• By
  • Opublikowane 25 Wrzesień, 2013

„Alkoholizm jest chorobą uczuć” – Rozmowa z Janem- Część Pierwsza – Droga ku trzeźwości

Świadectwo: „Alkoholizm jest chorobą uczuć” – Rozmowa z Janem.

Jan ma 41 lat. Jest alkoholikiem trzeźwym od 6 lat. Zgodził się na szczerą rozmowę o swoim życiu, uzależnieniu i drodze wychodzenia z niego oraz o emocjach i wspomnieniach z tym związanych.

Część Pierwsza – Droga ku trzeźwości

O tym jak wygląda droga wychodzenia z alkoholizmu: uświadomienie sobie istnienia problemu, decyzja o podjęciu terapii oraz wszelkie uczucia, które towarzyszą kolejnym etapom.

M.Sz.: Właśnie mija szósty rok twojego życia w trzeźwości. Czy takie rocznice są dla ciebie ważne?

J.: To dla mnie bardzo znacząca data. 6 sierpnia to Święto Przemienienia Pańskiego. W moich stronach zawsze był to ważny dzień. W moim życiu, już od dziecka, wiara była zawsze wysoko stawiana. Później, gdy zatraciłem się w piciu, pogubiłem się i zerwałem związek z Bogiem. Miałem żal do Niego. Teraz się bardzo tego wstydzę. Bluźniłem, miałem wyrzuty „czemu mi to robisz?”, „czym ja zawiniłem?” Wiem, że wtedy to było bardzo złe. Miałem nawet myśli: „co z Ciebie za Bóg?”, „ Gdzie to całe miłosierdzie?”, „Widzisz moja krzywdę i nic z tym nie robisz. Nie potrzebuję takiego Boga”. Jednak, gdy traciłem grunt pod nogami, to potrafiłem się jeszcze ku Niemu zwrócić. Jak trwoga to do Boga. Moi rodzice też gorliwie się modlili. Musiał tam być ten Boży palec, który puknął mnie w głowę, żebym w końcu potrafił się przyznać, że przegrałem z alkoholem. Ta data się dobrze z tym komponuje, bo we mnie zaszło przemienienie.

M.Sz.: Jak wyglądała twoja tegoroczna rocznica?

J.: Gdy się obudziłem pomyślałem „to już 6 lat”, cieszyłem się, tak jak cieszę się każdymi 24 godzinami przeżytymi bez alkoholu. Potem wiadomo - pośpiech, trzeba iść do pracy. Gdy wróciłem do domu moja żona mnie zaskoczyła i wzruszyła, bo wręczyła mi słonika z podniesioną trąbą. W gronie Anonimowych Alkoholików wręcza się właśnie takie figurki. Życzyła kolejnych rocznic. Dla takich chwil warto być trzeźwym.

M.Sz.: Jak wygląda świętowanie rocznicy w grupie Anonimowych Alkoholików? Jak wspominasz swoją pierwszą rocznicę?

J.: Gdy ktoś miał rocznicę, wtedy miting był bardziej uroczysty. Każdy składał życzenia, bardzo szczere i serdeczne. Każdy się cieszył, że drugiej osobie udaje się wytrwać. Widząc coś takiego, jeszcze bardziej czekałem na moją rocznicę. Pamiętam, że moja pierwsza rocznica była bardzo miła i bardzo wzruszająca. Poczułem, że w końcu coś mi się udało. Byłem z siebie dumny. Przyjaciółka z grupy AA nawet upiekła dla mnie tort. Moja mama wtedy chorowała, a moja rodzina odeszła ode mnie. Znaleźli się ludzie, którzy przynieśli ten tort, położyli go na stole i powiedzieli, że jest dla mnie, bo mnie lubią i chcą, żeby to było dla mnie. Nie można było opanować łez, ale tych ciepłych łez. To było prawdziwe wzruszenie. Ja kiedyś wzruszenie kojarzyłem z czymś innym, że trzeba się np. na pogrzebie wzruszyć. Nie znałem tego ciepłego wzruszenia, które wzbudza ludzka serdeczność, bezinteresowność. Ja też chciałem innym coś takiego dać. Dawanie to automatycznie trzeźwienie.

M.Sz.: Jak wyglądał początek twojej drogi do trzeźwości? Jak to się stało, że trafiłeś na terapię?

J.: Na samym początku trudno było się przyznać do tego, że jest się kimś innym. W głębi duszy do mnie wcześniej już docierało, że jest jakiś problem, że coś jest ze mną nie tak. Ale nie dopuszczałem tego, że jawnie się przyznam innym, bliskim czy dalszym osobom, że wtedy, w tym czasie, w moim mniemaniu, jestem inny i słabszy. Tu jest taka sprawa, że do tej choroby dochodzi ego, gdzie trudno się przyznać do popełnionych błędów, do tego, że akurat mnie to spotkało. Na samym początku ciągle miałem wyrzuty, dlaczego akurat ja, czemu nie mogło się to przytrafić sąsiadowi, czy komuś innemu, czemu to mnie zwalił się świat na łeb, czemu wszystko było beznadziejne. Przełamanie się było dla mnie najtrudniejsze. Dopiero później dowiedziałem się, że musiałem osobiście dotknąć własnego dna, gdzie moje własne sumienie powiedziało mi, że już przebrała się miarka, że to nie może tak dalej wyglądać. Wtedy pierwszy raz to do mnie dotarło. Może nie ze wstydem, ale z takim wielkim upokorzeniem. Wtedy nawet nie potrafiłem tego nazwać, że mnie alkohol upokorzył. Ja myślałem, że to życie mnie upokorzyło, że mnie inni upokorzyli, a alkohol to dodatkowo pogmatwał. Jeszcze go gdzieś tam na boku usprawiedliwiałem, że alkohol nie jest jeszcze taki zły, tylko to ja jestem zły. Wtedy z tym całym upokorzeniem powiedziałem rodzicom „Pomóżcie mi, nie dam rady”. Oni zresztą już sami wiedzieli to wcześniej, więc gdy tylko zauważyli we mnie przyzwolenie, że mogą coś zrobić, to nie czekali. Szybko do doktora, skierowanie i do ośrodka, żebym się nie rozmyślił. Wiedzieli, że wcześniej podejmowałem różne próby rzucenia tego. Sam przed sobą, na tych kacach gigantach, gdzie szarpało moim sumieniem i dodatkowo syndrom wczorajszego dnia, wymioty, drżenie, lęki, strach nie wiadomo o co, przytłumienie, itd. Mówiłem sobie, że już więcej się nie napiję. Nie mogłem tego zrozumieć, że kiedy tylko objawy ustąpiły, zapominałem o tym. Przecież sam przed sobą przysięgałem i przed Bogiem. Następnego dnia znów przychodził moralniak, który mówił mi, że jestem nikim, szmatą, bo obiecuję, a potem nie dotrzymuję słowa. Wtedy nie potrafiłem tego wszystkiego pogodzić, żeby nie chorować, być dobrym człowiekiem. Powiem ci, że wtedy chciałem być taki, jaki jestem teraz, że potrafię porozmawiać, dyskutować z innymi, być w towarzystwie. Tego nie umiałem bez alkoholu. Gdy wypiłem dawkę alkoholu, to cały ten wstyd znikał. Później na terapii dowiedziałem się, że to była tylko iluzja, zabawa moimi uczuciami. Alkoholizm jest chorobą uczuć, bo alkohol bardzo szybko zastępuje to, co trzeba samemu wypracować. Jeżeli jesteś smutna, to co zrobić, żeby być wesołym? Musisz się starać, żeby myśleć pozytywnie, porozmawiać z kimś, ucieszyć się czymś lub kimś. Do tego potrzeba wysiłku. Alkohol tego nie potrzebuje, wystarczy go wlać w siebie i to wszystko. Ja po alkoholu byłem wszechwiedzący, nie wstydziłem się rozmów z kobietami, poważniejszych rozmów rodzinnych, byłem fachowcem od wszystkiego, no i super tancerzem. Po prostu Fred Astaire na parkiecie. Potem oglądając, np. kasetę z wesela nie mogłem na to patrzeć.

M.Sz.: Jak w tym czasie wyobrażałeś sobie terapię?

J.: Kiedy poszedłem na terapię, miałem taki obraz w głowie, że tam znajdą się jacyś specjaliści, doktorzy, którzy mi coś poradzą, na tę moją chorobę, której wtedy jeszcze nie potrafiłem nazwać alkoholizmem. Może wypiszą mi receptę, pójdę do apteki i będę zdrowy. Dopiero będąc tam, przejrzałem na oczy.

M.Sz.: Co działo się po terapii, gdy już rzeczywistość zweryfikowała twoje wyobrażenia?

J.: Idąc na terapię czułem się odrzutkiem społeczeństwa, degeneratem, szmaciarzem, zbitym psem. Przyznałem się przed sobą, może jeszcze nie do tego, że jestem alkoholikiem, ale pijakiem, bo alkoholik kojarzył mi się z brudnym menelem leżącym gdzieś w parku. Potem oczy mi się szeroko otworzyły, bo zobaczyłem tam takich samych ludzi jak ja. Byli tam ludzie z różnych sfer, różnych zawodów, różnej płci. Oni zaczęli terapię kilka dni wcześniej, więc widząc mnie, wiedzieli, co przeżywam w tej chwili. Stałem tam z wielkimi oczami, ręce mi się trzęsły, czułem się jak dziecko, które zgubiło mamę i stoi samo w ciemnym lesie. Nie wie gdzie iść, co zrobić, boi się zapytać, boi się zapłakać, chce po prostu się schować. Bardzo szybko zostałem otoczony opieką. Wszyscy pytali, jak mam na imię, skąd jestem, itd. Nie pytali, czemu tu jestem, bo w takim miejscu się nie pyta. Poszedłem z grupą zapalić i usłyszałem rozmowy. Elegancki facet opowiadał o swojej firmie. To było sprzeczne z moim myśleniem. Jak to, prezes firmy alkoholikiem? Wkrótce dowiedziałem się, że nie różnimy się niczym, zaznałem takiego poczucia jedności. Potem słyszę, jak ktoś opowiada, że nie pije już miesiąc. Łał! Jak to zrobiłeś, człowieku? Powiedział, że to dzięki terapii, że bardzo się stara. Wzbudził tym we mnie nadzieję. Poczułem, że też chcę coś takiego osiągnąć. Nie wiedziałem tylko jak. Pocieszył mnie, że tutaj wszystkiego się dowiem, bez pośpiechu, dam radę. Potem był pierwszy miting, na który przyjechali z zewnątrz alkoholicy, którzy skończyli terapię w tym ośrodku i zajmują się teraz niesieniem posłania. To jeden z kroków anonimowych alkoholików. Przyjechali, żeby zachęcić nowicjuszy do osiągnięcia tego, co oni. Ktoś wstał, powiedział jak ma na imię, powiedział, że jest alkoholikiem i dziś ma rocznicę - nie pije już rok. Dostałem gęsiej skórki, miałem łzy w oczach. Ten człowiek opowiadał swoją historię, ale ja słyszałem, że on opowiada o mnie. Moją historię. Chciałem nawet coś powiedzieć, ale nie byłem wstanie. Byłem zalany łzami. Nawet wtedy nie potrafiłem nazwać tego, co poczułem. Później w tym ośrodku uczyłem się nazywać i odnajdywać uczucia, które zabrał mi alkohol. Zapragnąłem zaznać czegoś takiego, mieć własną rocznicę, ale to był dla mnie jeszcze wtedy kosmos. Rok? Przecież to bardzo długo. Na terapii dostałem narzędzia, żeby to osiągnąć. Przechodziłem przez różne etapy poznawania siebie i tej choroby. Podszedłem do tego bardzo rzetelnie. Widziałem też ludzi, którzy nie traktowali tego tak poważnie. Zadane przez terapeutów prace pisemne często odpisywali, trochę robili sobie jaja z tego wszystkiego. Ja tak nie chciałem. Chciałem udowodnić sobie, że coś potrafię, że mogę i chcę. To popychało mnie do przodu.


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.