„Bez ciebie jestem niczym” - osobowość zależna

Zdrowa osobowość jest strukturą, dzięki której ogólnie rzecz ujmując, dostosowujemy się do wymagań zewnętrznego świata. Jest elastyczną powłoką, jaką tworzymy i rozwijamy w trakcie swojego życia. Konfrontując się z przeciwnościami i problemami adekwatnymi do naszego wieku, rozwijamy ją, dodajemy kolejne elementy, wzmacniamy, uczymy się jacy jesteśmy sami i z czym potrafimy sobie dobrze poradzić, a z czym gorzej. Kluczowym pojęciem jest tutaj „konfrontacja”. To właśnie doświadczając świata, poznajemy swoją wartość. Każdy człowiek prędzej czy później zderza się z twardą rzeczywistością i musi sobie z nią poradzić. Stąd też stare i dobrze wszystkim znane powiedzenie „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Przyjemność i szczęście są rzeczami, do których każdy człowiek dąży i których pragnie, ale to właśnie trudy i znoje budują nasz charakter. Nie ma też większej satysfakcji niż poradzenie sobie z jakimś problemem – daje nam poczucie sprawczości, podnosi samoocenę, sprawia, że czujemy się pewniejsi. W końcu większość rzeczy, które budziły w nas lęk i wydawały się wielkimi problemami, gdy byliśmy młodsi, okazuje się dzisiaj drobnostką – to właśnie opisany powyżej rozwój do tego doprowadził.

Droga człowieka ku samodzielności zaczyna się mniej więcej w drugim roku jego życia. Do tego momentu doświadcza świata tylko „w zespoleniu” z rodzicem – najczęściej matką. To rodzic niejako użycza swojej, dorosłej osobowości dziecku tak, żeby mogło nauczyć się „podstaw”. Kiedy już te podstawy posiądzie, zaczyna się tak zwana „faza separacji”. Dziecko odkrywa swoją autonomiczną ciekawość w opozycji do tej, którą wywołuje u niego lub niej rodzic. Chce zacząć eksplorować świat, stawać się samodzielne - ale wciąż potrzebuje do tego rodzica, który sprawuje nad nim pieczę, by czuło się bezpieczne. To swoista gra pomiędzy brzdącem a dorosłym – „Oto ja jestem już duży/duża, ale czuwaj jednak nade mną!” kontra „Baw się, baw – ale odłóż ten widelec”. Dziecko na równi ze stymulacją z zewnątrz potrzebuje czuć ciepło i bliskość rodzica. Potrzebuje czuć się otoczone opieką.

To na rodzicu właśnie spoczywa odpowiedzialność za ten proces – u dziecka przychodzi on naturalnie. Rodzic musi czuć się odpowiedzialny nie tylko za bezpieczeństwo dziecka, ale też za jego rozwój. Jak inaczej stanie się ono zaradnym w przyszłości?

Czasem jednak rodzic popełnia tutaj błąd. Chroni dziecko za bardzo, staje się nadopiekuńczy, lub pozornie przeciwnie – odsuwa się od dziecka, przestaje go chronić, jakby „na złość” pokazuje dziecku, że wcale nie jest ono zaradne. Napisałem, że to „pozorne przeciwieństwo” dlatego, że efekt jest taki sam – proces separacji jest zatrzymany, a bezpieczne poznawanie świata uniemożliwione. Takie zachowanie zazwyczaj związane jest z infantylnością samego rodzica – czasem może czuć się zdradzony przez usamodzielniające się dziecko, czasem chce by dziecko uzupełniło jego własne braki w poczuciu bycia kochanym, czasem jest na dziecko po prostu „zły” lub „obrażony” za to, że ośmiela się go/ją opuścić. Warto tutaj zaznaczyć, że zarówno „pozostawienie dziecka samemu sobie” jak i „nadopiekuńczość” są przejawami tego samego – chłodu, który rodzic tak naprawdę czuje względem swojej pociechy.

Taki model, na nieszczęście dziecka, uniemożliwia mu prawidłowy rozwój. Dwulatek nie jest w stanie poradzić sobie z lękiem samotności w tym dziwnym wciąż dla niego świecie, lub po prostu nie jest do niego dopuszczane. W efekcie nie poznaje go, nie zaczyna się mierzyć z adekwatnymi dla siebie trudnościami. Uczy się tego, że ktoś musi zawsze z nim być, że potrzebuje kogoś, bo samemu jest bezwartościowe; w końcu – uczy się jak „pokracznie” swoje potrzeby realizować przez drugą osobę.

Należy tutaj zauważyć, żeby trochę rozładować potencjalne przerażenie niektórych czytelników, którzy może już mają swoje dzieci, że chodzi tutaj o generalny model zachowania. Jeśli sporadycznie zachowasz się parę razy nadopiekuńczo lub czasem denerwuje Cię nieusłuchane dziecko – to nie znaczy, że jesteś od razu złym rodzicem. Z resztą jeden akapit w tekście popularnonaukowym nie jest nigdy wystarczający, by wyciągać daleko idące wnioski. Jeśli jednak boisz się, czy nie popełniasz błędów wychowawczych na większą skalę – skontaktuj się z psychologiem dziecięcym, on jest od tego specjalistą.

Wracając jednak do tematu – łatwo sobie wyobrazić, że dziecko które nigdy nie poczuło się samodzielnie odpowiedzialne za swoje małe zwycięstwa (lub nie było nigdy dopuszczone do takich) nie będzie szczególnie samodzielne w życiu dorosłym. Dorastając wypracowuje model poruszania się przez świat zawsze w oparciu o drugą osobę. Można powiedzieć, że staje się dorosłym dzieckiem. Pokazuje swoją infantylność, swoją bierność – i w ten sposób poszukuje osób, które staną się następcami jego nadopiekuńczej matki lub ojca. Kogoś, kto „zrobi za nich” i „ochroni ich przed tym strasznym światem”. Jest dla niego koniecznym, by ktoś się nim opiekował. Ma zerowe lub bardzo nikłe poczucie sprawczości i żyje w ciągłym lęku przed nawet najmniejszymi wyzwaniami stawianymi przez życie. Gdy już znajduje osobę, która się nim lub nią zaopiekuje – owija się wokół niej jak bluszcz. Każdy przejaw indywidualności tej osoby, każde „odklejenie” się od siebie – traktuje jako zagrożenie i powoduje to u niego wielki lęk. Używa szantażu emocjonalnego, a często i gróźb samobójczych, by trzymać tę osobę przy sobie. Dla zdrowego, zbalansowanego człowieka jest to związek nie do zniesienia – dlatego zazwyczaj tym „obiektem” stają się osoby o „kompatybilnie zaburzonej osobowości”, na przykład narcystycznej. Symbiotyk (czyli inaczej: osoba o osobowości zależnej) zabiera energię i zmusza do opiekowania się nim, ale w zamian daje poczucie bycia wyjątkowym i potrzebnym.

Wartą zauważenia jest tylko pozorność bierności osób zależnych. Nie radzą sobie oni z najprostszymi zadaniami – a jednak udaje im się znajdować odpowiednich partnerów i aktywnie ich przy sobie trzymać. Naturalnie jest to więź toksyczna – niemniej jednak uwidacznia, że ta „bierność” czy „bezużyteczność” nie jest całkowita. Problem polega jednak na tym, że błędne mechanizmy wypracowane w dzieciństwie wciąż nie są uaktualniane w dorosłym życiu. Zaburzony nie widzi swojej zasługi w żadnej rzeczy, która dzieje się wokół niego, a więc nie czuje też satysfakcji z tego, co mu się może udać. Przypisuje swoje, nawet najmniejsze, sukcesy swojemu „opiekunowi” pogłębiając w ten sposób poczucie bezsilności i bezwartościowości. W kontakcie terapeutycznym nie widzi nawet swojego wkładu w znalezienie rzeczonego „opiekuna” – prezentuje całkowitą bierność.

Faktycznie czuje się niczym bez drugiej osoby.

Jak w przypadku wszystkich zaburzeń osobowości – nie wystarczy zaobserwowanie któregoś z objawów, by takowe stwierdzić. Diagnostyka takich zaburzeń może trwać nawet latami – początkowo pacjenci zgłaszają się z innymi, płytszymi problemami - wynikającymi z napięcia, którego nie są w stanie rozładować przy swojej strukturze osobowości. W przypadku symbiotyków są to zazwyczaj zaburzenia lękowe. Brak umiejętności konstruktywnego radzenia sobie ze stresem stawia ich też w grupie zagrożonych uzależnieniami. Do zdiagnozowania zaburzenia osobowości musi zostać zaobserwowana sztywność zachowań w okresie całego dorosłego życia. Przeświadczenie o bezsilności jest tak głębokie, że pacjentom często ciężko jest przyjąć diagnozę – paradoksalnie przerzuca ona odpowiedzialność za bierność z „osoby” na „zaburzenie” (co, nawiasem mówiąc, w przypadku zaburzeń osobowości niewiele zmienia…). Terapia też nie należy do najprostszych. Osobowość zależna jest bardzo głębokim zaburzeniem i terapeuta potrzebuje długiego czasu do zbudowania na tyle silnej więzi terapeutycznej, by móc zakwestionować tę „bierność” i mieć czym to uargumentować. Dodatkowo jest w niebezpieczeństwie stania się owym „obiektem” – wtedy postępy w terapii pacjent będzie w pełni przypisywał terapeucie, a nie sobie.

Nie jest to jednak z góry przegrana sprawa. Sprawny klinicysta, jeśli da się mu wystarczająco dużo czasu, pokaże w końcu swojemu terapeutyzowanemu, że nie jest wcale „niczym” i o to „coś” można dopiero zacząć budować dojrzałą psychikę. Głębokość zaburzenia sprawia jednak, że jest to proces długotrwały.

Pamiętaj, czytelniku, że jeśli wydaje Ci się, że znasz taką osobę – Twoją najlepszą asystą dla niej będzie wskazanie odpowiednich drzwi. Jeśli zaczniesz pomagać jej w rozwiązywaniu jej problemów – sam stajesz się częścią błędnego koła. Osoby symbiotyczne, jak już napisałem wcześniej, aktywnie poszukują pomocy i potrafią zaskakująco dobrze manipulować jak na kogoś, kto „nie potrafi nic”.

Bibiliografia:

  1. Carson Robert; Psychologia Zaburzeń; Gdańsk; GWP Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne; 2003.
  2. Cierpiałkowska, Lidia; Psychologia zaburzeń osobowości : wybrane zagadnienia; Wyd. 2.; Poznań; Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, 2008.
  3. Strelau, Jan; Psychologia : podręcznik akademicki. T. 2, Psychologia ogólna;  Gdańsk;  Gdańskie Wydaw. Psychologiczne; 2004.

​​

Materiał powstał w ramach realizacji projektu „Co Nas Spina? - Kampania na rzecz ochrony zdrowia psychicznego” (III edycja) dotowanego przez Zarząd Województwa Śląskiego.

Więcej informacji o kampanii na stronie: www.wiecjestem.us.edu.pl/co-nas-spina

 

ORGANIZATORZY KAMPANII:

REDAKTOR DZIAŁU 'STUDIUJĘ' Kontakt: studiuje.wiecjestem@us.edu. (...)


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.