w swoich publikacjach reklam leków, które nigdy nie otrzymały akceptacji ze strony Rady ds. Farmacji i Chemii. Co więcej, w 1955 roku zaniechano całej inicjatywy przyznawania farmaceutykom znaku jakości AMA. Do roku 1957 roczny budżet Rady ds. Farmacji i Chemii ograniczono do „nędznych” 75 tys. dolarów, co było zrozumiałe biorąc pod uwagę, że AMA przestało zajmować się oceną jakości leków. Jednak nie tylko AMA i lekarze zrezygnowali stopniowo z pełnienia funkcji „watchdoga” wobec firm farmaceutycznych. W promocję ich produktów mocno zaangażowały się również media. W 1951 roku, tj. kiedy wprowadzono obowiązek uzyskiwania recepty na leki, firma „Smith, Kline and French”, we współpracy z Amerykańskim Towarzystwem Medycznym, rozpoczęła produkcję programu telewizyjnego pod tytułem „March of Medicine” („Pochód medycyny”). Jego celem było uświadamianie Amerykanom zalet coraz to nowych lekarstw, jakimi producenci zaczęli stopniowo zalewać amerykański rynek. Jednocześnie gazety i czasopisma zaczęły drukować artykuły, w których lekarze dawali świadectwo skuteczności nowo pojawiających się medykamentów. Zyski Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego z samych reklam, zamieszczanych w wydawnictwach AMA, urosły z 2,5 mln dolarów w 1950 roku do 10,5 mln w roku 1960. Można powiedzieć, że począwszy od lat 50-tych dla wszystkich beneficjentów nowego systemu sprawy zaczęły biec w dobrym kierunku. Naturalnie nie dotyczyło to samych pacjentów, którzy stali się jedynie przedmiotem w grze prowadzonej przez producentów, lekarzy, biurokrację medyczną oraz administrację państwową. I choć każda z tych grup miała nieco inne priorytety, na poziomie fundamentalnym wszyscy grali de facto do jednej bramki.[1]

Potęga reklamy

Współcześnie promocja cudownych medykamentów w mediach jest czymś na porządku dziennym. Reklama tworzy w głowach ludzi iście sielankowy obraz farmakologicznej rzeczywistości. Media tworzą przekonanie, że leki nie służą już tylko do leczenia konkretnych schorzeń, ale zapewniają też lepsze samopoczucie, warunkują realizację planów zawodowych oraz pozwalają prowadzić udane życie rodzinne i osobiste. Ba! Mogą zapewnić nawet piękną opaleniznę! Cudowne pigułki noszą także tak chwytliwe nazwy jak: celexa (caelestis to po łacinie niebiański), emocal (emotional calmer – wyciszacz emocji), motivest (motywator maksymalny), ladose (laudem – po łacinie chwalić pod niebiosa, dose – dawka), lovan (love on – kochaj dalej) czy fevarin, faverin i favoxil (nawiązujące do ferworu – przyjacielski gest).[2] Nic dziwnego, że ludzie dają się „złapać” na tę wędkę promocyjnej manipulacji. Są jednak też tacy, którzy trzeźwo patrzą na sprawę i głośno wyrażają swoje zdanie, na przykład w Internecie:

KŁAMCY i ZŁODZIEJE!!! Leczyć objawy, a nie przyczyny? Powariowaliście? Hipokrates w grobie się przewraca. Jak biedny człowiek ma wyzdrowieć, gdy ma wokół takich głupoli - firmę farmaceutyczną, agencję reklamową, przekupione uczelnie i oszukanych lekarzy. IG Farben, wasi kolesie po fachu za czasów II wojny zagazowali miliony ludzi - dziś to jest firma Bayer i robi nam aspirynę. Niech ktoś się obudzi - ten świat cierpi na chorobę o nazwie Matrix. A wy - zatruwacie nas, MORDERCY.[3]

Koncerny farmaceutyczne w Polsce, w pierwszej połowie 2012 roku, zainwestowały w reklamę ponad 1,5 mld zł, licząc w cenach cennikowych.[4] A reklama nie powinna być przewodnikiem po świecie farmaceutyków! Medykamenty są substancjami chemicznymi, które niewłaściwie użyte mogą wyrządzić wiele szkód w organizmie człowieka. Farmakoterapia jest bardzo skomplikowaną metodą przywracania zdrowia, która wymaga nie tylko wiedzy i doświadczenia lekarza, ale również minimum świadomości medycznej pacjenta przyjmującego określony lek. Przemysł farmaceutyczny i jego propaganda w mediach rozwija się jednak aż miło, a wszystko przez modę... Modę na bycie kimś więcej niż tylko człowiekiem, modę na życie bez bólu, bez smutku, modę na połknięcie jednej tabletki, która „załatwi” każdy problem. Bardzo interesująca jest reklama preparatu witaminowego Centrum:

„Lubisz szybką małą czarną?

Wyciskasz z dnia ostatnie soki?

Nie zawsze idzie ci w życiu jak z płatka?

Często nie masz czasu na zdrowe życie. Szybko wypity sok pomarańczowy, w locie złapana garść płatków kukurydzianych, a potem przez resztę dnia kawa za kawą. Mimo tak szalonego tempa, niezałatwionych spraw na wczoraj coraz więcej. Właśnie wtedy liczy się prawidłowe uzupełnienie Twojej diety potrzebnymi witaminami i składnikami mineralnymi. Centrum. Kompletne od A do Z. Każdego dnia.”

Nieważne, jak zabójczy dla zdrowia prowadzimy styl życia. Jedna dawka Centrum wyeliminuje wszelkie niebezpieczeństwo! Hasła tego typu nie służą promocji zdrowia. Stoją w sprzeczności z zasadami racjonalnego stosowania leków. Zachęcają do stosowania leków na każdą okazję, co może prowadzić do ich nadużywania (i tak, notabene, niestety już się dzieje). Jest to sprzeczne zarówno z ustawą jak i z artykułem 10. Kodeksu Etyki Leków OTC: „Działania reklamowe w odniesieniu do produktów leczniczych nie mogą: 2) zawierać informacji prowadzących do nadużywania lub niewłaściwego stosowania danego leku.” Światowa Organizacja Zdrowia traktuje nadużywanie leków, czyli zażywanie leku w celu uzyskania pozytywnych doznań lub uniknięcia negatywnych w razie nie zażycia leku, jako uzależnienie psychiczne.[5]

Rewolucja w psychiatrii

Do niedawna poważna gałąź medycyny – psychiatria, była traktowana po macoszemu. Lekarze innych specjalności patrzyli na swoich kolegów po fachu (a może jednak nie po fachu?) od „umysłu” z pobłażaniem. Aż tu nagle – bach! Nastąpiła istna psychofarmakologiczna rewolucja. Od lat 50. ubiegłego wieku w użycie weszły leki psychoaktywne. Warto dodać, że przed ich pojawieniem się psychiatria prawie w ogóle nie interesowała się rolą neuroprzekaźników, czy też funkcjonowaniem mózgu. Posługiwała się teoriami psychologicznymi ze szczególnym upodobaniem do tych freudowskich. Jednak kiedy w latach 80. XX wieku proces farmakologizacji tej dziedziny medycyny postępował, „umysł” przestał kompletnie psychiatrów interesować, którzy całą swoją energię poświęcili na kontemplowanie... mózgu. Jeden z czołowych przedstawicieli nowoczesnej psychiatrii, Leon Eisenberg (1922-2009), profesor Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa oraz Uniwersytetu Harvarda, który był jednym z pierwszych uczonych badających wpływ stymulantów na zaburzenia uwagi u dzieci, stwierdził, że pod koniec XX w. amerykańska psychiatria przeszła od stanu „bezmózgowia” (ang. brainlessness) do stanu „bezumysłowści” (ang. „mindlessness”).[6] Zapanowała euforia! W końcu psychiatrzy mogli zacząć uzdrawiać za pomocą medykamentów, w końcu awansowali do tej samej ligi, co wszyscy inni lekarze! Dzięki lekom psychiatria zyskała „chorych”, których nareszcie można było „leczyć”. Ale... Jak pisze Marcia Angell[7], wykładowca Uniwersytetu Harvarda :

Kiedy pojawiły się leki psychoaktywne, w psychiatrii powiało optymizmem. Jednak nie na długo. Już w latach 70-tych optymizm ten ustąpił miejsca poczuciu zagrożenia. Oczywistym stało się, że leki psychiatryczne mają poważne skutki uboczne. W siłę rósł też ruch antypsychiatrii, czego przykładem była rosnąca popularność prac Tomasza Szasza [autora fundamentalnego dla antypsychiatrii dzieła pt. Mit choroby umysłowej]. Antypsychiatrię spopularyzował też znany film „Lot nad kukułczym gniazdem”. Co więcej, psychiatrzy musieli coraz mocniej konkurować o pacjentów z psychologami oraz pracownikami społecznymi. Profesję tę nękały głębokie podziały wewnętrzne: niektórzy propagowali nowy, biologiczny model chorób psychicznych, podczas gdy inni wciąż wyznawali model freudowski. Jeszcze inni postrzegali zaburzenia psychiczne jako zdrową reakcję na chory świat. W środowisku medycznym psychiatria uchodziła za „ubogiego krewnego”. Nawet z nowymi lekami, psychiatrię traktowano jako dziedzinę mniej naukową niż inne specjalizacje medyczne, co przekładało się na mniejsze zarobki psychiatrów.”[8]

Jednakże do głosu doszły... media. I to nie same. Dyrektor medyczny Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (APA), Melvin Sabshin, ogłosił w 1977 roku, że organizacja ta „powinna wspierać wszystkie wysiłki na rzecz ponownej medykalizacji psychiatrii”. I rozpoczęła się kampania na rzecz promocji psychiatrii. Angell podkreśla, że psychiatrzy mieli w rękach potężną broń, jakiej brakowało ich konkurentom. Posiadając formalne uprawnienia lekarskie, mieli prawny monopol na wypisywanie recept na leki. Zdaniem Angell fakt ten ma kluczowe znaczenie dla umocnienia się psychiatrii względem innych zawodów zajmujących się zdrowiem psychicznym:

„Z jednej strony pełna akceptacja biologicznego modelu chorób psychicznych i stosowanie w terapii leków umożliwiło psychiatrii zdegradowanie innych zawodów zajmujących się zdrowiem psychicznym do statusu pomocniczego. Z drugiej strony psychiatria mogła teraz identyfikować siebie samą jako dyscyplinę naukową, równą innym specjalizacjom medycznym. Co równie ważne, dzięki skoncentrowaniu się na terapii lekami, psychiatria stała się oczkiem w głowie przemysłu farmaceutycznego, który szybko zaczął wyrażać swoją wdzięczność w namacalny sposób.”[9]

Podium dla antydepresantów

W USA wyrosło pokolenie, które nie potrafi patrzeć na świat bez różowych okularów. Od ćwierć wieku Ameryka żyje na Prozacu.[10] Według ocen Krajowego Instytutu Zdrowia Psychicznego na zaburzenia psychiczne wymagające interwencji lekarskiej cierpi w tej chwili jedna trzecia mieszkańców USA, a ponad połowa została wyleczona lub dopiero zachoruje. Pigułki szczęścia bierze stale około 10% Amerykanów w wieku powyżej 6(!) lat, przede wszystkim białych, zamożnych i dobrze wykształconych. Aby psychiatra wypisał prozac czy pokrewny lek, symptomy charakterystyczne dla depresji muszą utrzymywać się przez zaledwie dwa tygodnie. A kiedy raz się zacznie go brać, trudno przestać...[11] Osoby, które raz poddadzą się terapii lekami psychoaktywnymi, prędzej czy później wrócą do psychiatry z nowymi problemami. Jest to tzw. efekt „drzwi obrotowych”. Odwrót od terapii „przez rozmowę” na rzecz stosowania farmaceutyków zbiegł się w czasie z rozwojem w ostatnich czterdziestu latach teorii mówiącej, że choroba psychiczna spowodowana jest nierównowagą chemiczną w mózgu, którą można skorygować za pomocą leków.

Teoria ta została zaakceptowana w pełni przez media, opinię publiczną oraz środowisko medyczne po tym, jak w 1987 roku do użycia wszedł Prozac. Pojawieniu się tego specyfiku na rynku towarzyszyła szeroko zakrojona kampania promocyjna, według której Prozac skutecznie leczy niedobór serotoniny w mózgu. W następnych 10-ciu latach liczba osób leczonych na depresję potroiła się. W przypadku leczenia psychoz ten wzrost jest jeszcze większy. Antypsychotyki nowej generacji, np. Risperdal, Zyprexa, i Seroquel, wyprzedziły pod względem sprzedaży w USA nawet leki obniżające cholesterol. Tylko przez ostatnie 20 lat liczba osób cierpiących na zaburzenia psychiczne, leczonych na koszt państwa w ramach zasiłków pod nazwą „Supplemental Security Income” (SSI) i „Social Security Disability Insurance” (SSDI), wzrosła ponad dwukrotnie. W 1987 roku psychiatrycznie leczył się 1 na 184 Amerykanów, w roku 2007 już 1 na 76. W tym samym czasie liczba zachorowań wśród dzieci wzrosła aż 35-krotnie. Choroby psychiczne stanowią obecnie najważniejszą przyczynę niepełnosprawności u dzieci, daleko wyprzedzając upośledzenia fizyczne takie jak mózgowe porażenie dziecięce, czy zespół Downa.[12] Jak rzecz ma się w Polsce? Niestety, całkiem podobnie. 1 mln Polaków zażywa leki przeciwdepresyjne – powiedział Polskiej Agencji Prasowej prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego prof. Janusz Heitzman. Do placówek psychologicznych co roku zgłasza się 1,5 mln osób. W naszym kraju obchodzony jest Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego, w zeszłym roku pod hasłem: "Depresja - kryzys globalny". Z tej okazji Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) i Polskie Towarzystwo Psychiatryczne przypominają, że co piąta dorosła osoba doświadczyła w jakimś okresie życia zaburzeń psychicznych. Najczęściej są to nerwice, zaburzenia lękowe oraz depresje i psychozy. Są one częstszą przyczyną niepełnosprawności, np. absencji chorobowej, aniżeli nowotwory i schorzenia serca.[13] Jeszcze więcej dowodów na to, że zażywanie antydepresantów przez współczesnego człowieka wymyka się spod kontroli? Proszę bardzo. W artykule pt. „Antidepressant Use Has Gone Crazy: Bad News From the CDC” („Nowe szaleństwo: leki antydepresyjne. Złe wieści od CDC”), opublikowanym na portalu pisma „Psychiatric Times”, psychiatra Allen Frances, szef grupy, która opracowała czwartą edycję klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, tzw. DSM-IV, omawia nowy raport amerykańskiego Centrum Kontroli Chorób (CDC) poświęcony lekom przeciwdepresyjnym w USA. Dokument przynosi alarmistyczne dane na temat gwałtownego wzrostu ich spożycia. Okazuje się, że środki przeciwdepresyjne przyjmuje dziś aż 11% całej amerykańskiej populacji. Antydepresanty stały się trzecią najbardziej popularną kategorią leków, a w grupie wiekowej 18-44 lat są na pierwszym miejscu. Tylko w ostatnich 15-stu latach nastąpił 400% wzrost zastosowania tych środków. Według Allena przy obecnym systemie masowe nadużywanie przeciwdepresantów nie powinno być dla nikogo niespodzianką i jest m.in. skutkiem przemożnego wpływu oraz nadmiernej swobody działania przemysłu farmaceutycznego.

Oto kilka tez raportu CDC, jakie podnosi Frances:

  • Zbyt często antydepresanty przepisuje się ludziom, którzy ich nie potrzebują, natomiast osoby, którym leki mogłyby pomóc, ich w większości nie przyjmują. Ponad 2/3 wszystkich osób przyjmujących te środki nie ma depresji.
  • Ponieważ w przypadku łagodnej depresji stosowanie placebo ma 50% skuteczności, u wielu osób przeciwdepresanty działają jak placebo. Osoby takie narażają się na działanie skutków ubocznych leków, nie odnosząc żadnych korzyści związanych z działaniem zawartych w nich substancji aktywnych.
  • Wiele osób przyjmuje antydepresanty zbyt długo – ponad 60% badanych przez ponad 2 lata i ponad 14% badanych przez ponad 10 lat. Jest to szczególnie niekorzystne u osób z łagodną depresją, a właśnie w tej grupie nastąpiło gwałtowne spożycie przeciwdepresantów. To sugeruje, że osoby te, a nawet ludzie zdrowi, przyjmują te środki wyłącznie w związku z efektem placebo. Robią to zatem zbytecznie.
  • Antydepresanty przepisywane są przez lekarzy zbyt swobodnie, podczas krótkich wizyt lekarskich, zbyt często przez lekarzy pierwszego kontaktu, którzy nie mają wystarczającej wiedzy w tym zakresie i łatwiej poddają się sugestiom przedstawicieli handlowych firm farmaceutycznych.[14]

Problem: efekty uboczne

Wszystko byłoby pięknie, gdyby leki psychoaktywne rzeczywiście okazywałyby się tak skuteczne, jak życzą sobie tego psychiatrzy i przemysł farmaceutyczny. A jeszcze piękniej byłoby, gdyby nie powodowały skutków ubocznych, które zdają się wyżej wymienionym umykać. Mówi się, że schizofrenia jako choroba powoduje halucynacje, anormalne i antyspołeczne zachowania oraz średnio piętnastoprocentowy spadek ilorazu inteligencji, co może decydować o zdolności do wykonywania pracy. Trzeba sobie jednak zdać sprawę, że spadek inteligencji jest skutkiem spożywania psychotropów, które mają wyleczyć z halucynacji i antyspołecznych zachowań![15]

Masa efektów negatywnych, do których należą m.in.: zmiany w zachowaniu, infantylność, omamy, uzależnienie, a także trudności w koordynacji, trudności w koncentracji i tak dalej, to nic innego jak wynik stosowania tzw. psychotropów. Przeciętny człowiek często nie zdaje sobie sprawy z tego, że występujące u części pacjentów psychiatrycznych dziwne ruchy, dziwna mimika, charakterystyczne „kiwanie się” i przestępowanie z nogi na nogę to nie objawy zaburzeń psychicznych, tylko skutki zażywania farmaceutyków psychoaktywnych. Efekty te mają nawet swoje nazwy, zwane są: dyskinezami[16], dystonią[17] i akatyzją.[18],[19] Leki przeciwdepresyjne mogą nawet... utrwalić chorobę! Związane jest to ze znaczącą i długotrwałą zmianą funkcji neuronów. Wzrasta także ryzyko samobójstwa i pojawienia się zachowań agresywnych. Pojawia się wobec tego problem: czy psychiatryczna opieka medyczna, bazująca na modelu farmakoterapii, może de facto być motorem współczesnej epidemii chorób psychicznych? A co w takich przypadkach robią psychiatrzy? Gdy pacjent zgłasza, że po danym psychotropie czuje się gorzej, to zazwyczaj odpowiedzią lekarza jest propozycja zwiększenia dawki owego medykamentu. Lub – co gorsza - zdarza się też, że psychiatrzy zachowują się tak, jakby objawy wywołane jednymi lekami brali za „objawy postępującej choroby” i chcieli je zwalczyć... innymi farmaceutykami! To tak, jakby ich odpowiedzią na wszystko było po prostu podanie kolejnych psychotropów. A przemysł farmaceutyczny tylko zaciera ręce.

Kosmetyka umysłu

Nie trzeba być jednak zaburzonym, by przyjmować różnorakie specyfiki oddziaływające na nasz mózg i układ nerwowy. Środki dopingujące i dopalacze mózgu stają się tak powszechne, jak picie kawy na śniadanie. Prawie sto tabletek różnych leków, w tym sześć pigułek pobudzającego ritalinu, w ciągu 36 godzin zażyła Britney Spears. I oczywiście trafiła do szpitala (w styczniu 2008 r.). Środkami na receptę, dzięki którym można nie spać nawet kilkadziesiąt godzin, coraz częściej posiłkują się artyści. Niemiecki tenor Roland Wagenführer przyznał w wywiadzie dla tygodnika „Focus", że od Wiednia po Nowy Jork nie byłoby żadnego spektaklu ani koncertu, gdyby w operach i filharmoniach przeprowadzano kontrole antydopingowe. Doping mózgu wkracza także na uczelnie. Nie chodzi już nawet o tabletki czy napoje, które w składzie mają głównie magnez, czy kofeinę, taurynę, ale o coś zgoła innego. Pewna studentka medycyny powiedziała tygodnikowi „Wprost", że maturzyści i studenci w czasie sesji egzaminacyjnej posiłkują się stosowanymi u chorych na demencję lekami poprawiającymi ukrwienie mózgu, takimi jak nootropil i memotropil. Propranolol – beta-bloker, zmniejsza stres i działa przeciwlękowo. Popularne są też środki pobudzające, takie jak epinefryna (składnik dostępnego bez recepty nurofenu forte), pseudoefedryna znajdująca się w syropie tussipect oraz lek o nazwie sudafed (stosowany w leczeniu nieżytu błon śluzowych nosa i zatok przynosowych). Młodzież chętnie sięga po L-karnitynę, która wzmacnia mięśnie, a jednocześnie zwiększa sprawność mózgu (dzięki temu może chronić przed chorobą Alzheimera). Z sondażu brytyjskiego „Nature" wynika, że po środki stymulujące pracę mózgu sięga już 20% czytelników tego pisma. Coraz częściej stawiane jest pytanie, czy nie trzeba by przed ważnymi egzaminami uczniów i studentów poddawać testom antydopingowym? Natomiast osoby w średnim wieku często zażywają środki farmakologiczne, bo odczuwają spadek wydolności fizycznej i umysłowej. Osoby młode sięgają najczęściej po preparaty wspomagające, gdyż muszą sprostać rosnącym wymaganiom – dłużej pracować, efektywniej się uczyć i więcej zapamiętywać oraz wykazać większą odporność na stres. Czy podkręcanie szarych komórek stanie się więc wkrótce niezbędne do osiągnięcia sukcesu? Zainteresowanie kosmetyką mózgu rozwija się podobnie jak medycyna estetyczna. Początkowo była stosowana wyłącznie przez gwiazdy Hollywood, które chciały być młodsze i bardziej atrakcyjne, bo dzięki temu mogły liczyć na lepsze kontrakty. Dziś z medycyny estetycznej i kosmetycznej chcą korzystać nawet nastolatki. Zainteresowanie środkami wspomagającymi pracę mózgu jest równie duże, jak poprawianiem urody, jeśli nie większe – wynika z sondażu „Nature". Według dr Nory Volkow, dyrektor National Institute of Drug Abuse, amerykańscy studenci częściej stosują jedynie marihuanę. Wartość sprzedaży ginkgo biloba, poprawiającego ukrwienie mózgu, przekracza w USA miliard dolarów...[20]

Nie chcę się starzeć! Chcę być wydajny

Hollywood to nie tylko mekka filmowców. To także społeczność zdominowana przez rywalizację. Zarówno producenci, reżyserzy, aktorzy i aktorki nie chcą wypaść z tak zwanego „obiegu” i często wspomagają się kuracjami antystarzeniowymi, biorąc nawet... 40 tabletek dziennie! Proces starzenia się jest postrzegany w nowym świetle. Medycyna przeciwstarzeniowa opóźnia pojawienie się objawów starzenia i kusi wieczną młodością. Starość zaczęto postrzegać jako chorobę, której można zapobiegać za pomocą leków... Z kolei na większą wydajność szeroko stosowany jest modafinil. We Francji środek ten przepisywany jest pacjentom z poważnymi zaburzeniami snu, zwłaszcza cierpiącym na narkolepsję.[21] Po zażyciu tego leku nie zasypiają, np. w pracy i mogą prowadzić w miarę normalne życie. Zażywają go jednak także „zwykli” ludzie chcący przedłużyć własną dzienną wydajność, by móc dłużej pracować, czy po prostu wytrzymywać bez niezbędnego organizmowi ludzkiemu snu. Chociaż modafinil jest dostępny tylko na receptę, to w Internecie można kupić go już za 90 euro za opakowanie. Zwiększenie wydajności to jeden z celów strategicznych w wojsku. W 1991 roku podczas I wojny w Zatoce Perskiej armia francuska testowała na własnych żołnierzach modafinil. Produkt ten nie był jeszcze dopuszczony do sprzedaży. - Braliśmy pigułki co 6, 8 godzin – mówi weteran wojenny, Morvan Yannic, który otrzymał niegdyś rozkaz zażywania modafinilu – Dużo pracowałem. Rano jeździłem na zwiad z jednostką bojową, popołudniu naprawiałem silniki, a nocami stałem na warcie. Miałem mało czasu na sen – 3,4 godziny. Było mi ciężko.[22]

Magiczny Ritalin

Dzieci też podlegają presji społecznej. W USA 6 milionów dzieci otrzymuje receptę na ritalin. Ten kontrowersyjny lek przepisuje się pacjentom nadaktywnym. Krytycy nazywają go „pigułką posłuszeństwa”, stosowaną, by poskromić krnąbrne dzieci. Lek ma skład zbliżony do... amfetaminy! To psychostymulant, często stosowany niezgodnie z przeznaczeniem. Środek ten często biorą dzieci, które wcale go nie potrzebują, ale chcą zadowolić rodziców i mieć dobre wyniki w nauce. Wszystko, co choć trochę odbiega od normy, próbujemy leczyć farmakologicznie. Dziecko, które parę lat temu uznalibyśmy za niegrzeczne, dzisiaj nazywamy chorym...[23] Ritalin nie jest stosowany tylko u dzieci. Amerykańska pisarka Elizabeth Wurtzel uzależniła się od ritalinu. W książce „More, Now, Again" napisała, że zaczęła od dwóch tabletek tego leku dziennie. Potem brała osiem, szesnaście, a wreszcie czterdzieści pigułek na dobę. Aby wzmocnić jego działanie, podobnie jak studenci podczas sesji egzaminacyjnej zaczęła kruszyć tabletki i wciągać je nosem. Wurtzel uzależniła się też od innych leków i od kokainy. Na szczęście udało się jej wyjść z nałogu. W USA i UE jako dopalacze mózgu coraz częściej stosowane są silnie działające leki dostępne wyłącznie na receptę. Z sondażu „Nature" wynika, że najczęściej zażywany jest właśnie ritalin (metylofenidat), preparat stosowany, przypomnijmy, w leczeniu dzieci z ADHD. U ludzi zdrowych poprawia on koncentrację uwagi i zdolność uczenia się.[24]

Ofiary leków

Stosowane przez pragnących „lepszego” życia ludzi nazwy specyfików można wymieniać w nieskończoność. Oprócz modafinilu, retinalu i innych jest przecież także, na przykład viagra, po którą sięgają dzisiaj nawet młodzi mężczyźni, chcący poprawić swoją seksualną sprawność. Niestety pogoń za marzeniem o egzystencji wyniesionej ponad naturalny poziom, paradoksalnie często kończy się źle. Wciąż media obiega wiadomość o śmierci jakiejś sławnej osoby w wyniku przedawkowania narkotyków, czy leków, które często – o zgrozo – zapijane są alkoholem. Wystarczy wspomnieć takie nazwiska jak: Hugh Ledger, Britanny Murphy, Donna Bishop, Withney Houston... Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że pogoń za wieczną młodością i nadzwyczajną sprawnością balansuje na granicy życia i śmierci...

Złośliwi twierdzą, że niespełnionym (na razie) snem przemysłu farmaceutycznego jest świat, w którym każdy jest „na lekach” – od urodzenia aż do śmierci. Miejmy nadzieję, że dzisiejsza ekspansja farmakologii nie jest zapowiedzią ziszczenia się owego marzenia.



[1]    Cały opis transformacji AMA pochodzi z: http://nowadebata.pl/2011/12/01/nieswiete-przymierze/, autor: Mateusz Rolik.

[2]    Źródło: Newsweek, nr 30/2012, 23-29.07.12 r.

[3]    Komentarz na: http://www.youtube.com/watch?v=_mM2xBYzizg, autorstwa AlanMuzyczka, pisownia oryginalna.

[7]    Za: esej Marcii Angell opublikowany w „New York Times”, którego pierwsza część zatytułowana była „The Epidemic of Mental Ilness: Why?” („Epidemia chorób psychicznych: dlaczego?”), a druga – „The Illusion of Psychiatry” („Iluzja psychatrii”). Angell napisała swój artykuł w formie recenzji trzech ważnych książek, jakie ukazały się w ostatnim czasie w USA, poświęconych ciemnej stronie współczesnej psychiatrii). Angell jest z wykształcenia lekarzem, matematykiem i chemikiem. Była stypendystką Fundacji Fullbrighta, jest autorką dwóch książek , należy do wielu stowarzyszeń i organizacji lekarskich w USA. Przez ponad dwadzieścia lat pracowała dla pisma „New England Journal of Medicine”, z którego odeszła w 2000 roku będąc jego redaktorem naczelnym. Obecnie Angell pracuje jako wykładowca na Uniwersytecie Harvarda.

[10]  Cytat za: Piotr Milewski, Nowy Jork (Radio Zet)

[11]  Źródło: Newsweek, nr 30/2012, 23-29.07.12 r.

[16]  Nieskoordynowane i niezależne od woli ruchy kończyn lub całego ciała, wyginanie i prężenie, mimowolne ruchy warg, wysuwanie i chowanie języka. Za: http://www.wikipedia.pl

[17]  Występowanie ruchów mimowolnych powodujących skręcanie i wyginanie różnych części ciała, przez co chory przybiera często nienaturalną postawę. Za: http://www.wikipedia.pl

[18]            Zespół objawów, polegający na występowaniu:

  • pobudzenia ruchowego - przymusu bycia w ciągłym ruchu. Osoby dotknięte akatyzją nie mogą usiedzieć nieruchomo, ciągle poruszają kończynami, stają, zmieniają pozycję, nieustannie chodzą,
  • lęku,
  • rozdrażnienia,
  • trudnego do zniesienia niepokoju. Za: http://www.wikipedia.pl

[19]  Przykład dyskinezy poneuroleptycznej: http://www.youtube.com/watch?v=WlVxv5ag0pQ&feature=player_embedded. Dziewczynka widoczna na filmiku zachowywała się w ten sposób po odstawieniu neuroleptyku „Invega” (wcześniej psychiatra przepisywał jej neuroleptyki takie jak: Risperdal, Geodon, Abilify, Thorazine, Seroquel, Zyprexa już od 18 miesiąca jej życia!)

[20]  Cały podtytuł na podstawie źródła: http://www.wprost.pl/ar/128138/Torpeda-w-glowie/?pg=0

[21]          Zespół chorobowy z grupy dyssomni o nieznanej etiologii, klasyfikowany jednak w grupie dyssomni o podłożu organicznym, na obraz którego składa się tetrada objawów: nadmierna senność w ciągu dnia i napady snu, katapleksja, porażenie przysenne oraz omamy hipnagogiczne i omamy hipnopompiczne.

[22]  Źródło: film pt. „Tabletki szczęścia”, dostępny pod adresem: http://www.youtube.com/watch?v=PHyaA3xGMDo

[23]  Źródło: film pt. „Tabletki szczęścia”, dostępny pod wyżej wymienionym adresem.

 

  Kontakt e-mail: daria.kaldunska@pobloku.pl Kierunek studiów: psychologia stacjonarne rok III, specjalizacja: psychologia kliniczna człowieka dorosłego i psychologia zdrowia i jakości życia Zainteresowania: psychologia sportu, psychologia zdrowia, medycyna, neurobiologia, dziennikarstwo, sport (w szczególności siatkówka), grafika, fotografia Dodatkowe doświadczenie: akredytowana redaktorka w serwisie siatkarskim Pobloku.pl Publikacje: relacje sportowe i felietony na pobloku.pl Dodatkowe informacje o autorze: Studentka psychologii, siatkarka, redaktorka, pasjonatka siatkówki. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.